Piekło zakonnic. Są gwałcone, zrzucane ze schodów i okładane pięściami. "Krzyż, który trzeba nieść"

Kulminacją okrucieństwa był moment, gdy moja mama umierała na raka i potrzebowałam ją pożegnać, a przełożona odmówiła. Byłam zrozpaczona i rzuciłam, że i tak pojadę. Wtedy przełożona znów mnie pobiła. Po tym zdecydowałam się odejść - mówi w tokfm.pl była zakonnica.
Zobacz wideo

Po pierwszym kieliszku wina Karolina czuła wolność. Puszczała muzykę i tańczyła w pokoju do piosenek  Beyoncé, od której w zakonie ją odcięto. Cieszyła się, że już nigdy nie usłyszy głosu przełożonej, która mówiła: "Siostra musi wreszcie wybrać między Chrystusem a sobą. Póki co pan Jezus nie czuje się przez siostrę wybranym".

Po drugim kieliszku w Karolinie do głosu dochodziła złość. Przypominała sobie ból, gdy palec przełożonej uderzał w mostek. Słyszała wtedy powtarzające się pytania: "Co więc siostra wybiera? Pana Jezusa czy telefon komórkowy? Boga czy Instagrama? Posłuszeństwo czy dowolność?". Pytania były zadawane coraz głośniej, mimo że za każdym razem Karolina wybierała Chrystusa, Boga, posłuszeństwo.

Po trzecim kieliszku zalewała ją gorycz. Wracały do niej sceny, w których przełożona się nakręcała i nie mogła rozładować wściekłości. Karolina była wtedy policzkowana, uderzana w brzuch, wyzywana od "ladacznic", "szmat" i "kur...w".

Po następnych kieliszkach usypiała. Rano budziła się z zapuchniętymi od płaczu oczami. I z poczuciem, że sama jest winna wszystkiego, co ją spotkało.

"To krzyż, który trzeba nieść"

Telefon w Centrum Pomocy Siostrom Zakonnym dzwoni coraz częściej. Od października 2021 roku, kiedy  centrum powstało, skontaktowało się z nim ponad 20 sióstr. Założyła je Izabela Mościcka, która przez 18 lat patrzyła na nadużycia władzy w swoim zakonie i odeszła z niego trzy lata temu.

- Najwięcej jest telefonów od sióstr, których przełożone mają poczucie władzy absolutnej i stosują wobec nich przemoc. Siostry ponoszą tego olbrzymi koszt psychiczny. A później nie dostają zgody na terapię ani leczenie psychiatryczne. Czasem słyszą: "Nie, bo nie". Niekiedy: "Nie ma takiej potrzeby, to jakaś fanaberia siostry". Albo: "Każda choroba to jest krzyż i trzeba go nieść". Bywa też, że siostry są przekonywane, że kłopoty z psychiką to problemy wiary. Więc trzeba się pomodlić, zwrócić do Jezusa, a wszystko przejdzie -  mówi Mościcka.

Przyznaje, że niektóre historie, które słyszy od dzwoniących, obciążają ją psychicznie. Musi je wtedy odchorować. Dlatego postanowiła odbierać nie więcej niż jeden telefon dziennie. Zwłaszcza, że często poszkodowane potrzebują czegoś więcej niż jednorazowej konsultacji. Trzeba być z nimi dłużej i pomóc im w rozwiązywaniu ich problemów.

- Najbardziej poruszyła mnie historia siostry, która trafiła do szpitala psychiatrycznego. Dopiero po jakimś czasie zdradziła mi, że stało się to po próbie samobójczej. Miała postanowienie, że gdy ją stamtąd wypuszczą, spróbuje jeszcze raz. Nie chciała już żyć. Do tej rezygnacji doprowadziło ją wiele rzeczy, ale szalę przechyliła awantura z inną siostrą. Moja rozmówczyni była wtedy wyzywana, posądzana o romans, w końcu zepchnięta ze schodów. Wsparłam ją i ostatecznie zdecydowała się dalej żyć. Odeszła ze zgromadzenia - wspomina założycielka Centrum Pomocy Siostrom Zakonnym.

"Kulminacja okrucieństwa"

Karolina zanim sama odeszła i zaczęła szukać ukojenia w alkoholu, długo kolekcjonowała momenty, za które teraz się wstydzi. Chodzi o wszystkie te chwile, gdy inna z sióstr wracała od przełożonej z zapłakanymi oczami i poszarpanymi włosami. - Byłam wtedy jeszcze świeżo po święceniach, zakochana w życiu duchownym i patrzyłam na przełożoną jak na autorytet. Była dla mnie matką, która delikatnym głosem mnie wspierała i była ze mnie dumna - opowiada.

Nie mogła więc uwierzyć, że jej "matka" może maltretować inną siostrę. Zapłakane oczy i poszarpane włosy Karolina odczytywała jako wynik intrygi wymierzonej w przełożoną. - Odsuwałam się od niej, byłam bezlitosna, zawsze gotowa do rzucenia pogardliwego spojrzenia. Jedyny wyraz litości, na jaki umiałam się zdobyć, to milczenie. Ale czasem rzucałam: "Dobrze ci tak!". W końcu ta siostra nie wytrzymała i odeszła z zakonu. Wtedy głos przełożonej - dotąd delikatny - zamienił się w charczący i wstrętny. Pewnie zawsze taki był, ale tego nie słyszałam, bo byłam otumaniona. Stałam się jej kolejną ofiarą. Jakby w zastępstwie za tą, która nie miała już siły nią być - tłumaczy.

Jak dodaje, dopiero na terapii "w cywilu" uświadomiła sobie, jak wyglądał proces robienia z niej ofiary. Władza absolutna przełożonej żywiła się bezwzględnym posłuszeństwem Karoliny. A każda jej potrzeba -  kupienia nowej kurtki albo odwiedzenia rodziny - była nazywana samowolą i karana przemocą. - Kulminacją tego okrucieństwa był moment, gdy moja mama umierała na raka i potrzebowałam ją pożegnać, a przełożona odmówiła. Byłam zrozpaczona i rzuciłam, że i tak pojadę. Wtedy przełożona znów mnie pobiła. Po tym zdecydowałam się odejść - wspomina była zakonnica.

"Po co tak dużo podpasek zużywacie?!"

Izabela Mościcka mówi, że po przekroczeniu progu zakonu większość młodych dziewczyn nie może decydować o niczym. W pierwszej kolejności oddają telefony komórkowe i za każdym razem, gdy chcą z nich skorzystać, muszą prosić o pozwolenie. To mocno ogranicza kontakt z bliskimi. Zamyka też krzyk ofiar w murach zakonów.

- Dziewczyna, która tam wchodzi jest zachwycona współsiostrami. Dlatego nie ma problemu z tym, że kontakt z bliskimi jest jej ograniczany. Nawet może tego nie widzieć, w przeciwieństwie do jej rodziny. Tylko że jak się zaczyna źle dziać, to zostaje sama, bez wsparcia. Nie może  porozmawiać z nikim z zewnątrz. Nie ma więc papierka lakmusowego, za pomocą którego mogłaby rozpoznać i nazwać przemoc, której doświadcza - opisuje moja rozmówczyni.

Według niej, w zakonach rozwija się też przemoc ekonomiczna. Siostry nie dysponują pieniędzmi i o każdą złotówkę muszą prosić przełożoną. Gdy więc wyjeżdżają do rodziny, dostają dokładnie odliczoną kwotę na bilet. Jeśli pociąg się spóźni o kilka godzin, nie mogą sobie kupić nawet kanapki ani skorzystać z płatnej toalety.

- To jest upokarzające zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o potrzeby fizjologiczne i higienę. Dziewczyny muszą się prosić o pieniądze na żel pod prysznic i podpaski, bo tamponów nie mogą używać. Wtedy słyszą, że po co tak dużo tych podpasek zużywają, skoro inne siostry potrzebują mniej. Jak chcą biustonosz, to okazuje się, że za drogi, wystarczy taki z supermarketu. Gdy pracują z dziećmi w zimnym kościele, to potrzebują kurtek i ciepłych butów. I znów od przełożonej zależy, czy wykaże się ona dobrą wolą. Może tak, a może nie - tłumaczy.

Siostry przychodzą do zakonów ze swoimi marzeniami i planami na samorealizację, ale bywa, że tam nikt nie liczy się z tym, w jakim kierunku chcą się rozwijać. Któraś chce studiować rachunkowość, ale jest kierowana na pedagogikę, bo zakonowi potrzeba akurat nauczycielki do przedszkola. Albo nakazuje się jej pracę w polu. Nie może się sprzeciwić. Najwyższą cnotą jest bowiem posłuszeństwo. - W momencie, gdy wstępują do zgromadzenia, za jego drzwiami mają zostawić swoją wolę i podporządkować się tej bożej. A tę uosabia przełożona. Tylko że raczej nie ma takiej sytuacji, by Bóg wieczorami objawiał przełożonej swoją wolę - stwierdza Mościcka.

Była zakonnica zauważa w tym zbieżność ze sposobem działania sekt. Bo - jak mówi - gdy młody człowiek wchodzi do sekty, również jest zachwycony grupą i jej liderem. Nie zauważa, że powoli ogranicza mu się kontakt z bliskimi. Przyjmuje do wiadomości, że sekta to jego nowa rodzina. Jej głowa stopniowo zyskuje nad nim władzę absolutną. - Zadaję sobie pytanie, dlaczego w przypadku sekt mówimy, że to złe, a w odniesieniu do formacji zakonnych tego nie widzimy? - zastanawia się na głos założycielka Centrum Pomocy Siostrom Zakonnym.

Gwałcą księża i tzw. złote rączki

W tych warunkach przemoc jest jak kula śniegowa, której nic nie może zatrzymać. Jak mówi Izabela Mościcka, po wsparcie dzwonią do niej zakonnice, które przez przełożone i współsiostry są bite po twarzy i okładane po ciele pięściami. Żyją w dużym napięciu, bo na każdym kroku mogą zostać o coś posądzone lub oskarżone. A wtedy spotyka je kara. - Siostra ledwie wstaje rano i wchodzi do kaplicy, a już słyszy, że ma niedobrze założony habit. Jak idzie na śniadanie, to mówią, że za dużo sobie nałożyła na talerz. Wraca z pracy, to od razu jest pouczana, że przyszła za późno i jest podejrzewana, że coś ukrywa - mówi.

Kolejnym problemem jest przemoc seksualna. Zdaniem Mościckiej, to najbardziej skrywana, bo wstydliwa bolączka żeńskich zakonów. Jeśli siostry - dodaje - przełamią się i zaczną o tym głośno mówić, "rozwiąże się wielki worek z takimi historiami".

- Sprawcami tej przemocy bywają księża albo współpracownicy zgromadzeń, np. tzw. złote rączki, którzy wykorzystują okazje. Wiem o tragedii siostry, którą woźny zgwałcił w schowku na narzędzia. Księża wykorzystują seksualnie zakonnice podczas rozmów duchowych. Znam przypadki, gdy w czasie tych spotkań zaczynali je głaskać po plecach i nogach, a później ich dłonie wędrowały pod habity. Siostry były wtedy sparaliżowane. Nie spodziewały się takiego zachowania. Zwłaszcza po księdzu, do którego miały zaufanie - opowiada.

Zakonnice są też molestowane i gwałcone przez swoje przełożone. Dzieje się to na "poufnych" rozmowach, na które siostry są wzywane do "cichych" miejsc w zakonie. - Choć wtedy dochodzi do przekroczenia granic, to czasem ofiary zdają sobie z tego sprawę dopiero po kilku latach. Uświadamiają się sobie, że to nie był żaden "matczyny uścisk", ale dotykanie intymnych części ciała. Z początku to wypierają, bo sprawczyni przemocy seksualnej jest dla nich autorytetem. Gdy są zmuszane do stosunku, wychodzą z tego z wielkim poczuciem winy, bo nie powiedziały "Stop!". A nie zrobiły tego, bo były sparaliżowane i nie wiedziały, co się dzieje - tłumaczy.

Takie sytuacje w zakonach są przemilczane, bo seksualność jest tam tematem tabu. Nie ma rozmów o celibacie, potrzebach seksualnych ani wyznaczaniu granic. Ofiary żyją więc w milczeniu. 

"Zdrada Boga"

Zazwyczaj jedynym wyjściem dla sióstr, które doświadczają w zakonie przemocy, jest  odejście z niego. Zdarza się, że przełożone zastraszają je wtedy i krzyczą, że to "zdrada Boga". Siostry są żegnane pogardą i dwiema minimalnymi krajowymi, czyli ok. 6 tys. zł brutto. - Niewiele, jak na sytuację, w której kobieta ma zacząć życie od nowa. Czyli wynająć mieszkanie, opłacić kaucję, wyposażyć dom i przeżyć do pierwszej wypłaty. A przecież znalezienie nowej pracy nie jest łatwe dla kogoś, kto nie ma doświadczenia zawodowego ani nie umie napisać CV - tłumaczy Izabela Mościcka.

Jak zaraz dodaje, na 6 tys. zł nie wszystkie siostry mogą liczyć. Niektóre - decyzją przełożonych - odchodzą z niczym. Nie mają nawet "cywilnych" ubrań, więc wychodzą w habitach. Czasem mogą liczyć na wsparcie bliskich, ale niekiedy mają już z nimi zerwane relacje. Bywa również, że słyszą, by nie wracały do domu, bo to jednak wstyd. Niektóre z sióstr same nie chcą tam jechać, bo boją reakcji sąsiadów i parafian. - Jedna usłyszała od proboszcza, że w parafii ma się nie pokazywać, bo sieje zgorszenie - mówi założycielka Centrum Pomocy Siostrom Zakonnym.

Karolina miała szczęście. Rodzice przyjęli ją do domu i zatrudnili w swojej firmie. Z początku jednak - jak mówi - ich zawodziła. Nie tyle nawet tym, że wstawała do pracy skacowana, co tym, że miała napady agresji i się na nich wyładowywała. Działo się tak, gdy przypominała sobie twarz niedawnej przełożonej. I ten jej kciuk, który uderzał w mostek.

- Te flashbacki minęły dopiero, gdy byłam w terapii. Odcięłam przeszłość, a z nią Kościół, bo to, co mnie spotkało, dzieje się w całej tej instytucji. Żal mi tylko, że pewnie na moje miejsce przyszła inna ofiara. Chciałabym, by jak najszybciej odkryła, że nie musi nią być. Żeby stamtąd uciekła, zanim upodobni się do swojej oprawczyni. Myślę, że gdybym tam została, to by mi to groziło - stwierdza.

- Wydaje mi się, że te przemocowe przełożone były kiedyś zalęknionymi dziewczynami, które same były źle traktowane. Jeśli ktoś taki stopniowo nasiąka przemocą, w coraz większych dawkach, to traci na nią wrażliwość. Przyjmuje kolejne uderzenia psychiczne i zwiększa się jego tolerancją na przemoc. Gdy później siostry zadają komuś cios, to chyba nawet nie do końca wiedzą, że to robią. Jako zakonnica pracowałam kiedyś w przedszkolu i usłyszałam od siostry, że możemy dać dziecku klapsa. To była bardzo dobra siostra, bardzo dobry człowiek. Tylko pewnie już w tym procesie - podsumowuje Izabela Mościcka.

DOSTĘP PREMIUM