"Jak to nie ksiądz?! I jeszcze baba?!". Pierwsza Polka jako "elitarna jednostka cmentarna": To sztuka na raz

Pierwsza w Polsce mistrzyni świeckich ceremonii pogrzebowych w zawodzie pracuje od 22 lat. - Czasem było tak: "Proszę pani, ależ on był pies na baby, przecież gdyby on wiedział, że mieliśmy do wyboru mężczyznę oraz kobietę i wybraliśmy faceta, to on będzie nas straszył do końca świata". Albo też: "Chcę kobietę, bo wtedy będzie na 100 proc. wiadomo, że to nie ksiądz. Żeby było jeszcze bardziej świecko". I wtedy też to ja zawijam się w czernie i wychodzę na salę ceremonialną - opowiada w rozmowie z tokfm.pl Anna Borowik.
Zobacz wideo

Ile lat pracuje Pani jako mistrz świeckiej ceremonii pogrzebowej?

22 lata.  

To rekord w branży?

Nie, bo jeśli chodzi o mistrzów ceremonii, to zawód ten istnieje w Polsce co najmniej kilkadziesiąt lat. Rekord polega na tym, że jestem najdłużej pracującą w tej branży kobietą w Polsce. Bo też pierwszą Polką wykonującą ten zawód.

Ile takich osób jest w ogóle w Polsce?

Ok. 30, ale mówię tylko o tych, którzy robią to stale, z czego prawie połowa to już panie. Przy czym ten damski wysyp rozpoczął się mniej więcej trzy lata temu, co w dużej mierze mogę tłumaczyć przetarciem szlaków, choć może to brzmieć nieskromnie.

Teraz to już naturalne, że kobieta prowadzi pogrzeb?

Tak, choć pamiętam jeszcze czasy, kiedy ceremonia świecka, nie kościelna, budziła zdumienie - była czymś szalenie rzadkim. A samo to, że miała być celebrowana przez kobietę potrafiło wywołać wstrząs, a nawet reakcje niepohamowane, a więc szczere i niegrzeczne. "Jak to nie ksiądz?! I jeszcze baba?!".  Mistrzyni z Lublina, Barbara Nadratowska, opowiadała mi, że po przekazaniu informacji, że to właśnie ona będzie prowadzić pogrzeb, usłyszała pytanie: "A to może będzie coś taniej?!". Co ciekawe te same panie, które twierdzą: "Jak to, przecież moja praca jest tyle samo warto co praca mężczyzny", "Nie jestem w niczym gorsza", "Powinnyśmy być równo traktowane", nadal często mówią też: "Ale jak to? Nie. Kobieta ma żegnać babcię, wykluczone. I to jeszcze za takie pieniądze". Dlatego kiedyś, gdy prosto w nos usłyszałam: "Jak to, baba?!", to zagrałam na tej samej nucie. "Zaręczam panu, pogrzeby przygotuje się i prowadzi sercem, nie penisem".

A bywało odwrotnie i to sami klienci nalegali na kobietę?

Jak najbardziej. Sporo osób z ulgą przyjmuje informację, że mogą liczyć także na panie. Podam konkretny przykład: pogrzeb Edwarda Hulewicza miał prowadzić Jacek. W pewnym momencie to ja przejęłam na chwilę słuchawkę i już za moment okazało się, że siostrzeniec zmarłego - w porozumieniu z siostrą - zdecydował, że jednak nie. Skoro zmarły śpiewał "Za zdrowie Pań", to niechże ten pogrzeb poprowadzi pani. Argumenty bywają zresztą różne. Czasem dziwne, czasem niespodziewane. Usłyszałam nawet kiedyś: "Na ziemię sprowadziła go kobieta, to niechże kobieta go z tej ziemi odprowadzi".

Albo np. Ziemia to Gaja, Ziemia to matka…

… a skoro tak, to zdecydowanie po śmierci powinna go również żegnać kobieta. Tak! A czasem było i tak: "Proszę pani, ależ on był pies na baby, przecież gdyby on wiedział, że mieliśmy do wyboru mężczyznę  i kobietę i wybraliśmy faceta, to on będzie nas straszył do końca świata". Albo też: "Chcę kobietę, bo wtedy będzie na 100 proc. wiadomo, że to nie ksiądz. Żeby było jeszcze bardziej świecko". I wtedy też to ja zawijam się w czernie i wychodzę na salę ceremonialną.

Jak to się u Pani wszystko zaczęło?

To nie był przypadek - jeszcze zanim zostałam mistrzem ceremonii pracowałam razem z mężem w agencji muzycznej, w której zajmowaliśmy się oprawą muzyczną rozmaitych uroczystości, w tym także pogrzebów. Właśnie wtedy zetknęłam się z ceremoniałem świeckim. Po kilku latach najpierw Jacek, mój mąż, został mistrzem ceremonii pogrzebowych. A następnie, parę lat po nim, ja.

Czyli początek bez teorii w pigułce.

Ale z praktyką organizacyjno-wykonawczą, bo widziałam w akcji wielu mistrzów ceremonii. Wiedziałam, jak taki pogrzeb przebiega i jak się go przygotowuje - z mistrzami rozmawialiśmy zanim przystąpiliśmy do realizacji zlecenia. Znałam ten zawód, zanim pierwszy raz stanęłam za mównicą.

Pamięta Pani jeszcze ten pierwszy raz?

Absolutnie! Pani miała na imię Krystyna. Rozmawiałam przed ceremonią z jej mężem i od razu przyznałam się, że będzie to mój pierwszy raz. Mąż pani Krystyny odpowiedział: "To w takim razie postaram się być delikatny". Ceremonia odbyła się  w sali domu pogrzebowego cmentarza Powązki Wojskowe. Towarzyszył mi muzyk, którego znam. Wiedziałam, czego się spodziewać. Mąż zmarłej wybrał odpowiedni repertuar. Przekazał też dużo informacji o pani Krystynie, co pozwoliło mi przygotować i wspomnienie, i pożegnanie. Do tej pory pamiętam nie tylko twarz męża pani Krystyny, kolor trumny, ale też spokojnie mogłabym rozpoznać na ulicy kilka osób z jego najbliższego otoczenia.

A co trzeba skończyć, by móc w ogóle zostać mistrzem ceremonii?

Prawnych regulacji nie ma, dlatego w praktyce obowiązują dwie drogi. Można ogłosić rankiem całemu światu: "Oto, od dziś jestem świeckim mistrzem ceremonii" i zacząć próbować to robić. Mniej lub bardziej udanie. Bo będzie to, jak w radzieckiej armii, rozpoznanie bojem. 

Albo?  

Albo zapisać na szkolenie i przejść odpowiednie przygotowanie. Oprócz tego, że pracujemy w zawodzie -  mąż też jest świeckim mistrzem ceremonii - kształcimy też kolejnych mistrzów. Kilkanaście lat temu na prośbę Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego - to najstarsza działająca organizacja w tej branży w Polsce - opracowaliśmy dla nich program. Na ich zlecenie podjęliśmy się też rocznych szkoleń.

I co się na nie składa?

Przedmiotów jest czternaście, w tym siedem teoretycznych i siedem praktycznych. Zaczynamy od historii, bo kto nie zna historii swojego zawodu, ten jest gościem we własnym domu. Do tego dochodzą aspekty prawa, które dotykają pracy mistrza ceremonii czy np. teoretyczne podstawy pracy z ludźmi w żałobie. Ale są też zajęcia z komponowania mowy pogrzebowej i jej przedstawiania; choć tutaj wchodzimy już w praktykę. To na nią zresztą kładziemy największy nacisk, zgadzając się z Churchillem: "Im więcej potu na manewrach, tym mniej krwi w boju". Mamy świadomość, że w tym zawodzie dotykamy ludzkich emocji. A poza tym nie sposób powtórzyć ceremonii pogrzebowej. Musisz od razu wykonać wszystko perfekcyjnie. Jeżeli cokolwiek pójdzie nie tak, nie powiesz przecież rodzinie: "Oj dobra, wpadnijcie za dwa dni, zrobimy ładniej". To teatr jednego aktora i sztuka na raz. Nie można sobie pozwolić na błąd.

Dlatego uczycie też m.in. pracy z mikrofonami różnego typu.

Ale też pracy bez mikrofonu. Mistrz ceremonii musi się przecież uratować, kiedy siądzie nagłośnienie. Poza tym musi także wiedzieć, jak przemawiać na wietrze, kiedy ma za sobą rząd drzew, a jak np. w kolumbarium. Tu nie może być skuchy. Poza tym przyszły mistrz już na pierwszy rzut oka musi też umieć ocenić, jak postąpi w zastanych warunkach. Inaczej będzie przemawiał, kiedy sala ceremonialna jest wyłożona drewnem, inaczej jeśli jest ceglana, a jeszcze inaczej jeśli ma położony suchy tynk. Przecież on nie może powiedzieć: "O cholera, a to nie wiedziałem. Tu jest sufit kasetonowy, a dlaczego te kasetony są tak nisko? To co teraz zrobię?".

Po przeszkoleniu kolejnych mistrzów i ponad 20 latach w branży, jak mówi teraz pani sama o sobie?

Jestem świeckim mistrzem ceremonii pogrzebowych, prowadzę ceremonie pogrzebowe, które nie są pogrzebami wyznaniowymi. Nie jestem kapłanem, księdzem, nie mam też święceń kapłańskich. Jestem osobą świecką. Mam dom, rodzinę...

Tyle, że w branży spotykane są też inne określenia. 

Czarny konferansjer, elitarna jednostka cmentarna, mistrz kresu życia, ale też np. mówca umarłych. To ostatnie to zarazem tytuł książki Orsona Scotta Carda. Najprostsze to celebrans pogrzebów świeckich, mistrz ceremonii - bez precyzowania czy są one świeckie i czy pogrzebowe. Choć spotykam się też z określeniem ceremoniarz świecki.

Inni mówią wprost: półksiądz, pół-urzędnik.

Ale to określenie nieprawdziwe. Żaden mistrz ceremonii nie jest urzędnikiem! Powiem więcej: w naszym gronie jest dwóch-trzech kolegów, którzy będąc świeckimi mistrzami ceremonii, są również kierownikami urzędu stanu cywilnego, ale nie na cmentarzu. Nie na pogrzebie!

Czym wytłumaczyć w takim razie fakt, że niektórzy z mistrzów ceremonii noszą na szyi łańcuch?

Skąd ten orzeł na piersi?! Może ma za zadanie dodać prowadzącemu pewności siebie?! (śmiech). Tak czy inaczej, nie powinno go tam być, bo tylko wprowadza w błąd. Przecież ceremonia pogrzebowa jest wydarzeniem społecznym, kulturowym. To w żaden sposób nie jest wypowiedź ani zadanie państwa. Każdy może pochować swojego bliskiego tak, jak ten to sobie wyobrażał, bądź też tak, jak wyobraża to sobie rodzina. Ale w żadnym wypadku nie przeprowadza takiej ceremonii urzędnik. Urzędy wypowiedziały się po raz ostatni w momencie wydania aktu zgonu!

Ostatnie z modnych teraz określeń to kapłan śmierci.

Też nietrafione, bo nie zwracam się do żadnego bóstwa. Nie jestem kapłanką żadnej religii. Prędzej liturg, jeśli już.

Liturg śmierci?

Tak, bardziej by tu pasował, bo ceremonia pogrzebowa łączy się z przeprowadzeniem wobec pewnej społeczności procedur czy obrzędów. Najbliżej mi jednak do powiedzenia, że mistrz ceremonii jest ustami rodziny i przyjaciół zmarłego. I dlatego też potrzebuję się dowiedzieć maksymalnie dużo o człowieku, którego będę żegnać. Tak, by to wspomnienie i pożegnanie było naprawdę o nim. By każda osoba, która wejdzie do sali ceremonialnej, nawet w trakcie pogrzebu, poczuła: "O, to ten człowiek. To jego portret".

Niewielu wie jednak, że wspomnienie i pożegnanie, to nie jedyna pani rola.

Nie, choć to ona jest najważniejsza. Moim zadaniem jest też przeprowadzenie całego pogrzebu. A to oznacza, że mistrz ceremonii jest nie tylko mówcą pogrzebowym, ale w dużej mierze organizatorem ceremonii, w tym współpracuje także z ekipą techniczną cmentarza. To zresztą częsta pułapka, w która wpadają rodziny. "Nie, przecież to ja znałem go najlepiej. To ja tutaj go wspomnę, a potem idziemy na cmentarz". Tak, idziemy na cmentarz. Tylko jeszcze trzeba w elegancki sposób porozumieć się z asystą. A to już trzeba wiedzieć, jak to zrobić.

I to stąd ten strój?

Między innymi. Używam bardzo prostej w kroju togi uszytej na wzór XIII-wiecznej togi doktorskiej. Pełni ona dwie funkcje: jest pancerzem emocjonalnym. Odgradza mnie od emocji innych. Moje wzruszenie, moje zdenerwowanie nie wniesie niczego dobrego do ceremonii - jeżeli zacznę przeżywać zbyt intensywnie, to położę pogrzeb. A nie po to mnie ludzie wynajęli. Druga rzecz: jestem czytelna dla obsługi; wyglądam inaczej niż wszyscy uczestnicy pogrzebu. To ważne, szczególnie kiedy przychodzi nam pracować na obcych cmentarzach. "A, dobra, to ta babka. Na nią trzeba patrzeć i na nią trzeba zwracać uwagę. Kiedy na nas mrugnie, bierzemy się za swoją część pracy".

Żadnych ozdób?

Żadnych. Nie obwieszam się złotem. Obowiązują mnie tylko dwie barwy. Czarna i biała. Przy czym biały jest albo fular - miękka, napuszona, fantazyjnie zawiązana chusta, albo plastron - sztywne, dwa lekko skrzyżowane pasy. Czasem mogą to być też białe rękawiczki. Kiedyś stosowałam je częściej, teraz rzadziej. Kiedy trzeba przekładać karty wspomnienia czy np. zagrać - mamy czworo mistrzów ceremonii, którzy jednocześnie są muzykami - w rękawiczkach tego cudu się nie dokaże. 

Anna BorowikAnna Borowik Archiwum prywatne

Tyle, że zdarzają się też np. czerwony kostium i czerwone szpilki jako strój mistrza ceremonii?

To nic innego jak próba wyróżnienia się. Niektórzy usiłują wygrać strojem, inni stylem prowadzenia… Moim znakiem rozpoznawczym jest twarz i nazwisko. Nieważne, jakie mam buty.

Tyle strój, a co z zasadą: klient nasz pan?

Osoba bez doświadczenia natychmiast powie: "Ależ tak! Oczywiście". Bo liczy, że to będzie zachęta. Po 22 latach doświadczenia odpowiem jednak inaczej: "Tak, ale o ile jest to możliwe i nie zaszkodzi przebiegowi ceremonii". Dlaczego tak mówię? Bo wiem, jak w takich sytuacjach żałobnicy skupiają uwagę. A czasami to szczegóły, które komuś, kto nie zajmuje się tym na co dzień, nigdy by nie przyszłyby do głowy.

Na przykład?

Bardzo pilnuję, by kolumny głośnikowe stały po tej samej stronie co mównica i mikrofon. Wydawałoby się – duperela. Czego tu się czepiać? A jednak nie. To, że zebrani widzą  mnie z przodu, a słyszą z tyłu, powoduje, że jak już wyjdą z kaplicy, będą poddenerwowani. Dodatkowe negatywne bodźce nie są tutaj nikomu potrzebne.
Kolejna rzecz - bardzo często jesteśmy teraz proszeni o zorganizowanie pokazu slajdów, bo i coraz więcej domów pogrzebowych ma projektory. I znowu: wszyscy sobie wyobrażają: "To taki pokaz zaczniemy na samym początku. Niech slajdy sobie lecą, a pani będzie mówiła". Nie. Na pogrzebie pokaz slajdów musi być czymś osobnym. Zapowiedzianym. I musi się odbyć w taki sposób, by płynnie przekierować uwagę odbiorców z lektorium na ekran. To szczegóły. Wydawałoby się, że bez znaczenia, ale w trakcie pogrzebu mają znaczenie zasadnicze. Wiele pomysłów zdarzało mi się już wybijać rodzinom z głowy.

Jakie jeszcze?

Nic więcej nie powiem, bo od razu będzie wiadomo, który był to pogrzeb. Ale i tak na wiele rzeczy się godzimy. Zdarzało się nam np. prowadzić kondukty, w których uczestniczyły konie czy np. psy myśliwskie. Czy np. ceremonie, które odbywały się w nietypowej scenografii, choć związanej ze zmarłym. Był to np. crossowy motor na środku sali ceremonialnej. Następnie urna jadąca na siodełku tego motoru do grobu. Rajdowy samochód, grubaśne niebieskie subaru, cztery rury wydechowe, cały oklejony tak, jak samochód do rajdów. Numer startowy, nazwiska i grupa krwi kierowcy i pilota, znaki, godła reklamowe. Urna wieziona następnie do grobu nie karawanem, tylko rajdowym wozem.
Oczywiście też bliscy zmarłego, jeżeli jego pasja łączyła się z konkretnym zawodem, stawiają się na pogrzeb w innym stroju. To może być strój myśliwski, jeździecki, sportowy - tak żegnani są np. trenerzy. Ale też np. mogą to być pomarańczowe goreteksty pracowników pogotowia - wówczas karawan odprowadzany jest przez karetki "na kogutach".

Co jeszcze w ogóle może wchodzić w grę?

Wspomniałam o myśliwych - im też często towarzyszy specyficzna oprawa, w tym np. muzyka wykonywana na rogach i myśliwskie sygnały. Np. sygnał Koniec Polowania, który oznacza równocześnie złożenie trumny bądź urny w grobie. Ba, moja koleżanka Barbara Nadratowska miała okazję żegnać zagorzałego kibica Legii i jego koledzy przynieśli na pogrzeb czerwone flary. Zostały odpalone w momencie złożenia prochów do grobu.

Tyle scenariuszy, ile osób?

Tak, przy czym wszelkie elementy, które mogą podkreślić indywidualność są stosowane i mile widziane przez mistrzów ceremonii. Ale też pamiętajmy o tym, że obycie i dobry smak powinny rodzinie dyktować to, na co może sobie pozwolić, a na co już nie. Osobiście jestem zwolenniczką prostoty i umiaru. Wychodzę z założenia: mniej znaczy więcej. Bo to nie scenografia czy mistrz ceremonii są najważniejsi na pogrzebie, ale zmarły. To na nim powinniśmy skupiać uwagę. Nie na błyskotkach. Nie na strojach. Nawet nie na muzyce, choć ta na pogrzebie jest jak masło na chlebie. Nie musi być. Ale jeżeli jest, to zupełnie inaczej smakuje.

Jak w takim razie może i powinien wyglądać pogrzeb świecki?

Powinien się składać co najmniej z trzech elementów. Najpierw krótki oszczędny ukłon przed katafalkiem. Potem powitanie uczestników ceremonii w imieniu całej rodziny zmarłego. Następnie wspomnienia wraz z pożegnaniami. Dodatkowo może się pojawić np. koncert ku czci zmarłego lub wspomniany pokaz slajdów.
Co ważne, treść wspomnienia mistrz ceremonii zawsze konsultuje wcześniej z bliskim zmarłego. Oczywiście, mogłoby się wydawać, ale to byłaby taka piękna niespodzianka, gdyby bliscy wcześniej nie wiedzieli, co mistrz powie. Przecież udzielili mu informacji. Ale nie wolno narażać ich na kolejny stres. Oni uzyskują pewność i spokój, kiedy wiedzą, że mają wpływ na każde moje słowo.

Czyli mistrz ceremonii ma być też strażnikiem spokoju rodziny?

Absolutnie! Oczywiście bardzo miło jest słyszeć: "Ale mamy do państwa 100 proc. zaufanie". Ale wiem też, że potrafi się to zemścić, za długo już prowadzę pogrzeby. Dlatego nisko się kłaniam, dziękuje za powierzone zaufanie, tym niemniej wymagam sprawdzenia tekstu. Także dla własnego komfortu. A przede wszystkim dla komfortu bliskich zmarłego.

Ile standardowo trwa sama ceremonia?

Zależy od rodziny zmarłego, ale co do zasady ok. 30 minut. Nie więcej jednak niż 45 minut. I to znowu efekt pewnego doświadczenia: lepiej pozostawić niewielki niedosyt niż przesyt.
Na cmentarzu ma miejsce jeszcze krótkie pożegnanie, już bez odnoszenia się do faktów z życia zmarłego, samo pochowanie, zamknięcie grobu, oddanie honorów, końcowe podziękowanie w imieniu rodziny wszystkim tym, którzy towarzyszyli zmarłemu w ostatniej drodze. Oczywiście zdarza się, że całość pogrzebu jest realizowana przy kwaterze grobowej, wtedy wspomnienia i pożegnanie wygłaszane są nad grobem.

I ile takich pogrzebów już pani zorganizowała?

To pokaźna liczba, nie brakuje też sławnych nazwisk. Bo są to zarówno twórcy, ludzie kultury jak i np. dyplomaci. Prof. Zbigniew Religa, Władysław Szpilman, Władysław Kopaliński, Zbigniew Zapasiewicz, Krzysztof Teodor Toeplitz, Ksymena Zaniewska, Stanisław Mikulski, Krzysztof Krauze, Wojciech Wójcik, Waldemar Kocoń, Wanda Wiłkomirska, Roman Kłosowski, czyli niezapomniany Maliniak. Niedawno żegnałam też Tomasza Knapika, Marię Nurowską czy np. wspomnianego już Edwarda Hulewicza.

Kto w ogóle dzwoni i zamawia świecki pogrzeb?

Wszyscy. To nie tak, że dzwonią tylko ci z pierwszych stron gazet. Poza tym, co ciekawe, dzwonią też ludzie wierzący. A i zdarza się nam współpraca z duchownymi. Czasem jest tak, że rodziny decydują, by pogrzeb odbył się według rytuału świeckiego, by było pożegnanie od rodziny, przyjaciół, środowiska. A dopiero potem przejeżdżają do kościoła parafialnego na mszę intencyjną. Nie powiem, że często. Bywa.

Zasobność portfela ma tu znaczenie?

A skąd! To nie tak, że by wynająć mistrza ceremonii trzeba być od razu Rockefellerem. Nasze honoraria są bardziej przyjazne. Przygotowanie i prowadzenie ceremonii przez mistrza ceremonii jest tańsze od ceremoniału kościelnego.

Ile dokładnie kosztuje?

To tajemnica handlowa.

300-800 zł, wynika z moich informacji.

To ten rząd wielkości. Ale znowu 300 zł bym nie zaryzykowała. Popytajmy, kto jest polecany, co jest dobre, co się sprawdza.

A to nie tak, że jak zapłacimy 500 zł, to będzie także np. deklamacja poezji czy specjalnie opracowany scenariusz muzyczny.

Nie, będzie wszystko to, co jest na każdym innym pogrzebie. Tylko w wykonaniu kogoś, kto być może uważa, że ceną wbije się na rynek. Tymczasem trzeba też wiedzieć, że czasem by przygotować mowę potrzebuję sześciu godzin, a czasem nawet trzech dni. Nigdy nie wiem, ile. Bo bywa i tak, że rodzina chce załączyć np. listy kondolencyjne z zagranicy.

Czyli to nie tak, że wszystko idzie szybko, łatwo i przyjemnie? Jak by to widzieli inni.

I zawsze według schematu: cudza robota lekką jest. Nie! To jak w słynnym dowcipie o Jasiu, który naprawił samochód, grzmotnąwszy młotkiem w jedno miejsce. "Jasiu, genialnie, świetnie. Ile za to chcesz?" Jasio odpowiada krótko: "105 zł". "Jak to, dlaczego tak dużo? Daj mi na to rachunek". I Jaś pisze: "Walnąłem młotkiem - 5 zł. Wiedziałem, gdzie walnąć - 100 zł".

Z boku dokładnie tak to wygląda: pogada 20 minut i przytuli 500 zł.

(śmiech) I to samo mówię kolegom i koleżankom. Popatrzcie ile to razy, ktoś na pogrzebie szepcze drugiemu do ucha: "Ty, zobacz, pogadała chwilę i wzięła kilka stów. Ty, to ja od jutra robię to samo". Zabawne jest też to, że jak pandemia zamknęła ludzi w domach, nie sposób było iść do kina, teatru czy muzeum, to nastąpił wysyp mistrzów ceremonii. Nagle wszystkim się zaczęło wydawać, że to taka łatwa robota. A poza tym, co teraz ludzie robią? Umierają. Nic więcej. To żyła złota. Nadal zresztą wiele osób pyta o ten zawód, choć mój mąż mówi jedno: "Każdy może, tylko nie każdy powinien. Bo to robota bardzo obciążająca. To nie jest tak, że kończymy ceremonię, wychodzimy z cmentarza, trzaskamy drzwiami od samochodu, już poszło". Nic z tych rzeczy.

To o ile więcej jest teraz pochówków świeckich w Polsce?

O ile wcześniej były to 3-4 proc. wszystkich ceremonii, to tuż przed pandemią podskoczyło do 6-8 proc. Niewątpliwie ceremonii jest więcej chociażby dlatego, że kilka lat temu w Warszawie było troje mistrzów ceremonii. W tej chwili jest ich już dziewięcioro.

I czym to tłumaczyć?

Liczbą afer w Kościele. Zwykli ludzie, którzy mają rodziny, ciężko na nie pracują i chodzą do kościoła, szybciej pogodziliby się z tym, że Kościół ma coś do powiedzenia o polityce niż z tym, że ten kto uczy mnie jak żyć, sam żyje wbrew tym zasadom. Dwa: siłą tych ceremonii, czyli ich spersonalizowaniem. Jeżeli mistrz się przyłoży, to będzie to ceremonia poświęcona konkretnemu człowiekowi. Mówimy o nim, do jego bliskich, o jego bliskich, o jego pasjach, o wadach również. Bo tu nie ma kazania. Nikogo niczego nie uczę. Nie mówię  jak żyć. Tylko, jakie było to życie, które się właśnie skończyło.

Czyli pogrzebów świeckich z roku na rok będzie też coraz więcej?

Tendencja jest rosnąca, ale to nie huraganowe tempo. Częste poruszanie w środkach masowego przekazu tematu pogrzebu świeckiego powoduje fałszywe wrażenie, że jeszcze trochę, dzień, dwa, trzy i będą tylko same świeckie pogrzeby. Nic z tych rzeczy. Za to, to co się zmieniło tu i teraz to to, że mistrzowie ceremonii zaczęli jeździć także do małych miejscowości. Czemu sami się nawet dziwią, bo nie spodziewali się, że ktoś podejmie decyzję o zorganizowaniu tam niereligijnego pogrzebu. Ale to się już dzieje - każdy zakład pogrzebowy organizował już przynajmniej jeden świecki pogrzeb.

Anna Borowik, mistrz ceremonii pogrzebowej. Wraz z mężem prowadzi pogrzeby, w których uczestniczą także głowy państw i najwyżsi dostojnicy państwowi, a także np. przedstawiciele ambasad. Współpracuje przy organizacji ceremonii z Kancelarią Prezydenta RP i Kancelariami Ministerstw, a także Kompanią Reprezentacyjną Wojska Polskiego, Kompanią Reprezentacyjną Policji a także duchowieństwem różnych Kościołów. Realizuje ceremonie pogrzebowe wymagające znajomości protokołu dyplomatycznego, wojskowego i liturgii różnych wyznań. 

DOSTĘP PREMIUM

TOK FM PREMIUM