"Noworodka nie udało się uratować". Ośmiolatek musiał przekazać to matce, bo nikt nie wezwał tłumacza

Nie mogła zbyt długo mościć się w dzieciństwie. Koszmar zaczął się na tamtej przerwie między lekcjami, kiedy do toalety weszli za nią koledzy. Gdy później stamtąd wybiegła i szukała pomocy, nauczyciele jej nie rozumieli. Nie znała żadnego języka. - Dziewczynka została więc sama z tym, czego doświadczyła. Jak wiele dzieci bez dostępu do języka - mówi tokfm.pl Anna Goc, autorka "Głuszy".

Siedmioletnie dziecko biegnie za mamą do drzwi i próbuje odwrócić katastrofalny bieg zdarzeń. Nie wie ani, dlaczego zostało przywiezione do szkoły z internatem, ani kim są ludzie, którym matka chce je zostawić. Widzi, że poruszają ustami, ale nie słyszy słów. Nie zna języka, którego używają. Nie zna jeszcze żadnego języka.

Kobieta nie chce przedłużać rozstania, bo dla niej i dla dziecka to trudny moment. Wychodzi z internatu w pośpiechu, a maluch stoi bezradnie w głuszy. Patrzy za oddalającą się matką. Nie wie jeszcze, że ona znika z jego codzienności na kilka-kilkanaście lat.

Do głuszy, w której żyje ok. 100 tys. Polaków, zajrzała Anna Goc, dziennikarka "Tygodnika Powszechnego". Napisała książkę o ludziach, którzy urodzili się jako niesłyszący. Posługują się językiem, który przez dekady uznawany był za niepełnoprawny i nawet w szkołach dla głuchych obowiązywał zakaz jego używania. Chodziło o to, by przymusić dzieci do nauki polskiego. Wielu z nich przychodziło to jednak z trudem. Migowego uczyły się od rówieśników, w domach, w których akurat się go używało. Dzięki temu zaprzyjaźniały się ze sobą, ale też nierzadko oddalały się od rodzinnych domów. Nie chciały już do nich wracać.

- Słyszące matki i ojcowie często nie umieli migać, więc nie mogli porozumieć się z głuchymi dziećmi. Nie chcę powiedzieć, że to były domy bez języka, ale takie, w których rodzice mieli niewielki dostęp do córek i synów. Jedna z wychowawczyń internatu, która nauczyła się migać od głuchych dzieci, powiedziała mi, że niektóre matki odbierając je z internatu, prosiły, by coś im przemigała. Same nie potrafiły nawiązać kontaktu ze swoimi dziećmi. Dorośli głusi często wspominają, że jako dzieci czuli się opuszczeni i niekochani -  tłumaczy autorka "Głuszy".

Obwiązywanie głów mokrymi szmatami

Głuche maluchy z takich domów były bardziej bezbronne niż ich słyszący rówieśnicy. Gdy działa się im  krzywda w internatach, nie mogły opowiedzieć o tym rodzicom. - Poznałam historię dzieci, nad którymi znęcał się wychowawca. Kiedy moczyły się w nocy, przychodził do ich pokojów, wkładał szmaty w mokre miejsca na łóżkach, a później obowiązywał nimi głowy dzieci. Nie mogły o tym jednak opowiedzieć w domu, bo potrafiły tylko migać, a ich rodzice tylko mówić. Pozostawały wiec same ze swoim strachem - opisuje Anna Goc.

Nawet teraz, gdy są już dorosłymi ludźmi, czasem nie mogą wypowiedzieć swoich traum ani tym bardziej się z nich wyleczyć. Bo bardzo wielu z nich nie jest w stanie nauczyć się biegle czytać ani mówić po polsku. Na terapiach potrzebują więc profesjonalnych tłumaczy, a w wielu miejscach w Polsce wciąż jest ich za mało. Gdy do gabinetu psychoterapeuty przychodzą ze słyszącymi członkami rodzin, tracą kontrolę nad swoimi opowieściami. Przejmują ją matki, siostry, synowie.

Anna Goc, choć uczy się polskiego języka migowego, na spotkania ze swoimi rozmówcami zawsze chodzi z tłumaczami. Jednak nawet wtedy bywa, że opowieść o traumie się rwie. - Kiedyś próbowałam zweryfikować historię przemocy seksualnej w jednej ze szkół. Pytałam kobietę, która do niej chodziła, czy była molestowana. Zobaczyłam, że tłumaczka miga: "Czy był seks?". Użyłam więc znaku "molestować", by doprecyzować pytanie. Okazało się, że moja rozmówczyni go nie znała - wspomina.

Jedna z bohaterek "Głuszy" zaczęła opowiadać o tym, czego doświadczyła w szkołach i internacie, dopiero jako dorosła kobieta, gdy nauczyła się słów: "molestować" i "gwałt". To m.in. one otworzyły dostęp do jej traumatycznej przeszłości.

Jako kilkuletnia dziewczynka poszła do podstawówki dla słyszących. Głuche dzieci często trafiają do takich szkół, bo mogą tam nauczyć się funkcjonowania wśród "słyszaków". Po założeniu aparatu słuchowego i intensywnej rehabilitacji niektórzy są w stanie odczytywać dźwięki i mówić zrozumiale. - A głuche dziecko, jeśli tylko ma dostęp do jakiegokolwiek języka, zazwyczaj się rozwija i cieszy dzieciństwem - zauważa Anna Goc.

Koszmar w życiu dziewczynki zaczął się na tamtej przerwie między lekcjami, gdy do toalety weszli za nią koledzy. Dotykali ją tak, jak nie powinni. Dziewczynka wybiegła stamtąd i szukała pomocy u nauczycieli. Nie znała jednak polskiego. Nie umiała opowiedzieć, że ją skrzywdzono. Po jej reakcjach dorośli widzieli, że stało się coś złego, ale nie byli w stanie zareagować.

- Później trafiła do szkoły dla głuchych i to się powtórzyło. W wieku kilkunastu lat została zgwałcona przez kolegów. Nie mogła o tym opowiedzieć mamie, bo ta nie nauczyła się migowego. Dziewczynka została więc sama z tym, czego doświadczyła. Jak wiele dzieci bez dostępu do języka - opowiada dziennikarka.

"Może on to przeżył, a może tylko oglądał ostatnio ‘Wołyń’"

Zwykle głusi rodzice mają słyszące dzieci. I tutaj też pojawia się bariera, o którą rozbijają się historie z przeszłości. Bywa, że córka przez kilkadziesiąt lat nie może w pełni poznać swoich rodziców, a więc także ich zrozumieć.

- Jedna z moich słyszących rozmówczyń, kobieta po pięćdziesiątce, często powtarzała, że tak wielu rzeczy z przeszłości rodziców chciałaby się dowiedzieć, ale nie może. Po wojnie skończyli zaledwie kilka klas szkoły podstawowej dla słyszących, jednak nie byli w stanie z niej wiele wynieść. Bo nie słyszeli, co mówią do nich nauczyciele. Ta para posługiwała się tzw. domowym migowym. To zestaw umownych gestów, które często wykształcają głuche dzieci - np. gdy dwoje z rodzeństwa jest głuchych, a rodzice i pozostali członkowie rodziny słyszą. Jak każdy, dzieci pragną mieć swój język, by siebie wyrażać. Wymyślają więc różne znaki, np. "dom", "szkoła", "obiad", które zwykle nie mają nic wspólnego z polskim językiem migowym (PJM). Często rozumieją go tylko oni - tłumaczy autorka "Głuszy".

W rozmowie z tym małżeństwem Annie Goc pomagała jego sąsiadka, która jednocześnie jest tłumaczką PJM. Była tam także jego słysząca córka, ona także chciała poznać przeszłość rodziców. Przy stole siedziały więc cztery osoby, które znają się od lat, i każda z nich migała trochę inaczej. Ojciec musiał rysować mapę, by dokładnie wskazać miejsce swojego urodzenia.

- Córka nie wiedziała, co działo się w jego dzieciństwie. Domyślała się tylko, że coś złego. Na różne sposoby próbowaliśmy więc dotrzeć do jego historii. Gdy pokazał na mapie wieś w Bieszczadach, córka powiedziała, że tam się urodził. Zaczęliśmy sprawdzać, na jakie lata przypadło jego dzieciństwo i co wtedy na tych terenach działo się złego. W końcu wywnioskowaliśmy, że między rokiem 1945 a 1947 oddziały UPA napadły na jego rodzinną wioskę. Później próbował opowiedzieć, co widział jako dziecko. Pokazywał wydłubywanie oczu i obcinanie piersi. Ogrywał scenę, w której ktoś strzela, a inny zasłania okna. Córka na to: "Może on to przeżył, a może tylko oglądał ostatnio 'Wołyń' Smarzowskiego i to odgrywa?". Ale zaraz dodała: "Jednak nie, bo już przed Smarzowskim próbował to opowiadać". Do dziś ta historia pozostaje rwana i nie do końca jest odkryta. A przecież nadal żyje w tej rodzinie - podkreśla Anna Goc.

"Dziecka nie udało się uratować"

Jedna z bohaterek "Głuszy" mówiła, że nie mogła zbliżyć się do głuchych rodziców, bo czuła się "dzieckiem internatu" jak oni. Za młodu spędzili tam 10-15 lat, nie dostali ciepłych wzorców rodzinnych, więc w dorosłości nie mogli ich przekazać.

- Córka nie dostawała wsparcia, na które mogli liczyć jej rówieśnicy ze "słyszących" domów. Opowiadała, że była wychowana w surowości, której nigdy nie zrozumiała. Długo nie wiedziała, skąd to wzięło się w jej rodzinie. Dopiero gdy dorosła, zdała sobie sprawę, że jej mama i tato dostali to w internatach - mówi dziennikarka.

Słyszące dzieci bywają również obciążone rolą pośredników między głuchymi rodzicami a światem. Zdarza się, że nawet kilkuletnie maluchy są tłumaczami swoich ojców i matek, więc muszą zrywać się z lekcji, by pójść z nimi do urzędów, szpitali i sądów. Niekiedy widzą tam sceny, które się w nich odkładają i ciążą im nawet w dorosłości. Jak bohaterce "Głuszy", która jako nastolatka była tłumaczką na rozprawie rozwodowej swoich rodziców. Albo chłopcu, który pojechał z ciężarną mamą do szpitala.

- Miał 8 lat i wpadł w sam środek obcego świata, w którym były parawany, zakrwawione opatrunki, a dookoła rozlegał się krzyk. Do szpitala nie wezwano tłumacza, więc sam musiał przekazywać mamie polecenia lekarza i opis tego, co chwilę później miało się stać. Także słowa lekarza po porodzie: "Dziecka nie udało się uratować". Dopiero po latach uświadomił sobie, jaki to był dla niego ciężar - mówi reporterka.

Inny jej rozmówca musiał w dzieciństwie namówić ojca na operację tętniaka. Usłyszał od lekarza, że to powinno tatę uratować, ale też: "Może jej nie przeżyć". Gdy uświadomił sobie, że ojciec nie zna znaku "tętniak" i może nie zrozumieć, co go czeka, nie miał wyboru i podjął za niego decyzję, która obciążyła go na lata. Na szczęście operacja się udała.

Szpitale mają dostęp do rejestrów tłumaczy PJM, a od niedawna głusi mogą złożyć skargę, jeśli lecznica nie zapewni im tłumaczenia procedur medycznych. - Problem w tym, że do takiego rejestru mogą wpisać się wszyscy, którzy zaświadczą, że uczyli się migowego. Obdzwoniłam ludzi z tych rejestrów i znalazłam osoby, które mówiły: "A tak, kiedyś uczyłam się migowego, ale to było dawno i już nie pamiętam. Dlaczego tam jestem? Pewnie zapomniałam się wypisać". Oczywiście, są na nich także najlepsi tłumacze PJM, tylko trzeba wiedzieć, którzy to - przytacza Anna Goc.

Nie ma podziału na światy dźwięków i ciszy

Polski język migowy rozwijał się wokół szkół dla głuchych, dlatego często zdarzało się, że niesłyszący w Szczecinie migali trochę inaczej niż ci w Katowicach. W ujednolicaniu języka pomógł m.in. internet, bo głusi z różnych regionów Polski zaczęli spotykać się online i tworzyć społeczności.

Testem była pandemia koronawirusa, kiedy wzrosła rola informacji, które pomagały uśmierzyć lęk i zorientować się w nowej rzeczywistości. Minister zdrowia nie zawsze zapraszał na konferencje prasowe tłumaczy migowych. Nie wszyscy więc mogli od niego usłyszeć o kolejnych obostrzeniach covidowych. Głusi nie dowiadywali się o nich też z radia, a często nawet z telewizji, bo i tam brakowało tłumaczeń. Musieli radzić sobie sami. Biegle czytający po polsku robili tłumaczenia, nagrywali filmiki i wrzucali je do internetu. Objaśniali w ten sposób innym, co dzieje się dookoła.

- Dzięki internetowi głusi są w stałym kontakcie. Nie odbierają telefonów, ale łączą się przez kamerki na smartfonach. Coraz więcej głuchych osób online bierze też udział w debatach, konferencjach naukowych, pokazuje swoją twórczość. Mamy głuchych poetów, malarzy, rzeźbiarzy i piosenkarzy. Bo muzykę można również migać. Głusi migają słowa piosenki, a drgania dźwięków po prostu czują. Zaczyna się świetny czas, kiedy przychodzą na koncerty i wystawy. Netflix? Oglądają, ale z napisami. Dlatego paradoksalnie znają więcej filmów zagranicznych niż polskich - opisuje reporterka.

Co ciekawe, również protestują. W latach 2013-14 wychodzili na ulice Warszawy, by walczyć o prawo do mówienia we własnym imieniu i zwrócić uwagę na bariery komunikacyjne w urzędach, które dla słyszących nie są widoczne. - Mówią o audyzmie, czyli o przemocy słyszących wobec głuchych. Przemoc pojawia się wtedy, gdy uznajemy głuchotę za gorszą formę funkcjonowania. I gdy robimy wszystko, by głusi byli jak słyszący, np. usilne ucząc ich mówienia po polsku i nie uznając przy tym ich ograniczeń - stwierdza.

Jak dodaje, wciąż jeszcze jest pomiędzy nami zbyt wiele lęku i niewiedzy. Słyszący pracodawcy nadal boją się zatrudniać głuchych, bo myślą, że się z nimi nie dogadają. A czasem wystarczy kartka papieru, by porozumieć się na piśmie. - Na szczęście wszystko powoli się zmienia. Kiedyś głusi wykonywali prawie wyłącznie prace fizyczne, a teraz zaczynają zostawać wykładowcami na uczelniach, psychoterapeutami, programistami - wymienia autorka "Głuszy".

Poprawia mnie, gdy mówię o "świecie głuchych". Bo - jak podkreśla - nie powinno być podziału na światy dźwięków i ciszy. - To jeden świat, który się rozpada, gdy niewiele o sobie wiemy i nie możemy się zrozumieć. Myślimy, że bycie głuchym to tylko kwestia niesłyszenia. A chodzi o uświadomienie sobie, jak ważny jest dostęp do języka. Jako słyszący nabywamy język bardzo szybko. Dzięki niemu możemy wyrażać siebie do woli. Zwierzać się i budować intymne relacje. Głusi także mogą to robić we własnym języku, potrzebują tylko do niego dostępu - podsumowuje moja rozmówczyni.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM