"Patrzyłam na psa i mówiłam: Chłopaku, muszę cię uśpić. A on: Dziewczyno, nie!". O cierpieniu zwierząt

Fundacja dla Szczeniąt Judyta pomaga kilku tysiącom psów rocznie. - U nas miesięcznie potrafi się pojawić nawet 30-40 psów po wypadkach. Wydajemy na nie po kilkanaście tysięcy złotych. Przy okazji często pojawia się zarzut, że po co ratować jednego psa za takie pieniądze, za które można pomóc iluś innym - mówiła w TOK FM założycielka fundacji Małgorzata Brzezińska.
Zobacz wideo

Fundacja dla Szczeniąt Judyta to znana organizacja, która od ośmiu lat pomaga bezdomnym szczeniętom. Psy  przyjeżdżają z całej Polski, rocznie jest ich nawet kilka tysięcy. A adopcji, w których fundacja pośredniczy, jest ponad tysiąc. Jak mówiła w TOK FM założycielka organizacji, osiągnięcie takiej skali pomagania zwierzętom nie byłoby możliwe bez wrażliwości ludzi. - Przyjeżdżają do nas w ogromnej liczbie, żeby adoptować psy. Do tego obserwuje nas ok. 300 tys. ludzi na Facebooku. Codziennie rano odpalają przy kawie internet i sprawdzają, co się dzieje u Judyty. Za ich pieniądze pomagamy zwierzętom – podkreśliła Małgorzata Brzezińska.

Jak dodała, Judyta jest jedyną organizacją w Polsce, która na taką skalę ratuje zwierzęta w bardzo złym stanie. - U nas miesięcznie potrafi się pojawić nawet 30-40 psów po wypadkach. Wydajemy na nie po kilkanaście tysięcy zł. Przy okazji często pojawia się zarzut, że po co ratować jednego psa za takie pieniądze, za które można pomóc iluś innym. Ale to ludzie, którzy dają nam swoje pieniądze, decydują o celu, na który je wydają – tłumaczyła w rozmowie z Ewą Podolską.

Historie psów, którymi opiekuje się fundacja, to często opowieść o nieszczęściu, cierpieniu i bólu. - Karbon został potrącony przez samochód i przyjechał do nas z Podlasia z połamaną miednicą. Okazało się, że jest po prostu umierający. Ma przewlekły stan zapalny nerek, który się zaostrzył. Teraz jest z nim trochę lepiej, bo nasz nefrolog powiedział, że się nie podda - mówiła.

Inny pies, owczarek, został znaleziony na poboczu drogi w okolicach Płońska. - Nikt nie reagował na jego cierpienie. Przyjechaliśmy i okazało się, że jego kręgosłup jest "ciachnięty". Szybko przenieśliśmy go do samochodu, zawieźliśmy na zdjęcia rentgenowskie i do naszego neurochirurga. Mamy specjalistów, którzy zjedli zęby na takich przypadkach – opowiadała i dodała, że zwierzęciu da się pomóc, bo jego rdzeń nie został przerwany.

Fundacja opiekowała się też psem Fijo, którego skatował pijany właściciel. Sprawa maltretowania szczeniaka był głośna w całym kraju. Fundacja zgłasza tego typu zdarzenia na policję i rozpoczyna batalie sądowe, które często trwają 2-3 lata, a apelacja kolejne kilka lat.  A często zdarza się, że sądy uniewinniają sprawców przypadków katowania zwierząt. Jak skończyła się sprawa oprawcy Fijo? Mężczyzna został skazany na karę 1,5 roku bezwzględnego więzienia.

"Błagały, żeby odejść"

Małgorzata Brzezińska przyznała, że czasem spotyka się w internecie z krytyką ze strony nieprzychylnych jej organizacji, które pomagają zwierzętom. - Jedna z szefowych pewnego schroniska stwierdziła, że usypiamy psy ważące powyżej 20 kg. Tylko zapomniała dodać, że chodzi o psy niepełnosprawne. A ja mówię o tym głośno, że to robimy. Bo jesteśmy jedyną fundacją, która ma tak dużo psów niepełnosprawnych. Stworzyłam dla nich azyl, ale żeby to miało sens, trzeba przyjąć jakieś ramy. Nie można przyjmować wszystkich psów na świecie z połamanymi kręgosłupami – mówiła.

Jak dodała, jeśli pies waży więcej niż 20 kg, a jest sparaliżowany i nie trzyma moczu ani kału, pracownicy fundacji go nie ratują. - Takiego owczarka trzeba dźwigać, umyć, wyciskać mocz i kał. Mieliśmy dwójkę takich psiaków, które błagały, żeby odejść. Wyły, bo nie miały siły, bo tak bardzo cierpiały. Oczywiście zdarza się, że jest inaczej. Mamy Krakena, który przyjechał z Ukrainy i waży 20 kg. Patrzyłam na niego i mówiłam: "Chłopaku, muszę cię uśpić". A on dawał do zrozumienia: "Dziewczyno, nie!". I z tej chęci do życia podniósł dupkę. To inna sytuacja od tych, o których mówiłam. W tamtych nie chcę skazywać psów na cierpienie – stwierdziła rozmówczyni Ewy Podolskiej. 

"Psy medialne" to złoty strzał?

Gościni TOK FM przyznała, że większe poruszenie i odzew wśród ludzi wzbudzają przypadki zwierząt skrzywdzonych przez ludzi; chętniej wpłacają pieniądze na leczenie takich zwierząt. To  - jak mówiła - przypadki tzw. psów medialnych. W związku z tym, co jakiś czas spotyka się z zarzutami, że ogłaszając zbiórki na takich podopiecznych, fundacja idzie na łatwiznę i robi to dla pieniędzy.

- Niektóre fundacje biorą takie psy jako tzw. złoty strzał. Mnie też często ludzie zarzucają, że przyjmujemy "medialne psy". To prawda, w ciągu ostatnich trzech dni wzięłam trzy takie psy. Ale trzeba pamiętać, że zajmujemy się nimi przez 5-6 kolejnych lat, zanim zostanie adoptowany. A więc jak opada kurz facebookowy, to zostajemy z nimi sami. I gdy zbieram na takiego zwierzaka 12 tys. zł, to trzeba pamiętać, że operacja kosztuje 6 tys. Więc czasem mi się wydaje, że niektórzy mają problemy z matematyką. Bo przecież dochodzą jeszcze koszty utrzymania 38 pracowników, prądu, gazu, wyrzucania odpadów, na które nigdy nie robię zbiórki – wyliczała rozmówczyni Ewy Podolskiej.

Przyznała, że często mówi "nie mogę", gdy nie jest w stanie przyjąć kolejnych zwierzaków. - Wtedy pod postami czytam, że ktoś u nas był ze szczeniętami i nie otrzymał pomocy. A przecież moje pomieszczenia się nie rozmnożą ani nie powiększą. Moim pracownicy też mają swoje możliwości psychiczne i fizyczne. Nie mogę ich tak ciągle żyłować, by przyjęli jeszcze więcej psów – podsumowała Małgorzata Brzezińska.

DOSTĘP PREMIUM

TOK FM PREMIUM