"Spowiednik walnął pięścią i krzyknął: A onanizm był?!". Były duchowny o "kruczku" w tajemnicy spowiedzi

O tym, co mówiliśmy w konfesjonale, szybko dowiadywali się nasi przełożeni. Bo w prawie kanonicznym jest pewien kruczek, przez który wielu księży uznaje, że jeśli nie zdradzi nazwiska penitenta, to nie łamie tajemnicy spowiedzi. Nieważne, że słuchający domyśli się, o kogo chodzi - mówi tokfm.pl Robert Samborski, były duchowny.
Zobacz wideo

Dziś studiuje biologię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i – jak mówi – ma już obiecaną robotę u Czechów w Karkonoskim Parku Narodowym. Wcześniej pracował jako ogrodnik, stolarz, kontroler jakości i spawacz. Imał się różnych zajęć, bo po wylocie z seminarium był młodym chłopakiem bez kwalifikacji. Nauczył się tam głównie, jak nie zwracać na siebie uwagi, by nie wpaść w korkociąg upokorzeń. Ale tego do CV wpisać nie mógł.

Afera, w konsekwencji której wyleciał z seminarium, zaczęła się od żartu. Na szóstym roku miał już niewiele wykładów i sporo czasu wolnego. Z nudów sięgnął więc po pióro. - Kiedyś przyszedł do mnie kolega z roku i przeczytał humorystyczne opowiadanie o menelu, pod postacią którego krył się jeden z przełożonych naszego seminarium. Wiedząc, o kogo chodzi, zaśmiewałem się w głos. Napisałem coś podobnego o innym przełożonym. Później dla odprężenia tworzyliśmy kolejne satyry i się nimi wymienialiśmy – wspomina Robert Samborski, autor książki "Sakrament obłudy. Wspomnienia z seminarium".

Jak dodaje, była to forma odreagowania, bo obśmiewał przełożonych, którzy przez lata fundowali klerykom upokorzenia. Bohaterami tych opowiadań stali również dostojnicy z kurii, w tym biskup pomocniczy, który został później oskarżony o pedofilię.

- W połowie roku kolega poprosił, żebym oddał mu swoje opowiadania. Chciał je dodać do tych, które sam napisał, i zanieść do znajomego drukarza. Miała z tego powstać książeczka w dwóch egzemplarzach. Tak na pamiątkę. Tylko że zamiast dwóch powstało 100. Kolega wciskał mi kit, że maszyny drukarskiej nie dało się ustawić na mniejszą liczbę. Nie znałem się na tym, więc schowałem swoje 50 sztuk na dnie szafy. A on swoje zaczął rozdawać kolegom w seminarium i znajomym księżom. I tak rozpętała się zawierucha – mówi były duchowny.

Opowiadania były podpisane pseudonimami kleryków, ale po treści nie było trudno dojść, kim są ich autorzy. Jako pierwszy na dywanik do rektora seminarium został wezwany kolega Samborskiego. - Spanikował i przysięgał tam na krzyż, że tego nie napisał. Dzwonił do mnie z płaczem, żebym go nie wydawał. Gdy więc przyszła moja kolei, powiedziałem, że to tylko ja jestem autorem tekstów, a dwa pseudonimy dałem dla zmyłki. Przełożeni chcieli mnie wyrzucić, ale byłem już diakonem, czyli miałem najniższy stopień święceń, a takiego nie można się pozbyć ot tak. Bo prawo kanoniczne dokładnie określa, w jakich sytuacjach Kościół może pozbyć się duchownego. Taką sytuacją z pewnością nie jest to, że diakon napisze bzdurne opowiadanka - podkreśla.

Samborski relacjonuje, jak przełożeni próbowali go zmusić do tego, żeby sam napisał prośbę o zwolnienie ze stanu duchownego. Biskup miał go wzywać kilka razy w miesiącu tylko po to, by mu wmawiać, że jest chory psychicznie i nie nadaje się do kapłaństwa. - Z kolei rektor seminarium wołał mnie o godz. 1 w nocy, świecił mi lampką w twarz i się na mnie wydzierał: "Jesteś do niczego, niewierzący i chory psychicznie!". W końcu usłyszałem, żebym się wynosił z seminarium. Powiedział: "Precz mi z oczu i radź sobie sam!" - opowiada mój rozmówca.

"Nakaz donoszenia"

Po czasie Samborski dowiedział się, że kolega kleryk nie miał żadnego znajomego w drukarni. Wydanie stu egzemplarzy "bzdurnych opowiadanek" miał zainspirować i sfinansować ksiądz z kurii. - Znał się z moim kolegą i użył książeczki w swoich intrygach. Był sekretarzem poprzedniego biskupa, ale wraz jego odejściem sam poszedł w odstawkę. Za pomocą tych satyr, które obśmiewały i pokazywały słabości także dostojników w kurii, próbował odzyskać swoje wpływy. Ale dlaczego mój kolega mnie okłamał? Tu dochodzimy do podstawowej rzeczy, której uczyliśmy się w seminarium: nie ma czegoś takiego, jak przyjaźń ani zaufanie. To jest po prostu zakazane! – mówi były kleryk.

Jego zdaniem przyjaźnie tam są niedopuszczalne, bo tylko osamotnieni klerycy nie są w stanie budować siły w grupie. Dzięki temu są zmuszeni bezwzględnie podporządkować się najważniejszemu przykazaniu w duchowieństwie. A jest nim posłuszeństwo.

- Ono liczy się bardziej niż wiara. O tę ostatnią nikt przez sześć lat w seminarium nawet mnie nie zapytał, za to posłuszeństwo było wałkowane non stop. W ten sposób przygotowano nas do życia. Uczono nas, że trzeba być posłusznym najpierw przełożonemu w seminarium, a później proboszczowi i biskupowi. Wszystko, co mówi osoba, która jest choćby ćwierć stopnia wyżej, to jest "słowo boże". Przełożony nawet zresztą nie musi tego słowa wypowiadać - wystarczy, że je pomyśli. Przez cały pobyt w seminarium uczono mnie, jak samemu dedukować, czego przełożony chce. Jak ubiegać jego oczekiwania. To była tresura gorsza niż w wojsku, bo tam przynajmniej padają rozkazy i jest wszystko jasne – opowiada Samborski.

Jak dodaje, idąc do seminarium, zakładał, że będzie posłuszny, ale jego sumienie pozostanie na pierwszym miejscu. - Okazało się jednak, że nawet sumienie ma milczeć, gdy w grę wchodzi wola przełożonego. Bo ze "słowem bożym" nie można dyskutować - podkreśla.

Największym testem dla jego sumienia był nakaz donoszenia. Życie w seminarium toczy się według regulaminu, a za jego łamanie grożą kary. By jednak przełożony mógł je nakładać na kleryków, musi wiedzieć o ich "występkach". I do tego właśnie potrzebni mu są donosiciele.

- Regulamin mówił, że o godz. 22 wszystkie światła mają być pogaszone, a my musimy leżeć w łóżkach. Powiedziano nam, że gdy kolega z pokoju będzie czytał nawet pięć minut później, to musimy o tym donieść przełożonemu. Jeśli tak się nie stanie, to mamy grzech ciężki, z którego mamy obowiązek się spowiadać. W tym środowisku donosicielstwo było dobrem, a zaniechanie tego obowiązku uchodziło za zło - wspomina.

- Donosił pan czy się spowiadał? - pytam.

- Ani jedno, ani drugie. Gdybym donosił, to nie mógłbym spojrzeć w lustro. Nie spowiadałem się też z tego "grzechu ciężkiego", bo wiedziałem, że gdybym to zrobił, to mój spowiednik - ojciec duchowny - zaraz poleciałby do rektora i mu to powiedział. Tajemnica spowiedzi nie obowiązuje przełożonych. Ale czułem się winny, że łamię reguły i to było dla mnie najtrudniejsze – odpowiada były kleryk.

"Jak zjemy wafelek razem, to twoją sprawę załatwię"

Samborski mówi, że niektórzy jego koledzy nie mieli skrupułów i biegali do przełożonych z donosami. Tacy klerycy mogli liczyć na taryfę ulgową i nawet za łamanie regulamin nie byli karani. - W seminarium zakazane było np. posiadanie komórek, oglądanie filmów, słuchanie muzyki. Przez większość czasu nie mogliśmy też ze sobą rozmawiać. Gdy więc ktoś łamał te zakazy, były przewidziane dla niego kary. Te regulaminowe polegały na wpisywaniu upomnień do akt. Niby po trzech takich upomnieniach można było usunąć kleryka z seminarium, ale nigdy nie słyszałem, żeby do tego doszło. Bo przełożeni stawiali na pozaregulaminowe kary – tłumaczy.

Właśnie z nich byli zwalniani donosiciele. Nie musieli więc wykonywać prac fizycznych, które – według mojego rozmówcy – polegały np. na przerzucaniu piachu z jednego kąta podwórka w drugi. W karze tej nie chodziło nawet o samą robotę, tylko o czas wolny, w którym się odbywała. - Jak jesteś przez lata zamknięty z siedemdziesięcioma facetami w jednym budynku, to każde zezwolenie na wyjście na miasto – choćby na dwie godziny – jest zbawieniem. Jest nim też wyjazd na Boże Narodzenie do rodziny. A gdy ci to odbierają za karę, to przyjmujesz potężny cios – wyjaśnia były kleryk.

Innym rodzajem kary, z której przełożeni zwalniali donosicieli, było nękanie psychiczne. - Pół biedy, jeśli rektor wzywał do siebie kleryka i tam opier.....ał go z góry na dół, krzycząc, że jest chory psychicznie i żeby szedł się powiesić. Ale gdy robił to na korytarzu przy wszystkich i to przez kilkanaście minut, to już było grube upokorzenie. Czy trzeba czegoś więcej, by człowiek bał się już na samą myśl, że to się powtórzy? Żyliśmy w zamknięciu, w strachu i w ciągłym poczuciu winy. A byliśmy wchodzącymi w dorosłość ludźmi, którzy nie mieli wielkiej wytrzymałości psychicznej – podkreśla.

Jak dodaje, nękania psychicznego doświadczali klerycy, którzy podpadli przełożonym za brak posłuszeństwa. Jednak ich "występki" - takie jak słuchanie muzyki czy założenie do pracy dresu o innym kolorze niż czarny – nie były na tyle duże, żeby wyrzucić ich za to z seminarium. - Dlatego takich delikwentów tłamszono, dokręcano im śrubę, by nie wytrzymali i sami odeszli. Pamiętam, jak przełożony wezwał jednego z moich kolegów i powiedział, że księdzu z kurii zginęły dwie stówy. Dodał: "Wiemy, że to ty jesteś złodziejem". Groził, że rozgłosi to wszystkim. Tak mu tę śrubę dokręcał, że chłopak odszedł, bo nie miał już siły – opowiada mój rozmówca.

Inny jego kolega również miał zostać oskarżony o kradzież pieniędzy. Kleryk poszedł do prefekta rocznika, by wyjaśnić sprawę. - Przełożony powiedział: "Pomyślimy, załatwimy, ale stawiam warunek...". Wziął wafelka z miseczki, która leżała na stole, wsadził go sobie do ust i dodał: "Jak zjemy go razem – ty z jedno końca, ja z drugiego – to twoją sprawę załatwię". Pewnie liczył, że to będzie wstęp do czegoś więcej. Ale kolega się obruszył i rzucił seminarium - stwierdza.

Samborski wspomina, że nie wszyscy klerycy wytrzymywali psychicznie. Niektórzy wpadali w załamanie nerwowe. Jak ten chłopak, który kiedyś w amoku wyszedł z seminarium i ruszył nieświadomie przed siebie. Po wielu godzinach i kilometrach znalazła go na drodze policja. Nie umiał wyjaśnić, co się z nim działo i dokąd szedł.

- Nie rozmawialiśmy ze sobą o nękaniu psychicznym, zostawaliśmy z tym sami. Jak już ktoś pogadał z innym szczerze, to szybko się okazywało, że popełnił błąd. Bo ten koleś donosił. Dlatego nie ufaliśmy sobie. Przełożeni o to dbali. Gdy tylko widzieli, że dwaj klerycy się kolegują, to brali ich na bok jeden po drugim i grozili, że wylecą, jeśli nie zaczną donosić na kumpla – mówi Robert Samborski.

"A onanizm był?!"

Według mojego rozmówcy klerycy nie mogli nawet zwierzać się spowiednikom, czyli swoim ojcom duchownym, którzy z reguły byli spoza seminarium. - Bo o tym, co mówiliśmy w konfesjonale, szybko dowiadywali się nasi przełożeni – twierdzi.

- Jak to? Przecież za złamanie tajemnicy spowiedzi grozi księdzu nawet ekskomunika – wtrącam.

- Prawo kanoniczne mówi, że ekskomunika może spaść na spowiednika, który bezpośrednio złamie tę tajemnicę. Tu słowo "bezpośrednio" jest kluczowe. To kruczek, przez który wielu księży uznaje, że jeśli nie zdradzi nazwiska penitenta, to nie łamie tajemnicy spowiedzi. Nieważne, że słuchający domyśli się, o kogo chodzi. Kiedyś jako kleryk pojechałem na wakacje do domu i odwiedziłem księży w mojej rodzinnej parafii. Siedzieli w kółeczku i opowiadali sobie, co który usłyszał w konfesjonale. Jedna kobieta zwierzyła się, że miała złe relacje z mężem i była przez niego bita. Ksiądz nie zdradził jej nazwiska, ale wszyscy wiedzieli, o kim mówi. Problemy, z których ludzie zwierzają się księżom, są przez nich przekazywane dalej – mówi.

Przypomina sobie, że gdy w seminarium klerycy spowiadali się z "grzechu" masturbacji, ojcowie duchowni przekazywali to przełożonym, a ci wzywali na rozmowę i mówili: "Wiem, że masz z tym problem". Niekiedy to zdradzanie tajemnicy spowiedzi nie musiało nawet odbywać się po cichu. - Pewnego razu w kaplicy czytaliśmy i rozważaliśmy w myślach Pismo Święte. Panowała cisza. Jeden z nas spowiadał się w konfesjonale u ojca duchownego. Z początku słychać było tylko szept, ale po chwili ksiądz walnął pięścią w konfesjonał i krzyknął: "A onanizm był?!" - opowiada.

"Popęd seksualny mają tylko zwierzęta"

Samborski dodaje, że seksualność pozostawała w seminarium tematem tabu. - Mówiono nam, że popęd seksualny mają tylko zwierzęta, a ludzie zamiast niego - wolną wolę. Jak ktoś nie panuje nad popędem, to jest zwierzęciem. Klerycy więc nie rozmawiali o seksualności. Niby tematu nie było, a jednak chodziło o jedną z podstawowych potrzeb człowieka. Większość kleryków próbowało sobie wmawiać, że nie ma takich potrzeb. Jeśli któryś się onanizował czy obejrzał porno, to wpadał w wielkie poczucie grzechu i winy - tłumaczy.

Seksualność stawała się w ten sposób narzędziem władzy w rękach przełożonych. Bo jeśli chcieli kleryka stłamsić i się go pozbyć, to wiedza o jego "słabościach" służyła im do podkręcania w nim poczucia winy. Tak było również, gdy kleryk okazywał się gejem. A tych – zdaniem Samborskiego - w seminariach nie brakuje.

- Idą tam święcie przekonani, że mają powołanie. Wychowują się w środowiskach, gdzie homoseksualizm jest "wstrętnym zboczeniem". Jak ludzie widzą dorastającego chłopaka, który nie interesuje się dziewczynami, to mu wmawiają, że ma powołanie kapłańskie. Bo niby z jakiego innego powodu nie podobają mu się dziewczyny? Proboszczowie też to robią. Nie przekonują do kapłaństwa tych, którzy mogą mieć rodziny. Biorą na cel chłopców bez partnerek. Im więcej takich poślą do seminariów, tym bardziej buduje to ich pozycję – opisuje były duchowny.

"Zostałem ateistą"

Mówi, że teraz studiuje z dwoma gejami i "nikt nie wmawia im pierdół, że mają powołanie kapłańskie". Uczy się z nimi na Wydziale Biologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Swoją pasję do przyrody odkrył jeszcze w szkole i wrócił do niej po tym, gdy usłyszał w seminarium: "Precz mi z oczu i radź sobie sam!".

- W jakimś sensie właśnie dzięki biologii zbudowałem swoje życie na nowo. Zacząłem wczytywać się w prawa natury i stwierdziłem, że wiara w Boga nie ma żadnych podstaw. Zostałem ateistą. Poza tym za dużo złego zobaczyłem i doświadczyłem w Kościele, żeby trwać dalej w tej wspólnocie – podsumowuje Robert Samborski.

DOSTĘP PREMIUM