"W koloratkach poszli do gejowskiego klubu". Były kleryk o "seksualnej klice" w seminarium

- Gdy w pokoju zaczynało się coś dziać, wychodziłem, bo wiedziałem, że zaczną się do mnie dobierać. To nie dotyczyło tylko kleryków, ale też przełożonego. Miałem pokój naprzeciwko rektora, do którego przychodzili na noc seminarzyści. Za te "usługi" przysługiwały przywileje. Kiedyś widziałem, jak kleryk na zakupach używał karty księdza rektora - opisuje w rozmowie z tokfm.pl Paweł, były kleryk.
Zobacz wideo

Kiedy przyleciał do Orchard Lake, zaskoczyła go wolność, jaką tam cieszyli się klerycy. W Polsce jego życie w seminarium toczyło się ściśle według regulaminu:

  • godz. 6: pobudka, rozmyślanie i modlitwa;
  • godz. 7.10: msza poranna;
  • godz. 8: śniadanie;
  • godz. 8.30: początek wykładów;
  • godz. 12.45: modlitwy południowe;
  • godz. 13: obiad, sprzątanie seminarium i niekiedy czas wolny;
  • godz. 15: studium, podczas którego klerycy uczą się w swoich pokojach;
  • godz. 18: kolacja, szkoła śpiewu albo nabożeństwa;
  • godz. 20: kompleta, czyli modlitwa brewiarzowa;
  • godz. 21: czytanie Pisma Świętego;
  • godz. 22: gaszenie świateł w pokojach i spanie.

W Orchard Lake już po godz. 13 Paweł miał czas wolny. Mógł pójść na lunch, pograć w piłkę z klerykami albo pożyczyć z seminarium samochód i pojechać do pobliskiego Detroit. - Jeździłem do polskich rodzin na obiady. Trzymałem się ich, bo słabo jeszcze znałem angielski. Opowiadali o kościołach w Stanach. Pokazywali, jak wyglądają polskie dzielnice w stanie Michigan. W seminarium w Polsce byłem odcięty od świata, a w USA drzwi do niego były otwarte. Panował luz. Mogłem robić, co chciałem – wspomina.

Oczywiście, że o godz. 22 trzeba było kłaść się do łóżek. Ale – jak mówi były kleryk – po pierwsze mało kto wtedy zasypiał, a po drugie nie było obowiązku kłaść się samemu. Bo życie w Orchard Lake toczyło się także nocą. I to na całego.

- Były spotkania i drinkowanie, ale nie chciałem w tym uczestniczyć. Gdy w pokoju zaczynało się coś dziać, wychodziłem, bo wiedziałem, że zaczną się do mnie dobierać. To nie dotyczyło tylko kleryków, ale też przełożonego. Miałem pokój naprzeciwko rektora, do którego przychodzili na noc seminarzyści. Wszyscy wiedzieli, kto w danym tygodniu jest jego "dziewczyną". A miał ich do wyboru do koloru, bo było tam wtedy 50 kleryków. Za te "usługi" przysługiwały przywileje. Kiedyś widziałem, jak jeden z nich na zakupach używał karty księdza rektora - opowiada.

Jak dodaje, w Orchard Lake przełączył się na tryb przerwania. Zamknął się w sobie i popadł w depresję. Jeszcze nie wiedział, że dla przełożonego jest tylko "surowcem", który wkrótce miał zostać sprzedany.

"Jeszcze dobrze nie wstałeś, a już wszyscy wiedzieli, że zaspałeś"

Powołanie poczuł w liceum, które było prowadzone przez zakonników. Poszedł do seminarium w 2003 roku, by – jak mówi – pogłębiać to powołanie i zostać "dobrym księdzem". Szybko jednak się dowiedział, że "dobry ksiądz" to taki, którego największą "cnotą" jest posłuszeństwo – najpierw wobec rektora, a później proboszcza i biskupa. Posłuszny słucha i donosi. Nieposłusznego oskarża się o pychę, po czym się go łamie.

- W seminarium byłem outsiderem, bo nie chciałem należeć do żadnej z klik lizusów przełożonego, którzy już wtedy planowali zostać biskupami i mieć władzę. Nie chciałem włączać się w rozbudowany system donosicielstwa, jaki tam panował. A polegał na tym, że jeszcze dobrze nie wstałeś, a już wszyscy wiedzieli, że zaspałeś i źle ci się śniło. No ku...a mać, to było nie do wytrzymania! Gdy tylko mogłem, wyjeżdżałem np. na pielgrzymki i katolickie obozy harcerskie jako opiekun duchowy, co też traktowałem jako praktyki przed wejściem w kapłaństwo. Ale kiedy wracałem, przełożony zarzucał mi, że karmię tym swoją pychę. I że jeżdżę tam, by podobać się dziewczynom. Te oskarżenia były na każdym kroku – mówi Paweł.

Im bardziej absurdalne, tym lepiej, bo kleryk nawet nie umiał się wytłumaczyć. Mógł wpaść w poczucie winy, a wtedy przestawał się sprzeciwiać. - Na trzecim roku, kiedy przełożony miał z nami rozmowę przed obłóczynami, czyli założeniem przez nas sutann, powiedział, że nie podoba mu się moje spojrzenie. Zapytałem, co z nim jest nie tak. Odpowiedział, że wielu ludziom wydaje się podejrzane. I to było całe wyjaśnienie. Potem zostałem wysłany na urlop dziekański, żebym przemyślał, czy mam powołanie. Rektor powiedział tylko: "Ty wiesz za co". Wysłał mnie na parafię do swojego przyjaciela, by ten mógł mnie obserwować. Kiedy zapytałem proboszcza, po co tam jestem, usłyszałem, że powinienem to wiedzieć. Totalnie pieprzenie! Tak wygląda życie w seminariach: robią z tobą, co chcą - podkreśla.

Jak dodaje, kiedyś rektor wyciągnął z jego akt kartki papieru, które miały być donosami. - Oczywiście mi ich nie pokazał. Równie dobrze mogły to być moje badania krwi. Zapytałem, co w nich jest, a on znowu: "Widzę, że masz problemy z pokorą i posłuszeństwem". Myślę, że to nie były donosy, tylko totalny blef, który miał namieszać młodemu w mózgu – ocenia.

Na piątym roku jego historia nagle przyspieszyła, gdy dzień po dniu przełożeni zaczęli go wzywać na "przesłuchania". Usłyszał, że ksiądz z kurii oskarżył go o kradzież twardego dysku, na którym trzymał pracę doktorską. - Cztery miesiące wcześniej pomagałem mu wgrywać system na komputer. Po tym czasie nagle się opamiętał, że zginął mu dysk. Tłumaczyłem, że to bzdura, bo niby, jak i po co miałem mu rozkręcić komputer, po czym wymontować dysk! Ale dzień później po mszy powiedziano, że mam się spakować i opuścić seminarium. Szybko poszło. Było to ledwie rok przed moimi święceniami – wspomina Paweł.

"Za dnia kleili się do siebie, a nocami odwiedzali się w pokojach"

Już wcześniej słyszał, że krakowska filia polonijnego seminarium w Orchard Lake werbuje kleryków do swojej siedziby w Stanach. Brzmiało mu to dobrze, bo w Ameryce Kościół podobno jest mniej skostniały – księża na co dzień pracują bezpośrednio z wiernymi, a nie zamykają się na plebaniach. Na trzecim roku, gdy już poczuł się dociśnięty przez przełożonych, skontaktował się z Krakowem i zapytał, czy mógłby się tam przenieść. Powiedziano mu, że musi uzyskać zgodę swojego rektora, ale ten wtedy nie chciał nawet o tym słyszeć i pogroził wilczym biletem.

Po wyrzuceniu Pawła z seminarium Kraków przyjął go z otwartymi ramionami. - Słyszałem, że werbują nawet kleryków z problemami, ale jeszcze nie wiedziałem, co się za tym kryje. A może nie chciałem wiedzieć? Marzyłem, żeby uciec od polskiego Kościoła. Oddałem mu kilka lat życia, a on tak mnie potraktował. Byłem rozgoryczony i rozżalony. Stwierdziłem, że pieprzę to wszystko i jadę tam, gdzie Kościół nie należy do księży, tylko do wiernych – tłumaczy.

Zanim wyjechał do Michigan, spędził w Krakowie rok na "formacji duchowej". Było tam z nim 17 innych kleryków, z których część została wyrzucona z seminariów. A za co, to zrozumiał, dopiero gdy zobaczył ich codzienność na własne oczy.

- Widziałem, jak klerycy za dnia kleili się do siebie, chodzili za ręce, a nocami odwiedzali się w pokojach i spali ze sobą. Czasem w bardziej licznych konfiguracjach niż w parach. Widziałem, ale uważałem, że jestem na tyle wytrwały psychicznie, że dam radę to przeczekać. Poza tym poszedł tam ze mną kolega z poprzedniego seminarium. Mieliśmy się za normalnych kleryków, trzymaliśmy się razem i sądziliśmy, że utrzymamy się na powierzchni. I tak było przez cały nasz pobyt w Krakowie – mówi Paweł.

"Seksualna klika"

Po przylocie do Orchard Lake szybko zweryfikowało się jego wyobrażenie na temat Stanów. Myślał, że trafi do scenerii jak z amerykańskiego marzenia, a zastał tam pokoje, korytarze i łazienki, w których czas zatrzymał się w latach 60. - Co prawda, seminarium stało w pięknym miejscu, ale w środku wszystko było zaniedbane i panował ogólny syf – przyznaje Paweł.

Sceneria Orchard Lake dobrze pasowała mu do "syfu moralnego", który tam zobaczył. Większość tych scen miała rozgrywać się według schematu: alkohol, seks i donosy. - Widziałem tam to, co w Krakowie, tylko w większej skali. Było np. dwóch takich, z których jeden jest teraz wysoko postawionym księdzem w amerykańskiej kurii, a drugi proboszczem. Zapraszali mnie na obiady, drineczki, kolacje, czyli na randki. Ewidentnie chcieli czegoś więcej, ale nie było opcji. Tylko że jak nie ze mną, to z kimś innym. To była seksualna klika. Gdy później wyjeżdżali "na posługę" do diecezji, to wybuchały tam seksualne skandale z ich udziałem - stwierdza.

Wspomina, że klerycy donosili na siebie do rektora, dzięki czemu ten budował system władzy. - Donosili, kto z kim sypiał. To byli bardzo słabi ludzie, którzy zostali wyrzuceni z seminariów w Polsce za homoseksualizm, alkohol, a nawet za pedofilię. Przyjechali tam bez języka, bez żadnej pozycji i budowali ją za pomocą donosów. A rektor z tego korzystał. Wyjeżdżał po nocach na miasto zarówno z tymi, na których coś miał, jak i z samymi donosicielami – opowiada były kleryk.

Co mogli robić na mieście, możemy wywnioskować z zeznań przed amerykańskim sądem, które złożyła jedna z ofiar rektora. To młody ksiądz, którego przełożony zrobił swoim chłopcem na posyłki. Którejś nocy miał zadzwonić do niego pijany i zażądać podwózki z baru. Według zeznającego okazało się, że to bar dla gejów, a przełożonemu towarzyszą inni duchowni. Później mieli trafić do motelu, gdzie czekała już na nich męska prostytutka. Po wszystkim - w drodze powrotnej – rektor miał zasnąć na tylnym siedzeniu, a następnie - przy wyciąganiu go z samochodu – włożyć kierowcy język do ust. Młody ksiądz zeznał, że już wcześniej był molestowany. Szef zapraszał go na nocne spotkania do swojego pokoju, gdzie - pijany - miał wpychać mu ręce w spodnie i dotykać penisa.

- Jak chcesz być homoseksualistą, to przecież nic złego. Ale nie wciągaj w swoje gierki podwładnych, nie łam ich ani nie niszcz im zasad etycznych. Dla mnie Orchard Lake to był wielki walec, który rozjeżdżał ludziom moralność. Niektórzy z nas przychodzili tam napompowani zasadami, a ten walec po nas przejeżdżał i jeb, wciskał nas w ziemię. Obserwując to już w pierwszych tygodniach, dostałem depresji. Nie chciałem z nikim rozmawiać, w niczym uczestniczyć, trzymałem się na boku. Przełączyłem się na tryb przetrwania – mówi były kleryk.

"Handel niewolnikami"

Paweł twierdzi, że Orchard Lake był dla kleryków tylko przystankiem w drodze do amerykańskich diecezji. Co jakiś czas do seminarium przyjeżdżali "ojcowie powołaniowi", którzy zabierali stamtąd przyszłych księży, by ich wyświęcić i zatrudnić w swoich diecezjach. - Czekałem na to przeniesienie, bo myślałem, że wtedy Orchard Lake rozpłynie się za mną jak mara. Że zajmę się sobą i wiernymi. Tak myślałem, a trafiłem z deszczu pod rynnę – podkreśla.

Zanim jednak przyjechali "powołaniowi", Paweł był świadkiem wizyty w Orchard Lake delegacji z Polski. W jej skład mieli wejść rektorzy seminariów, w tym jego dawny przełożony. - Kiedyś mnie wyrzucił za wymyśloną kradzież dysku, a teraz witał się i rozmawiał ze mną, jakbyśmy byli kumplami. Pomyślałem: "Co tu się odpierdzieliło?". Widać, to, co tam zobaczył, wprawiło go w dobry humor – ocenia Paweł.

"Ojcowie powołaniowi" też nie byli w podłych nastrojach, gdy tam przyjechali. Bo - jak twierdzi mój rozmówca - cel mieli jeden, dla nich przyjemny: wybrać sobie kleryka, podpisać na niego kontrakt, zapłacić i wziąć go do siebie. - Ja przyleciałem do Orchard Lake we wrześniu, a oni byli tam już w listopadzie, tuż przed Świętem Dziękczynienia. Nie musiałem więc długo czekać w tym przybytku. Co prawda, przełożony chciał mnie wysłać do swojej sławetnej diecezji w New Jersey, ale odmówiłem, bo wszyscy wiedzą, co tam się działo – mówi.

W New Jersey studiował rektor Orchard Lake i został tam wyświęcony na księdza. Zrobił to osobiście kardynał Theodore McCarrick, którego później oskarżono o to, że przez wiele lat seksualnie wykorzystywał nieletnich, a także kleryków. Ostatecznie został wydalony ze stanu kapłańskiego, ale dopiero za kadencji papieża Franciszka. Jan Paweł II wiedział o podejrzeniach dot. przestępstw McCarricka, mimo to pozwolił mu objąć najważniejszą archidiecezję w USA - w Waszyngtonie.

- Teraz tych ojców powołaniowych nazywam naganiaczami. Ale wtedy ich wizyta nie była nam sprzedawana jako handel niewolnikami, tylko szansa na wyświęcenie i angaż w diecezji. Mieliśmy z nimi porozmawiać i dostać od nich pracę. Zgodziłem się na to jako jeden z pierwszych. Bo miałem już dość tej seksualnej kliki w Orchard Lake i jej szefa, który nie umiał koło mnie przejść, nie dotykając mi karku. Tak, miałem jeszcze jedną opcję, czyli powrót do domu, ale tego nie chciałem. Wybrałem pracę w diecezji na Florydzie – opisuje Paweł.

"Łapał mnie za pośladki i siłą przyciągał do siebie"

Na Florydzie początkowo miał tylko dwa zadania: dalej uczyć się angielskiego i spotykać się z wiernymi. - Kościół w Stanach wygląda inaczej niż w Polsce. Tutaj wierni organizują się sami, niekoniecznie potrzebują do tego księdza. Przy każdym kościele jest sala, gdzie spotykają się grupy parafialne przynajmniej raz w tygodniu na wspólnym lunchu. Zapraszali mnie więc na te spotkania, żebym wszedł w amerykańską kulturę i religijność. Odwiedzałem też domy miejscowych, gdzie opowiadali o swojej wierze i o tym, jak żyje się w Stanach – wspomina.

Po trzech miesiącach doszło mu jeszcze jedno zadanie, choć nigdy nie zostało nazwane wprost. Ksiądz, który wcześniej ściągnął go na Florydę, zaprosił go do swojego biura. Niby, żeby załatwić jakieś formalności, ale tak właściwie by pokazać rachunek, który rektor Orchard Lake wystawił za "odstąpienie" Pawła. Kleryk miał zobaczyć na nim kwotę 150 tys. dolarów, którą zapłaciła kuria. Zdziwił się, ale na tym nie koniec, bo wkrótce ksiądz wezwał go na kolejne spotkanie. Na nim Polak dowiedział się, jak ma spłacać ten "dług".

- Była sobota wieczorem. Najpierw pogadaliśmy o jakiejś papierologii, a później podszedł do mnie blisko i wyczułem woń alkoholu. Zaczął łapać mnie za pośladki i siłą przyciągać do siebie. Próbował się do mnie dobierać, ale go odepchnąłem. Nic nie wskórał, wyszedłem. Byłem w szoku, bo to przecież ksiądz, mój przełożony i dyrektor ds. powołań w diecezji. Totalnie rozwaliło mnie to psychicznie – opowiada.

Gdy zgłosił to rektorowi Orchard Lake, miał dostać wiadomość: "I dlaczego robisz z tego taki big deal?". Po dwóch tygodniach, gdy Paweł nie wyraził "skruchy", dawny szef dodał: "Są z tobą duże problemy w diecezji. Musisz ją opuścić immediately, natychmiast!".

"Poszli w koloratkach do gejowskiego klubu"

Od razu zabrano mu telefon i odcięto od pieniędzy, które co tydzień przelewano na jego konto za pracę. Jak mówi, nie miał gdzie się zatrzymać, za co żyć, a co dopiero kupić bilet na samolot. Pomogli mu znajomi z Nowego Jorku, których wcześniej spotkał podczas Święta Dziękczynienia. Ściągnęli go do siebie i dali mu dach nad głową.

- To były bardzo ciężkie dwa tygodnie w moim życiu, bo z diecezji wyleciałem bez zawodu ani wykształcenia. Najpierw trzymałem się znajomych w obcym mieście, a później znalazłem pracę i jakoś zacząłem resetować życie. Na początku byłem pomocnikiem na budowie i kładłem cegły. Wszystkie zarobione pieniądze inwestowałem w to, żeby zostać w Nowym Jorku. Zapisałem się do szkoły, gdzie dokończyłem magisterkę z psychologii, którą zacząłem jeszcze w polskim seminarium. Pracowałem z dziećmi autystycznymi przy ośrodku uniwersyteckim. Teraz jestem menedżerem w firmie budowlanej, która stawia budynki użyteczności publicznej dla władz stanowych. Poznałem przyszłą żonę i zaczęło się układać – opowiada.

Nie jest już katolikiem, a z księżmi nie chce mieć nic wspólnego. Po tym, jak wyleciał z Florydy, dowiedział się z mediów, co tam wyprawiali jego "koledzy" z Orchard Lake. - Jednych nakryto podczas seksu gejowskiego w aucie na parkingu. Drugich w klubach gejowskich, dokąd poszli w koloratkach. Był jeszcze taki, który na ulicy złapał za pośladki 13-latkę, za co został aresztowany. Mieli więc tam swoją kilkę, pewnie myśleli, że popracują nade mną i będę jak oni – ocenia.

Podczas postępowania przedprocesowego, które wytoczyły ofiary rektora Ochard Lake, zeznawał jako świadek. - Bo ten przełożony był sutenerem, który po prostu mnie sprzedał. Sprowadzał nas z Polski, żeby handlować nami w Stanach. Chciał mi przetrącić kręgosłup moralny. Gdy o tym myślę, dalej szarpią mną emocje. Chociaż... Pół roku temu byłem z żoną w Orchard Lake. I wiesz co, nie poczułem nic. Czyli chyba ta rana we mnie zaczyna się zabliźniać – podsumowuje mój rozmówca.

Imię głównego bohatera tekstu zostało zmienione na jego prośbę.

Postscriptum: Rektor wybacza

W 2021 roku - po 136 latach działalności - zamknięto seminarium Orchard Lake. Uczelnia uzasadniała to m.in. "spadającą rekrutacją wynikającą ze zmieniającej się demografii Stanów Zjednoczonych". Jednak nieoficjalnym powodem były skandale seksualne.

Były rektor seminarium na razie uniknął odpowiedzialności. We wrześniu pozywający go zgodzili się na ugodę w zamian za wysokie odszkodowanie. Wycofali oskarżenia o molestowanie w procesie cywilnym, ale zachowali prawo do mówienia o swoich krzywdach. Prokuratura w USA nadal jednak bada sprawę. Możliwe więc, że rektorowi zostaną postawione zarzuty karne.

Według TVN24 ów ksiądz został rektorem Orchard Lake dzięki protekcji kard. Stanisława Dziwisza. Były sekretarz Jana Pawła II przekonywał, że sprawa polonijnego seminarium go nie dotyczy, a znajomość z rektorem nie była głęboka.

Były przełożony Orchard Lake zaprzecza doniesieniom o tym, że miał dopuszczać się nadużyć seksualnych wobec podwładnych. Jego prawnicy twierdzą, że proces cywilny zamknął sprawę i oczyścił "dobre imię" byłego rektora, co nie jest prawdą. Jak czytamy w oświadczeniu kancelarii, ksiądz "wybacza wielką krzywdę, jaką mu wyrządzono".

TOK FM PREMIUM