"Dochodziło do zbliżeń podczas przypadłości kobiecych"? Kulisy rozwodu kościelnego. "Ksiądz czerpał przyjemność"

- Byłam pytana o to, co się działo w sypialni. Pod każdym możliwym kątem. I robiłam to pod przysięgą na Biblię. Czułam więc, że nie mogę powiedzieć: "Co cię to, do cholery, obchodzi?". Tymczasem duchowny wypytywał ze szczegółami, jak wyglądała moja noc poślubna, w jakiej pozycji i ile to trwało - mówi tokfm.pl Maja Szwedzińska, która brała udział w procesie o kościelne stwierdzenie nieważności małżeństwa. I teraz po latach przyznaje wprost i ostrzega: to czysta przemoc ze strony Kościoła.
Zobacz wideo

Maja zdecydowała się na "rozwód kościelny" 13 lat po ślubie. Do dziś pamięta śliski bruk na Ostrowie Tumskim, gdzie mieści się Metropolitalny Sąd Duchowny we Wrocławiu. - Był 6 grudnia. Zimno i deszczowo. Po 9 godzinach, gdy opuszczałam budynek, miałam dreszcze, jakbym miała gorączkę. Nie żyją moi rodzice, przeszłam przez rozwód cywilny, ale nie przypominam sobie gorszego dnia w moim życiu niż ten, w którym składałam zeznania w sądzie biskupim - mówi tokfm.pl po 12 latach od tego wydarzenia.

"Jak wyglądała noc poślubna? W jakiej pozycji? Ile to trwało?" - Maja wspomina, że z każdym pytaniem księdza rosło w niej poczucie bezsilności i upokorzenia. - Byłam przepytana o to, co się działo w sypialni pod każdym możliwym kątem. I robiłam to pod przysięgą na Biblię. Czułam więc, że nie mogę powiedzieć: "Co cię to, do cholery, obchodzi?" - opowiada. - Raz już nie wytrzymałam i wskazałam, że przecież w skardze nie podnosiłam żadnych argumentów dotyczących współżycia seksualnego, że chodziło o przemoc. Na to usłyszałam, że to ksiądz jest tutaj pracownikiem sądu i on mnie przesłuchuje - wspomina.

"Rozwód kościelny"

Takich osób jak Maja, które decydują się na stwierdzenie nieważności małżeństwa kościelnego, bo Kościół nie zna pojęcia "rozwód", jest kilka tysięcy rocznie. I te liczby stale rosną. W 1989 r. do sądów biskupich wpłynęło 1,3 tys. takich wniosków. W 2017 roku było to już 4,3 tys. spraw. Większość procesów kończy się unieważnieniem małżeństwa. W 2017 roku było tak w 71 proc. przypadków.

W sądzie kościelnym nie ma rozpraw na sali sądowej. Strony oraz świadkowie przesłuchiwani są indywidualnie, bez udziału publiczności. - To jest proces kapturowy. My się tam w ogóle nie spotykamy. Czułam, że nie mam żadnych praw, że to nie jest proces między równymi stronami - opisuje moja rozmówczyni. To, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami kościelnych sądów, często pozostaje więc tajemnicą.

"Żyliśmy w bańce"

Zanim jednak Kościół uznał małżeństwo Mai za coś, czego nie było, obiecywał jej szczęście, niczym z bajki Disneya. Miała tylko żyć tak, jak nakazywał. A mówił jasno: seks dopiero po ślubie, w niedzielę do kościoła i zasłaniaj kolana. - Chodziłam do szkoły prowadzonej przez zakonnice. W trakcie nauki dostawałyśmy bardzo tradycyjny, twardy, patriarchalny przekaz, że nas się wychowuje na żony ministrów, biznesmenów. To było mówione wprost - opowiada. Potem był Ruch Światło-Życie (oaza młodzieżowa). Naturalnym krokiem po maturze było zaś duszpasterstwo akademickie. To tam, w czasie letnich rekolekcji po pierwszym roku studiów, poznała swojego przyszłego męża. - Zawiązało się tam wiele par. Sam duszpasterz twierdził, że czuje się czasami jak swatka. Niedługo później nasze bliższe grono przyjaciół zaczęło się pobierać. To w zasadzie nie podlegało dyskusji - mówi moja rozmówczyni.

W czerwcu 1997 roku także Maja i Robert ślubowali sobie przed ołtarzem miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Ona miała wtedy 22 lata, on był cztery lata starszy. - Żyliśmy w bańce i wydawało nam się, że świat na zewnątrz to jakieś wyjątki. Byliśmy pewni, że wszyscy żyją do ślubu w czystości i nikt nie je w piątek mięsa. Było przekonanie, że antykoncepcja to już w ogóle zło, a po połknięciu pigułki to grom z jasnego nieba i wypalone piętno szatana na czole. Na te wymogi zewnętrzne był stawiany większy nacisk niż na duchowość. Byliśmy totalnie oderwani od rzeczywistości, trochę jak Episkopat w tej chwili. I przekonani, że tak się da żyć, że to jest możliwe - relacjonuje.

Bajka jednak szybko się skończyła. W małżeństwie Mai i Roberta pojawiła się przemoc. Każdy konflikt kończył się awanturą. Dochodziło np. do sytuacji, że Robert zbił szybę w drzwiach w ich mieszkaniu.  Pierwszy raz na to, że w jej związku dzieje się coś złego i powinna odejść, zwróciła uwagę psycholożka jej dziecka. - Czułam się wtedy, jakbym dostała między oczy. Co ta kobieta może o tym wiedzieć, ona się nie zna - wkurzałam się. - Pojawił się we mnie straszny lęk. Ten katolicki background był we mnie tak zakorzeniony, że w ogóle nie dopuszczałam wtedy myśli o rozwodzie - opisuje.

"Dzieci łagodzą obyczaje"

Ratunku szukała w Kościele. Tym bardziej, że dla jej męża wciąż była to jedyna dopuszczalna forma pomocy z zewnątrz. Nie chciał iść na terapię. Jeździli więc na rekolekcje, rozmawiali z duszpasterzem. - Mieliśmy z mężem tego samego spowiednika. Ten człowiek musiał wiedzieć, co się dzieje, ale to po nim spływało. Okazało się, że jedyną "pomocą", jaką mogę dostać, jest sugestia: "A może Ty źle gotujesz?". Potem usłyszałam: "A może zróbcie sobie kolejne dziecko, bo dzieci łagodzą obyczaje" - opowiada. - To był dla mnie moment, kiedy pomyślałam sobie: cholera jasna! I przestałam się spowiadać na dosyć długo - dodaje.

Obraziła się wtedy na duszpasterstwo i zaczęła chodzić do dominikanów. Mężowi powiedziała, że myśli o rozwodzie. Dostała też lepszą pracę. To ją podbudowało. - Jego zaś strasznie bolało, że żona więcej zarabia. Podkreślał, że to on powinien być głową katolickiej rodziny. OK, tylko że katolicyzm jest nierynkowy - odpowiadała.

Przemoc fizyczna ustała i wydawało się, że koszmar już minął. - Wszystko uspokoiło się na tyle, że po 5 latach zdecydowaliśmy się na kolejne dziecko. Ale córka miała problemy zdrowotne. Musiałam wziąć urlop wychowawczy i jeździć z nią na rehabilitację. I wtedy dopiero zaczęło się poniżanie, jazdy typu: za dużo wydałaś, zabieram ci kartę. Musiałam błagać, żeby kupił pieluchy dziecku albo byłam rozliczana z tego, że kupiłam coś o dwa złote drożej - wspomina Maja.

Przy okazji dowiedziała się, że jej "bardzo katolicki mąż" ma romans. - To był dla mnie cios. W pierwszym momencie pomyślałam: Boże, może rzeczywiście coś jest ze mną nie tak, może ta zupa faktycznie była niedosolona albo po tych dwóch porodach nie ma tej satysfakcji, której on oczekuje, bo ciało kobiety się zmienia - mówi Maja.

Po tym przestała z nim sypiać. Wyjątek zrobiła raz - wieczorem po pogrzebie swojej matki. I zaszła w kolejną ciążę. - Urodził się Andrzej. Wiedziałam, że na pewno nie pójdę na kolejny urlop wychowawczy, że nie chcę znowu przechodzić poniżania, zostawiania bez pieniędzy z dzieckiem. Zatrudniłam opiekunkę. Płaciłam jej wyłącznie ja, bo mąż stwierdził, że to są obowiązki żony i skoro sobie z tym nie radzę, to on nie czuje się w obowiązku ponosić kosztów - podkreśla.

Kalendarz wspomnień

Jak wspomina, to właśnie dwie rozmowy z opiekunką stały się gwoździem do trumny jej małżeństwa. - Pewnego razu na stole stały kwiaty. Przyszła pani Irenka, popatrzyła na nie i spytała: Co, znowu panią pobił, że bukiet przyniósł na przeprosiny? - opowiada kobieta i dodaje, że te słowa nią wstrząsnęły. - Bo o tym prawie nikt nie wiedział. Wydawało mi się, że to na zewnątrz nie jest widoczne. Byłam i do teraz jestem postrzegana jako osoba energiczna, niezależna, która sobie radzi. Tymczasem ktoś odkrył mój wstydliwy sekret o tym, co się dzieje w moim małżeństwie - mówi moja rozmówczyni.

Drugie takie wydarzenie miało miejsce wiosną 2008 roku. - Pani Irenka powiedziała: Czy pani wie, że pani dzieci mają taki własny kalendarz wspomnień? Nie wiedziałam, o co chodzi. Okazało się, że moje starsze dzieci sobie opowiadają: To było wtedy, jak tata mamie złamał nogę, a to, jak mama miała rękę w gipsie. To też był dla mnie szok, że dla nich było oczywiste, co się dzieje w domu, że mówią o tym jak o pogodzie. Ich nie dotykała ta przemoc, więc myślałam, że to się dzieje poza nimi. Tymczasem im się chyba wydawało, że tak wygląda małżeństwo - ubolewa.

Po trzecim porodzie wróciła przemoc fizyczna i to w bardzo agresywnej wersji. - To było już tak, że faktycznie miałam połamany palec, złamaną rękę, nogę. Oczywiście byłam mistrzynią wymyślania na SORze, co się stało. Było spadanie ze schodów, szafka w kuchni, nieumiejętne wbijanie gwoździ… Na policję też nie poszłam, bo czułam wstyd - mówi. - Pamiętam takie swoje stany, gdy jedzie winda, a ja już zaczynałam się spinać, w jakim mąż wróci humorze, co się będzie działo. Po tych rozmowach z opiekunką już jednak dostałam przyspieszenia, znalazłam adwokata i złożyłam pozew o rozwód - mówi. 

Po dwóch rozprawach w sądzie była już rozwódką. - Nie walczyłam wtedy o alimenty. Chodziło mi po prostu, żeby Robert jak najszybciej wyprowadził się z domu, żebym ja mogła się czuć wolna i bezpieczna - opowiada.

"Piramidalny absurd"

Do sądu kościelnego poszła, jak mówi, po sprawiedliwość. - Chciałam mieć glejt na to, że byłam ofiarą, że tak się nie powinno dziać. Z jednej strony miała to być w końcu jakaś kara dla mojego męża, a z drugiej ostateczne zamknięcie tej sprawy. No i chciałam być OK z instytucją. Bo z Bogiem czułam, że i tak jesteśmy OK - wspomina.

W tym celu złożyła tzw. skargę powodową do sądu biskupiego. Jej wzór można znaleźć na stronie poszczególnych diecezji. Na "rozwód kościelny" nie musi się zgodzić drugi małżonek. Jeśli nie chce on wziąć udziału w sprawie, będzie się ona toczyć bez niego. Sprawy, takie jak Mai Szwedzińskiej, wbrew pozorom nie są jednak proste. Przemoc nie jest bowiem przesłanką do kościelnego stwierdzenia nieważności małżeństwa. Dla Kościoła sakrament jest nierozerwalny. Małżonkowie muszą więc udowodnić, że ich małżeństwo w praktyce nie zaistniało (np. nie zostało skonsumowane) albo zostało zawarte wadliwie (np. jedno z małżonków ukryło przed drugim poważną chorobę albo ktoś został do ślubu przymuszony).

Najczęściej powołują się jednak na "niezdolność psychiczną do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich", czyli niedojrzałość. - To fragment sofistyki kościelnej, żeby nie nazywać rzeczy po imieniu, a jak wymyślamy kategorie, to tak, żeby się dało kolanem wszystko wepchnąć - uważa Maja i przytacza chociażby głośny i ekspresowy "rozwód kościelny" byłego prezesa TVP i polityka partii rządzącej Jacka Kurskiego. Ona na swój wyrok czekała kilka lat. - To był bardzo trudny proces, bo trzeba było udowodnić, że ta przemoc, która się pojawiła po ślubie, była spowodowana czymś, co istniało przed nim - mówi.

To jednak nie jedyna niedorzeczność, którą zauważa. - Grzebanie w prawie kościelnym zaczęło mi dawać poczucie, że to jakiś piramidalny absurd. Niby nie ma rozwodów, ale można stwierdzić nieważność, z tym że jeśli są dzieci, to nie są one traktowane jako dzieci nieślubne. Więc ślubu nie było, ale dzieci są z małżeństwa - zaznacza.

Kolejną kwestią są pieniądze. - Sąd we Wrocławiu zażądał ode mnie kilkunastu tysięcy złotych kosztów procesowych - denerwuje się Maja. Jak wspomina, nikogo tam nie interesowało, że w jej branży zaczął się kryzys, została sama z trójką dzieci, a jej mąż nie płaci alimentów. - Usłyszałam, że oni mi nie pomogą, jeśli mi zależy, to mam się sama sfinansować. A płaci ta osoba, która składa wniosek i nie ma możliwości, żeby mój mąż się do tego dołożył - mówi. I podkreśla, że "szukali jeleni, którzy dadzą im absurdalną kasę tak naprawdę za nic". - Bo to nie jest tak, że jedzie iluś detektywów i szuka dowodów. To jest po prostu przerzucanie papierków - wskazuje.

Nie poddała się jednak i odwoływała do skutku. - Skończyło się tym, że zamiast tych absurdalnych pieniędzy miałam zapłacić 2 tysiące złotych - mówi.

"Czy dochodziło do zbliżeń małżeńskich podczas przypadłości kobiecych"?

Przesłuchiwał ją ksiądz za zamkniętymi drzwiami. Bez udziału psychologa. - XXI wiek, a zostało mi zadane pytanie: "Czy dochodziło do zbliżeń małżeńskich w czasie przypadłości kobiecych?". Udawałam, że nie rozumiem. Ale słowo miesiączka czy menstruacja nie przeszło pytającemu przez gardło. Dziś myślę, że nie tylko miesiączka, ale samo bycie kobietą jest dla nich "przypadłością" - mówi. 

- Sędzia w ten sposób sugerował, że to twoja wina - że frustracja twojego męża wynikała z jakichś problemów na tle seksualnym? - spytałam.

- Sądzę, że zostałam perfidnie wykorzystana i ksiądz, który mnie przesłuchiwał, miał duże problemy ze sferą seksualną. Po prostu czerpał przyjemność ze słuchania o pikantnych szczegółach z mojej sypialni - odpowiada moja rozmówczyni.

"Przez 9 godzin nie dostałam nawet szklanki wody"

Przesłuchanie Mai trwało wyjątkowo długo, aż 9 godzin. Zaczęło się o 8 rano. - Przez ten czas nie dano mi nawet szklanki wody. O 13 weszła zakonnica i powiedziała, że ksiądz jest proszony na obiad. A mnie zostawiono samą. Jak zapytałam, czy mogę dostać herbatę, to zakonnica powiedziała mi, gdzie jest najbliższa kawiarnia - opisuje Maja.

- Kiedy przyjechałam do domu, siedziałam na podłodze w kuchni i ryczałam. Następnego dnia nie byłam w stanie pójść do pracy, byłam wykończona, miałam problemy żołądkowe. Do tego nie mogłam nikomu o tym opowiedzieć - wspomina.

Mówi, że czuła się przede wszystkim upokorzona, bo "język używany w Kościele odczłowiecza i udupia". - Dużo wyparłam, wielu pytań nie pamiętam i nie chcę ich pamiętać. Gdybym miała przez to przejść jeszcze raz, to bym się nie zdecydowała. I zawsze, gdy ktoś mnie o to pyta, ostrzegam: Uważaj, bo to czysta przemoc ze strony Kościoła. I loteria, bo możesz jak ja trafić na człowieka z problemami, kto nie ma żadnego przygotowania do tego, żeby rozmawiać z ofiarami przemocy - mówi.

- Gdybym nie była wtedy w trakcie terapii, na którą poszłam po rozwodzie, to myślę, że bym się wtedy całkiem rozsypała. Kiedy myślę o osobach, które nie mają tyle wsparcia co ja, to jedyne słowo, które mi przychodzi do głowy to, że to jest ludobójstwo. Bo to po prostu zabijanie ludzi od środka. Zabijanie ludzkiej psychiki i duchowości też. A potem jest lamentowanie, że kościoły pustoszeją - wskazuje.

"W Imię Pańskie. Amen"

Gdy Maja dostała kopertę z sądu, rozpłakała się. Po czterech latach sąd kościelny w 2014 roku ostatecznie stwierdził nieważność jej małżeństwa. Uznał niezdolność psychiczną do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich po stronie jej męża. Wyrok zaczyna się od słów: "W Imię Pańskie. Amen".

- Zapłaciłam za to swoim czasem, pieniędzmi i nerwami. Chciałam mieć kolejny ślub kościelny, żeby mieć możliwość chodzenia do komunii, ale teraz to ze mnie totalnie spadło. Po swoim drugim rozwodzie cywilnym nie zamierzam żyć w celibacie do końca życia przez to, że jestem rozwódką. Już mi totalnie na tym nie zależy - podsumowuje moja rozmówczyni.

"Pokazuję tej instytucji środkowy palec"

Maja jednak całkowicie od Kościoła nie odeszła. Jak mówi, głównie dlatego, że chce pomagać innym. Jest współzałożycielką fundacji "TEKLA. Wzmacniamy kobiety w Kościele" a także członkinią Rady Fundacji Kongresu Katoliczek i Katolików, który działa na rzecz reform. - Psychicznie i emocjonalnie rzuciłam tę instytucję bardzo dawno temu. Natomiast mam poczucie odpowiedzialności społecznej, bo wiem, przez co przeszłam, wiem, jaką Kościół w Polsce ma władzę i siłę, widzę, ile osób krzywdzi. Myślę, że moje formalne odejście z tej instytucji niczego by nie zmieniło. Mam za sobą trudne doświadczenia, ale mogę teraz tego użyć, żeby wspierać tych, którzy są w Kościele i są na trochę innym etapie, nie pójdą po pomoc na zewnątrz - mówi.

Dzięki "TEKLI" ma kontakt z katolickimi feministkami na całym świecie - w Australii, Azji, Afryce i Ameryce. - Co prawda Kościół w Polsce jest wyjątkowo „zabetonowany", ale problem traktowania kobiet jest globalny. Tak, jak nasza kobieca niezgoda na to - podkreśla. - Jakbym dostawała złotówkę za każdym razem, kiedy słyszałam przez te 13 lat, że mam nieść swój krzyż, to bym chyba dzisiaj nie pracowała. Dlatego pokazuję tej instytucji środkowy palec i wiem, że ja jestem "mały Miki", ale będę tupać nogą i mówić: nie pozwalam wam tak robić. Ja wiem, że wy mnie macie w dupie, ale chcę żebyście wiedzieli, że ja się na to nie zgadzam - podkreśla. - Natomiast ma się to nijak do mojej relacji z Jezusem, z Jezusem jest OK. Instytucja jest jaka jest, dlatego trzeba ją zmienić, a czasami łatwiej od środka - podsumowuje.

Imię męża bohaterki na jej prośbę zostało zmienione.

Doświadczasz przemocy domowej? Szukasz pomocy? Możesz zgłosić się np. do Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia". Bezpłatna infolinia czynna jest całodobowo pod numerem telefonu 800 12 00 02.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM