"Zamroził mózg dziewczynki, która zmarła na nowotwór". Dla bogów z neurochirurgii to nie science fiction

Zamroził mózg dziewczynki, która w wieku trzech lat zachorowała na bardzo złośliwy nowotwór i zmarła. Jej rodzice zdecydowali się na krioprezerwację, bo liczą, że za kilkadziesiąt lat będzie można obudzić ich córkę i oddać jej życie, którym nie zdążyła się nacieszyć. Nie mnie oceniać takie decyzje. Rodzice zapewne chcieli dla niej jak najlepiej - mówi w tokfm.pl Marianna Fijewska, autorka książki "Neurochirurdzy. Sekrety polskich wszechmogących".
Zobacz wideo

Konrad Oprzędek, TOK FM: Już teraz mogą stworzyć nowego, ulepszonego człowieka?

Marianna Fijewska, autorka książki "Neurochirurdzy. Sekrety polskich wszechmogących": Na przykład takiego, który odczuwa mniej lęku lub więcej przyjemności? Według moich rozmówców, jest to możliwe poprzez wszczepianie stymulatorów do odpowiednich części mózgu. Później stymulację można podkręcać pilotem. Takie zabiegi nie były jeszcze wykonywane ze względów etycznych. Ale słyszałam o podobnej operacji w Polsce. Przeszła ją Ewa, z której mamą rozmawiałam.

Na co cierpiała Ewa?

Urodziła się jako wcześniak, miała komplikacje zdrowotne, ale potem trafiła do szkoły, jej stan się poprawił i cieszyła się życiem. Jednak gdy zaczęła dojrzewać, popadła w bardzo silne ataki autoagresji. Nieustannie dążyła do tego, by się zabić. Kiedyś podczas wyjścia do centrum handlowego jej mama usłyszała krzyki. Okazało się, że Ewa z całych sił wali głową o posadzkę. Ojciec, chcąc ratować dziewczynkę, nakrył ją swoim ciałem. Na niego z kolei rzucił się ochroniarz, bo nie rozumiał sytuacji. Takie ataki Ewa miała latami. Rodzice musieli krępować ją pasami i zakładać jej maskę, taką jak w filmie o Hannibalu Lecterze. By nie mogła się gryźć.

Kto ją uratował?

- Prof. Marek Harat, psychoneurochirurg. Wszczepił jej stymulator, który oddziaływał na ośrodek mózgu odpowiedzialny za autoagresję. Dziś jest kobietą koło trzydziestki, która cieszy się życiem. Jest za to tak wdzięczna profesorowi, że zawiesiła nad łóżkiem jego portret. Gdy dopada ją wściekłość, googluje jego zdjęcia. Mówi, że to jej pomaga się wyciszyć.

Dlaczego więc neurochirurdzy nie stworzą świata bez agresji, bólu i lęku?

- Mogą "operować" psychikę, ale tylko w wyjątkowych sytuacjach. Pomagają np. ludziom z całkowicie lekooporną depresją, która zagraża ich życiu. Jednak pacjenci muszą spełnić szereg wymagań. M.in. przejść cały proces leczenia u psychiatrów i psychologów. Dopiero gdy okazuje się on nieskuteczny, wkraczają neurochirurdzy.

A pozostałym nie można po prostu podkręcić pilotem szczęścia?

- Takich zabiegów się nie wykonuje. Każda "operacja" psychiki jest obwarowana zasadami etycznymi i kontroluje to specjalna komisja. Właśnie dlatego, żeby dowolnie nie ulepszać człowieka, bo to byłoby bardzo niebezpieczne. Prof. Marek Harat zobrazował mi to zagrożenie na przykładzie oficera służb specjalnych, któremu "wycisza" się ośrodek odpowiedzialny za odczuwanie lęku. Taki człowiek byłby szalenie niebezpieczny.

Mrożenie ludzi

Są więc w stanie stworzyć nowego człowieka. A mogą dać mu nieśmiertelność?

- Mogą go zamrozić po śmierci i przechować z nadzieją, że kiedyś zdołają go przywrócić do świata żywych. Nazywa się to krioprezerwacją. Napisałam w książce o amerykańskiej organizacji Alcor, największej na świecie firmie, która zajmuje się mrożeniem ludzi po śmierci. Rozmawiałam z prof. Jose Kanshepolskym, który tam pracuje. Zamroził mózg dziewczynki, która w wieku trzech lat zachorowała na bardzo złośliwy nowotwór i zmarła. Jej rodzice zdecydowali się na krioprezerwację, bo liczą, że za kilkadziesiąt lat będzie można obudzić ich córkę i oddać jej życie, którym nie zdążyła się nacieszyć. Nie mnie oceniać takie decyzje. Rodzice zapewne chcieli dla niej jak najlepiej.

Ale to tak na poważnie?

- Wiem, że brzmi to jak science fiction, jednak krioprezerwacja to już rzeczywistość. Na całym świecie jest zamrożonych pewnie już ok. kilkaset osób. Czekają na moment, gdy medycyna będzie w stanie ich odmrozić. Albo odmrozić same ich mózgi, które zostaną zintegrowane z komputerem albo umieszczone w nowym ciele.

Ile taka nadzieja kosztuje?

- Koło 120 tys. dolarów trzeba wydać za zamrożenie całego ciała, a ok. 80 tys. za krioprezerwację samego mózgu. Po rozmowach z neurochirurgami myślę, że nie jest to fałszywa nadzieja. Według nich za kilkadziesiąt lat odmrażanie może stać się faktem. Pytanie tylko, czy tacy "przebudzeni" pozostaną tymi samymi ludźmi, którymi byli wcześniej. Zapytałam prof. Jose Kanshepolsky’ego, czy zamrozi się po śmierci. Zaprzeczył. Co prawda, wierzy, że kiedyś będzie dało się przywracać tych ludzi do życia, ale zapytał: "Czym byłoby moje życie bez bliskich?".

Śmiech rodem z filmu grozy

Opowieści z neurochirurgii to także historie zaskakujących przemian osobowości. Jak twardziel, który pakuje na siłce, nagle zamienia się w czułego misia?

- To historia Rafała, który w wieku 22 lat wracał po pijaku z imprezy i wpadł pod pociąg. Miał marne szanse na ocalenie, ale się udało. Usunięto mu krwiaka mózgu. Przez dwa tygodnie był w śpiączce. Potem miał halucynacje i zdawało mu się, że biega po farmie kurczaków. Wyszedł z tego, ale okazało się, że uraz mózgu zmienił jego osobowość. Zaczął bardzo silnie odczuwać emocje i przestał je kontrolować.

W jakich sytuacjach?

- Jakiś czas po operacji był świadkiem na ślubie przyjaciela. Gdy usłyszał, jak ten kumpel pomylił imię panny młodej, Rafał nie mógł powstrzymać śmiechu i to takiego rodem z filmu grozy. Wszyscy zamarli, a urzędnik zastanawiał się, czy nie przerwać ceremonii. Innym razem komuś wypadł z buzi kawałek jedzenia, a Rafał musiał wyjść, bo aż popłakał się ze śmiechu. Łez nie mógł powstrzymać również ze wzruszenia. Np. wtedy, gdy przeglądał internetowe zbiórki dla chorych. A przecież wcześniej był twardzielem, który nigdy się nie roztkliwiał. Uraz mózgu przemienił go też z imprezowicza w domatora i ciepłego ojca. Stał się nowym człowiekiem. Mówił mi, że czuje się nudziarzem, a jeszcze niedawno był fajnym, towarzyskim facetem. Ale ja czytam tę historię inaczej - uraz go paradoksalnie naprawił, bo Rafał zaczął okazywać emocje.

To był duży uraz. Czasem jednak wystarczy niewielki, by zmieniła się osobowość.

- Poznałam historię chłopaka, którego narzeczona niechcący walnęła drzwiami przy wysiadaniu z auta. Trafił do szpitala z krwiakiem w płacie czołowym. Uraz zdążył spowodować zmiany w osobowości pacjenta. Z wycofanego faceta zrobił się taki "hej, do przodu!". Narzeczona potem przyszła do neurochirurg i zapytała, co ma robić, bo za tydzień ślub, a ona ma poczucie, że nie zna człowieka, za którego ma wyjść.

Ciężar tajemnicy

Która historia z neurochirurgii najbardziej panią poruszyła?

- Aktora Marcina Bosaka. Kilka lat temu zdiagnozowano u niego bardzo rzadki guz w rdzeniu kręgowym, z czym najprawdopodobniej się urodził. Guz rósł powoli i rozpierał rdzeń. Bosak długo czuł się dobrze, aż nagle zaczął czuć niedowład ręki. Od polskich lekarzy usłyszał, że nic nie da się zrobić. Że jeśli zdecyduje się na operację, to w najlepszym przypadku skończy na wózku w bardzo ciężkim stanie. Postanowił, że nikomu o tym nie powie, nawet żonie. Stwierdził, że po co mówić o chorobie, na którą i tak nie ma lekarstwa. Po prostu umrze. To musiało być dla niego koszmarnie trudne, zwłaszcza że miał wtedy małe dziecko.

Nie poddał się?

- Zaczął szukać rozwiązania za granicą. Po wielu próbach kontaktu z różnymi znakomitościami ze świata neurochirurgii wreszcie trafił na lekarza, który podjął się operowania. Udało się! W tej chwili jest zdrowym człowiekiem. Ma za sobą chorobę, ale też ciężar tej koszmarnej tajemnicy. Gdy o tym słuchałam, uświadomiłam sobie, z jaką samotnością musiał się mierzyć. To było dla mnie przejmujące.

Polscy bogowie często mówią: "Nic nie da się zrobić"?

- Przeciwnie, nasza neurochirurgia jest absolutnie wyjątkowa. W książce zebrałam na to liczne dowody. Jednym z nich jest historia pana Darka, strażaka, którego zaatakował zazdrosny ekspartner jego byłej dziewczyny. Ostrze przecięło rdzeń kręgowy. Na szczęście jego rekonstrukcji podjął się prof. Paweł Tabakow. Darek jest pierwszym człowiekiem, który odzyskał częściową władzę w nogach, mimo że miał całkowicie przerwany rdzeń. Oczywiście, wcześniej musiał przejść bardzo długą, bo ponad dziesięcioletnią rehabilitację. Nie jest w pełni sprawny, ale samodzielny. Jeździ samochodem i rowerem.

Nie wszystkie historie znajdują happy end?

- Niektóre mają duże zwroty akcji, jak ta rapera Karola Pjusa Nowakowskiego. Miał neurofibromatozę typu 2, bardzo rzadką chorobę. Na zakończeniach jego nerwów pojawiały się zmiany nowotworowe. W dodatku działo się to na nerwach słuchowych, co dla niego - jako muzyka - było tragedią. Akurat rozpędzał się zawodowo i zaczynał być w środowisku znany, a tu taka tragedia. Na szczęście wszczepiono mu implanty pniowe i odzyskał słuch. Śmiał się w wywiadach, że uszy służyły mu już tylko do podtrzymywania okularów, bo narząd słuchu miał całkowicie sztuczny, stworzony przez technikę. Mimo to zdążył nagrać płytę, cieszyć się życiem, biegać maratony. Niestety, choroba dalej postępowała. Zmarł w tym roku.

"Siedział i myślał: Zabiłem człowieka"

Bogowie często mają do czynienia ze śmiercią pacjentów?

- Bardzo, ona jest wpisana w ten zawód. Muszą się z nią mierzyć zwłaszcza ci neurochirurdzy, którzy pracują na SOR-ach. Trafiają tam osoby po ciężkich wypadkach i niedoszli samobójcy, którzy skoczyli z wysokich pięter. Bardzo często się zdarza, że ci pacjenci przechodzą operacje, a potem umierają.

Jak neurochirurdzy sobie z tym radzą?

- Gdy zadawałam im to pytanie, to zwykle słyszałam, że pomagają im rodziny. Przyznawali, że na początku swoich karier nie mogli spać i widzieli świat w ciemnych barwach - jako ten, który tylko odbiera radość życia. Jeden z profesorów opowiadał, że gdy zmarli mu pierwsi pacjenci, cierpiał na bezsenność, po nocach zadawał sobie pytanie: "Co mogłem zrobić lepiej, żeby pacjenci przeżyli?".

Żyją z poczuciem winy?

- Na początku tak. Młody neurochirurg wspominał, jak kiedyś klipsował tętniaka mózgu. Czyli zakładał klips, który miał ograniczyć dopływ krwi do tej zmiany, by ona wyschła. Zaraz po operacji zaczął się szykować do długo planowanego urlopu, bo był przepracowany. Wieczorem jeszcze zadzwonił do szpitala, by zapytać, czy z pacjentem wszystko jest w porządku. Potwierdzono. Rano więc pojechał na lotnisko. Tam jeszcze go tknęło, żeby znów zadzwonić. Tym razem okazało się, że klips się zsunął i pacjent umarł. To nie była jego wina, po prostu takie operacje są obciążone dużym ryzykiem. Mimo to przez cały urlop się obwiniał. Siedział i myślał: "Zabiłem człowieka". Mówił mi, że z takimi myślami każdy początkujący neurochirurg musi się oswoić. I rozważyć na przyszłość, czy będzie w stanie udźwignąć taką odpowiedzialność.

Mocne upadki na początku kariery, a później wysokie wzloty w boskość?

- Właśnie nie. Oni nie lubią być nazywani bogami, choć w internecie pełno jest określeń autorstwa ich pacjentów typu: "cudotwórcy", "wysłannicy Boga", "anioły". Moi rozmówcy mówią o sobie z dużą pokorą. Uważają na to, żeby nie odlecieć. Podkreślają, że jeśli neurochirurgowi to się udaje, to lepiej nie trafić do niego na stół operacyjny. Są świadomi ogromnego zagrożenia dla pacjenta, jakie wynika z ich samozachwytu. Ja też - po napisaniu tej książki - mam już mniejsze poczucie, że są bogami. Neurochirurgia to po prostu rzemiosło, wyuczona profesja.

Kultura zapierd...lu

Jak już są na ziemi, to proszę opowiedzieć, na co narzekają i o co się kłócą?

- Starsi zarzucają młodszym, że są roszczeniowi. Czyli że bardzo pilnują czasu wolnego i zarobków. Rozumiem młodych, bo jestem z ich pokolenia. Dla starszych taka postawa jest karygodna. Mówią, że poświęcili życie, by ratować ludzi. Nie zastanawiali się, kiedy wreszcie mogą wyjść do domu, tylko zatracali się w pracy. Dzięki temu przecierali szlaki w polskiej neurochirurgii. To jest godne podziwu, ale…

Ale mamy już dość kultury zapierd...lu.

- Dokładnie. Nasze pokolenie wypisuje się z niej i bardzo dobrze. Oczywiście, starsi też mają rację. Zarzucają młodym, że wybierają operacje kręgosłupów w placówkach prywatnych, zamiast walczyć na froncie, czyli na SOR-ach. W sektorze prywatnym dobrze płacą, w dodatku nie ma tam samobójców ani ofiar wypadków, których cierpienie trzeba odchorowywać. Pacjenci są często bogaci i jak wyzdrowieją, zapraszają na tenisa. Starsza pani neurochirurg z Dolnego Śląska komentowała, że super, jeśli młodzi mają taką możliwość, ale zaraz wszyscy będą operowali kręgosłupy, a nikt zajmie się powypadkowymi krwiakami.

Czym są zemsty grafikowe?

- Tego określenia użyła pewna młoda neurochirurg. Powiedziała, że jeśli starsi są wkurzeni postawą roszczeniową młodszych, to robią im grafiki "na wykończenie". Później ci młodzi kończą pracę o godz. 23, a wracają do niej o 6 rano. Do tego dochodzą niedziele i święta. A także: odsuwanie od najciekawszych medycznie operacji.

Aż dziw, że z takiego środowiska wychodzi tyle ludzkich historii z happy endem.

- Z finałem: "a potem chciał/a żyć". To na koniec jeszcze jedna taka opowieść. Prof. Marek Harat operował kiedyś dziewczynę, która była wiecznie głodna. Bo gdy była mała, to wycięto jej guz mózgu, uszkadzając przy tym ośrodek, który odpowiada za poczucie sytości. Nieustannie miała apetyt, przez co wpadła w otyłość. Była tak zrozpaczona, że chciała się zabić. Uratował ją prof. Harat. Po tym, jak wszczepił jej do mózgu stymulator, znacznie schudła. Zaczęła robić palny na przyszłość i zapisała się na studia. Wreszcie chciała żyć.

DOSTĘP PREMIUM

TOK FM PREMIUM