"Czułaś się mokra, tam na dole?". Ofiara spowiednika: Jakby dotykał moich intymnych części ciała

Gdy ksiądz zadawał pytania o "nieskromne czyny", czułam, jakby dotykał moich intymnych części ciała. Słyszałam, że oddech mu przyspieszał. Byłam dzieckiem i jeszcze nie umiałam sobie uświadomić, że to on jest zły, nie ja - wspomina w rozmowie z tokfm.pl Monika Jankowska.
Zobacz wideo

Był mężczyzną przed pięćdziesiątką, szanowanym wśród parafian. Gdy przychodził po kolędzie, ojciec Moniki Jankowskiej gościł go kieliszkiem własnej nalewki z wiśni, a matka na powitanie rzucała: "Nasz święty we własnej osobie!". Ochrzcił ich córkę i wyspowiadał do pierwszej komunii. Gdy Monika po raz pierwszy szła do konfesjonału, usłyszała od mamy: "Tylko nie kręć i niczego nie zatajaj, bo to, jakbyś okłamywała samego Boga".

- Czułam wtedy ogromny stres, bo bałam się, że swoimi grzechami zawiodę księdza Jana, a przez to też Boga. Albo że któregoś zapomnę, a wtedy spowiedź będzie nieważna i świętokradczo połknę opłatek, bo takie rzeczy kładł nam do głów. Ale poszło bezboleśnie raz, drugi, piąty… Aż nagle, gdy miałam jeszcze 10 lat, przerwał moją litanię grzechów pytaniem: "Miałaś nieskromne czyny?". Nie zrozumiałam, więc pojechał mocniej: "Dotykałaś się tam, gdzie nie powinnaś?". Kiedy zamarłam z bezradności, docisnął jeszcze bardziej: "Jak to robiłaś? Ile razy? O kim wtedy myślałaś?" – wspomina Jankowska.

Gdy "święty" nie mógł przebić się przez milczenie, kazał jej spojrzeć na wielką figurę Chrystusa, który wisiał przy wejściu do kościoła. Odwróciła się i usłyszała: "Widzisz koronę cierniową i wypływającą spod niej krew? Każdy twój przemilczany grzech to kolejny cierń na głowie zbawcy".

- Wstydziłam się i miałam poczucie, że jestem zła. Przez dłuższą chwilę trzymał mnie w tej ciszy, w końcu westchnął ze zniecierpliwieniem i mocno zastukał trzy razy w konfesjonał. Odeszłam z poczuciem winy i bez wiary w siebie. Jeszcze nie wiedziałam, że będę to przeżywała co kilka tygodni przez parę lat. I że za każdym razem będzie gorzej – opisuje.

Według relacji Moniki podczas kolejnych spowiedzi "święty" uderzał coraz mocniej: "Wkładałaś sobie palce? No, tam, w kroku. Diabeł podszywa się pod przyjemność i wtedy kieruje twoimi palcami. A filmy dla dorosłych oglądałaś? Co wtedy sobie robiłaś?".

- Czułam, jakby dotykał moich intymnych części ciała. Słyszałam, że oddech mu przyspieszał, ale myślałam, że to jak u mojego taty, gdy wściekał się na mnie lub mamę. Nie mogłam zapytać ojca, czym są te filmy dla dorosłych. Nie mogłam o niczym powiedzieć rodzicom, bo ten typ w sutannie powtarzał, że obowiązuje mnie tajemnica spowiedzi. Zresztą rodzice i tak by mi nie uwierzyli. Zostałam więc sama. Jeszcze nie umiałam sobie uświadomić, że to ksiądz jest zły, nie ja – podkreśla moja rozmówczyni.

Zderzenie dziecka z betonem

Psycholożka Grażyna Lewko słyszała wiele takich historii, bo od ponad 30 lat zajmuje się przemocą seksualną - także w Kościele - i pomaga jej dziecięcym ofiarom. "Zła spowiedź" to dla niej szczególny rodzaj krzywdzenia dziecka.

- Dla malucha ksiądz jest "naddorosłym", utożsamianym z Bogiem. Dziecko więc bezkrytycznie wpuszcza go do swojego psychicznego "domu", a ten jest wypełniony intymnymi przeżyciami i fantazjami. Wchodzi tam spowiednik, który ma swoją seksualność, czasem perwersyjną. Niekiedy jest nią zalany, bo ma niezrealizowane potrzeby i wszystko kojarzy mu się z seksem. Zadaje pytania dziecku, obserwuje jego reakcje i czerpie z tego satysfakcję. Maluch często w takiej sytuacji nie wie, o czym ten ksiądz mówi. Jest na to zupełnie nieprzygotowany. Nie ma pojęcia, że ten człowiek używa go do zaspokajania swoich potrzeb – tłumaczy traumatolożka dziecięca.

Takie wtargnięcie do psychiki dziecka ekspertka porównuje do sceny z gangsterskiego filmu, w której kilku zamaskowanych funkcjonariuszy wdziera się do domu, rozbebesza szafy i na oczach właściciela szuka dowodów jego winy. - Sprawdzają dokumenty i mówią, że coś na niego znaleźli. Podobnie ksiądz, który ciągnie dziecko za język, próbując dociec, jak się onanizowało, a potem wpędza je w poczucie winy i nazywa wszystkie jego przyjemności grzechem. Straszne! Dziecko później nie może nawet myśleć o swoim ciele, bo jego niewinne przeżycia dorosły "pobrudził" swoim językiem - ocenia.

Spowiednicy robią to, gdy nazywają seksualność "nieczystą", "nieskromną" i "grzeszną". Dlatego po wyjściu z konfesjonału dziecko często ma poczucie, że jego ciało jest złe. - Wcześniej tylko ksiądz tak myślał o swoim ciele, a teraz maluch to przejął. To dla niego traumatyczne. Zwłaszcza w wieku dojrzewania, kiedy różnie czuje się ze swoim ciałem, ponieważ go nie kontroluje. Ma swoje pobudzenia, które musi już nazywać złymi. Bo tak chce naddorosły, który ma nad nim władzę. A przecież myśli się myślą, fantazje się snują, nie mamy na to wpływu. Nie stajemy się przez to źli – podkreśla.

Niszczenie niewinności dziecka i uderzanie w najczulsze punkty dojrzewania to dla Grażyny Lewko przemoc w czystej postaci. Tylko że spowiednik może z tego nawet nie zdawać sobie sprawy, gdy na piedestale stawia swoje ego. - Nie ma pojęcia, co robi dziecku. Jest przekonany o swojej racji etycznej i dyktuje maluchowi, co ma o sobie myśleć. Czuje, że może pytać go o intymne sprawy. Ma przekonanie, że nie musi być przy tym ostrożny. To jak zderzenie kruchego dziecka z betonem! Spowiednik nie bierze za to odpowiedzialności. Bo on ma prawo wypytywać! A kto mu je dał? Nie Bóg, sam je sobie wziął – stwierdza traumatolożka.

"Byłam jak zwierzyna na polowaniu"

Monika Jankowska pamięta, że przed kolejnymi "pierwszymi piątkami" w jej domu wybuchały awantury. Dziewczynka odwlekała spowiedź, jak długo mogła, aż jej matkę zaczynało to niecierpliwić. - Nieraz przed wyjściem do kościoła bolał mnie brzuch, raz nawet zwymiotowałam, a mama myślała, że szukam sobie wymówek. Kończyło się na tym, że łapała mnie za rękę i siłą zaciągała do konfesjonału. Nie mogłam zmienić spowiednika, bo uważała, że trzeba trzymać się jednego. Naszego "świętego", czyli księdza Jana. O niczym przecież nie wiedziała – wspomina.

Zwymiotowała, gdy – jak to teraz ironicznie określa – wreszcie jako nastolatka "dorobiła się grzechów ciężkich". Raz, gdy kuzynka przyjechała do niej na wakacje, kąpały się razem i przyglądały się swoim ciałom. A później jeszcze się onanizowała. Bała się, że pytanie księdza o "nieskromne czyny" otworzy tę opowieść i poczuje, jakby klęczała przed nim naga.

- Typ niestety nie zawiódł i drążył, czy dotykałam kuzynkę. Problem w tym, że w ogóle nie słuchał moich odpowiedzi, tylko dopytywał: "Czułaś się wtedy mokra, tam na dole?". Nawet nie zdążyłam mu powiedzieć o onanizowaniu się, bo tak się zasapał przy pierwszym temacie, którego zresztą nie było. Z kuzynką po prostu patrzyłyśmy na swoje ciała, ale jak dzieci, zupełnie niewinnie. Mimo to paliłam się ze wstydu w konfesjonale. W końcu się zacięłam i już nie mogłam wykrztusić z siebie słowa – opowiada.

Jak dodaje, mimo jej milczenia "święty" jeszcze dłuższą chwilę nakręcał się swoimi pytaniami i jej obecnością. Miała poczucie, że nic nie może zrobić, tylko przeczekać. To on miał nad nią pełnię władzy i kontrolował sytuację. - Byłam jak zwierzyna na polowaniu – stwierdza.

Nieraz pytała koleżanki w szkole, czy podczas spowiedzi u księdza Jana spotkała je jakaś przykrość. - Na moment gasły, a potem zmieniały temat. Bo przecież wmawiał nam, że obowiązuje nas tajemnica spowiedzi. Dziś myślę, że wszystkie nas molestował. Pamiętam, że tylko jedna Daria kiedyś nie wytrzymała i opowiedziała o wszystkim katechetce. Usłyszała, że oczernia księdza. I jeszcze to pytanie: "Skoro tak było, to dlaczego nie uciekłaś z konfesjonału?" - relacjonuje Monika Jankowska.

"Jedna z okropniejszych rzeczy: Zabrać dziecku ufność"

- Równe dobrze można zapytać, dlaczego kobieta nie krzyczała i wyrwała się, gdy ktoś ją gwałcił. Odpowiedź brzmi: "Bo nie miała możliwości ucieczki!". Nasze ciała, gdy doświadczają takich rodzajów przemocy, po prostu zamierają, żeby przetrwać. Reagują w ten sposób na niebezpieczeństwo i nie jesteśmy w stanie wydostać się z tej sytuacji. Ktoś musiałby nam podać rękę. A kto to zrobi podczas spowiedzi? – pyta retorycznie psycholożka Grażyna Lewko.

Dziecko więc do końca musi przejść przez przemoc, którą funduje mu spowiednik. A reszta już zależy od jego psychiki. Bardziej wrażliwe i kruche maluchy zaczynają się obwiniać o "zło", które zostało im wmówione, a także wstydzić się swoich ciał. Traumatolożka wymienia objawy somatyczne, na jakie są wtedy narażone. To wymioty, biegunka, trudności ze spaniem i koncentracją.

Nie mogą się więc uczyć, bo pozostają owładnięte myślą, że są złe. A gdy idą do kościoła, niekiedy mają objawy chorobowe. - To ważny sygnał, którego rodzice nie powinni bagatelizować, mówiąc: "Wymyśliłeś sobie gorączkę, bo nie chcesz iść na mszę". Najgorsze jednak, że po takiej złej spowiedzi dziecku robi się duża wyrwa w psychice i staje się czujne. Traci zaufanie do dorosłych, bo to oni naciskali, by poszło do konfesjonału. To jedna z okropniejszych rzeczy, które można zrobić dziecku: zabrać mu ufność. To niszczy dzieciństwo - tłumaczy.

Trauma, którą za młodu wynosi się z konfesjonału, może w dorosłości przerodzić się w lęk przed bliskością, budowaniem związków albo przed wchodzeniem w kontakty seksualne.

- Chcemy myśleć o traumie, że z biegiem czasu sama jakoś się załagodzi i o niej zapomnimy. I rzeczywiście, czasem nasza psychika ją odsuwa. Tylko że nawet wtedy ciągle w nas pozostaje. Nieleczona może w nas uderzyć w każdej chwili. Na przykład, gdy fantazjujemy seksualnie i nagle czujemy do siebie obrzydzenie, bo nasze ciało wydaje nam się brudne. Czasem nawet po kilkudziesięciu latach pamiętamy zapachy i dźwięki, które towarzyszyły nam w chwili, kiedy naruszano nasze granice. Gdy nam się z czymś skojarzą, mamy poczucie, że zaraz zemdlejemy. To dlatego niektórzy do końca życia nie są w stanie przekroczyć progu kościoła – mówi psycholożka.

Smród naftaliny

- Sutanna tego typa śmierdziała naftaliną, a jego policzki jakąś tanią wodą kolońską. Do dziś to ja wybieram perfumy mojemu mężowi, bo te o ostrzejszym zapachu kojarzą mi się ze "świętym" i mnie odrzucają. A gdy czuję gdzieś smród naftaliny, bierze mnie na wymioty – mówi Monika Jankowska.

Z Markiem poznała się na studiach. Długo nie potrafiła mu wyjaśnić, dlaczego wcześniej nie miała żadnego chłopaka. Dopiero po roku opowiedziała mu o "świętym". Zareagował najgorzej, jak mógł, choć bez złych intencji. Zapytał: "To dlaczego nie uciekłaś z konfesjonału?". Wtedy była jeszcze przed terapią, więc nie znała odpowiedzi. Po prostu na kilka miesięcy zerwała z nim kontakt.

- Był nieustępliwy, więc wrócił. A właściwie wracał, bo odtrącałam go jeszcze wiele razy. Działo się to za każdym razem, gdy stawał mi się zbyt bliski. Albo, gdy na coś mocno nalegał, ja się temu poddawałam, a potem i tak czułam się niewystarczająca. Albo, kiedy nie chciałam uprawiać seksu, a nie umiałam mu odmówić. Nieświadomie obwiniałam go za swoją przeszłość. On uczył się na każdym swoim "błędzie", był coraz bardziej ostrożny i delikatny. Tylko że liczba min, na które mógł wejść, była nieskończona. Zależało mi na nim, więc w końcu poszłam na terapię i tam wszystko złożyło mi się w opowieść, którą mogę dziś wypowiadać bez wstydu – przyznaje.

Długo też miała pretensje do swoich rodziców za to, że jej nie ochronili przed spowiednikiem. Gdy odwiedzała ich w weekendy i święta, nieświadomie wszczynała awantury. Pretekstem mogło być wszystko, ale najbardziej denerwowały ją wzmianki o Kościele. - Odpalałam się nawet wtedy, gdy mówili: "A w niedzielę po mszy spotkaliśmy ciocię Kasię...". Niesamowite, jak długą drogę musiałam przejść, by odpuścić rodzicom, Markowi i sobie. Żeby dojść do wniosku, że to ten typ w sutannie był zły, nie ja – stwierdza moja rozmówczyni.

Niszczenie Boga

Grażyna Lewko dziwi się, że rodzice nie "prześwietlają" księży, którzy wchodzą w konfesjonale w intymne relacje z ich córkami i synami. Sprawdzają opinie o nauczycielach, pediatrach, psychologach, a wobec spowiedników pozostają bezkrytyczni. Ekspertka stawia pytanie, czy dzieci w ogóle powinno się spowiadać, bo jako psychoterapeutkę "mrozi" ją sama myśl, że fantazje i pragnienia mogą być nazywane "grzechem".

Dla tych jednak, którzy mimo to posyłają maluchy do konfesjonałów, ma pewne sugestie. - Trzeba powiedzieć synowi czy córce, że nie wszystko jest grzechem i że ma prawo do własnych myśli, fantazji. Że jeśli będzie czuło się źle z natarczywymi pytaniami księdza, to nie musi odpowiadać. Bo dzieci naprawdę nie są głupie i czują, że coś jest nie tak z pytaniami, które przekraczają ich granice. Są zaniepokojone ekscytacją spowiednika, który dziwnie sapie, gdy pyta o masturbację. Nawet jeśli nie umieją tego nazwać, to czują. Ta chora ekscytacja jest problemem dorosłego i nie ma sensu, by stawał się własnością dziecka – podkreśla.

A jeśli maluch w konfesjonale był dopytywany o masturbację, choć jeszcze nie wie, czym ona jest, to ważne, by mógł zapytać o to rodzica. Warto też dziecko uświadomić, że tajemnica spowiedzi dotyczy tylko księży, a nie – jak twierdzi wielu z nich – również penitentów. - Dziecko powinno mieć świadomość, że może rodzicom opowiedzieć, co go zaniepokoiło w konfesjonale. Bo jeśli przeżyło tam coś trudnego, a zostanie to opowiedziane i nazwane złem, to ulegnie złagodzeniu – wyjaśnia.

W innym razie – jak podkreśla psycholożka – może skończyć się to traumą, ale też… zniszczeniem Boga. - Dorośli najpierw dają go dziecku, posyłając je do kościoła i zapewniając, że czuwa nad nami oraz że można mieć do niego zaufanie. A później spowiednik go odbiera i niszczy. Nie róbmy tego dzieciom! Zwłaszcza teraz, gdy w Polsce mamy bardzo poważny problem z ich kondycją psychiczną i próbami samobójczymi. Niektóre w swojej samotności chcą zwrócić się do Boga. A gdy księża im go niszczą, dzieci nie mają do kogo pójść. To też wydaje mi się okrutne – mówi Grażyna Lewko.

Refren młodości

Monika Jankowska u spowiedzi ostatni raz była w wieku 17 lat. Co prawda, koszmar molestowania w konfesjonale skończył dla niej już wcześniej, gdy ksiądz Jan zmarł na atak serca. Jednak podczas późniejszych spowiedzi też odczuwała drżenie całego ciała. - Nie słyszałam już żadnych zboczonych pytań. Ale dalej wałkowałam tę samą ogólnikową litanię o "nieskromnych czynach i myślach". Wypowiadałam ją ściszonym głosem, bo bałam się, że po niej spowiednik zacznie sapać i wciągnie mnie w ten swój lepki świat – opowiada.

W wieku 17 lat opowiedziała o wszystkim matce i postawiła sprawę jasno: "Już nigdy nie pójdę do spowiedzi". Matka posmutniała, zamilkła i zamknęła się w sypialni. A potem wyszła stamtąd z pytaniem, które wracało w młodości Moniki jak refren: "Córeczko, ale dlaczego od razu nie uciekłaś z konfesjonału i nie opowiedziałaś mi o wszystkim?".

- Gdy dzisiaj czytam w socialach wiele historii podobnych do mojej, zawsze natrafiam pod nimi na to pytanie. Za każdym razem odpisuję: "A dlaczego dzieci w ogóle mają do tych konfesjonałów chodzić? Z czego mają się spowiadać? Dlaczego u dorosłych facetów, którzy nie radzą sobie ze swoją seksualnością?". Teraz gdy księża, biskupi, papieże przestają być dla wielu dorosłych Polaków świętymi, naprawdę czas pomyśleć, żeby wypuścić dzieci z tych klatek konfesjonałów. Przecież tam wciąż są ich miliony - podsumowuje moja rozmówczyni.

DOSTĘP PREMIUM

TOK FM PREMIUM