Kaja Godek chce karania za "propagowanie" aborcji. "Fundamentaliści chcą wysłać sygnał, że coś robią"

Myślę, że w nowym projekcie Kai Godek chodzi o kolejne usatysfakcjonowanie środowiska fundamentalistycznego. Chcą wysłać sygnał, że coś robią, bo w ostatnim czasie nie mieli większych sukcesów - mówiła w TOK FM Agata Bzdyń, radczyni prawna współpracująca z Federacją na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.
Zobacz wideo

Fundacja Życie i Rodzina Kai Godek chce skierować do Sejmu projekt ustawy mający ograniczyć działalność organizacji, które pomagają kobietom w aborcji. Według projektu do dwóch lat więzienia groziłoby za propagowanie działań na rzecz pomocy w przerywaniu ciąży. Karalne byłoby również publiczne nawoływanie do aborcji i informowanie o możliwości jej dokonania.

- Chodzi o to, że Kai Godek nie udało się wprowadzić zakazu przerywania ciąży przez kobietę, która się w niej znajduje. W tym projekcie nadal nie ma o tym mowy. Godek chce więc zakazać mówienia, że każda kobieta w Polsce może legalnie ciążę przerwać. Tym samym Godek próbuje wpłynąć na osoby, które pomagają lub informują o aborcjach – mówiła w TOK 360 Agata Bzdyń, radczyni prawna współpracująca z Federacją na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

W jej ocenie takie przepisy bardzo satysfakcjonowałyby Kaję Godek, ale niekoniecznie byłyby skuteczne. - Bo czy policja i prokuratura mają tyle mocy przerobowych, by ścigać wszystkie osoby, które "propagują" możliwość przerywania ciąży? A propagowanie to wszystkie sposoby upowszechniania poglądów i wiedzy. Czyli co, ścigano by wszystkich, którzy na Facebooku opublikowali numer do Aborcji bez Granic? Troszkę byłoby tego dużo – tłumaczyła w rozmowie z Adamem Ozgą i dodała, że oberwałoby się również mediom, które informują o aborcji.

Zwróciła również uwagę na kolejny pomysł Kai Godek. Według jej projektu karane byłyby także osoby, które z zagranicy przesyłają Polkom informacje o sposobach dokonywania aborcji. A to – jak oceniła radczyni prawna – jest nierealne do wykonania.

"Fundamentaliści chcą wysłać sygnał, że coś robią"

Agata Bzdyń podkreśliła, że w Polsce kobiety zorganizowały system samopomocy, w ramach którego wspierają się wiedzą nt. przerywania ciąży. Natomiast teraz – jak oceniła gościni TOK FM – Kaja Godek próbuje w ten system uderzyć.

- Po wyroku Trybunału Julii Przyłębskiej (z października 2020 roku, który uznał dokonywanie aborcji z powodu uszkodzeń lub wad płodu za niezgodne z konstytucją - przyp. red.) narrację o aborcji przejęły organizacje kobiece, które mówią otwarcie, że w Polsce można przerywać ciąże legalnie. Dziewczyny przekonują, że spokojnie można to zrobić w domu przy pomocy aborcji farmakologicznej i wcale nie jest do tego potrzebny nawet lekarz. Od tego czasu wzrosło społeczne poparcie dla dopuszczania aborcji do 12. tygodnia ciąży. Chodzi więc, żeby o tym nie mówić, bo jak się nie mówi, to nie rośnie poparcie dla legalnego zabiegu aborcyjnego - wskazała gościni TOK FM.

Słowa ekspertki potwierdza sondaż IBRiS-u dla Onetu, według którego dwa lata po głośnym wyroku TK tylko 8,9 proc. Polaków pozytywnie ocenia tamtą decyzję, a negatywnie aż 69,4 proc. - Myślę więc, że w projekcie Kai Godek chodzi o kolejne usatysfakcjonowanie środowiska fundamentalnego. Chcą wysłać sygnał, że coś robią, bo w ostatnim czasie nie mieli większych sukcesów - podsumowała Agata Bzdyń. 

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM