Tego nie da się zapomnieć. Strażacy o akcji po trzęsieniu ziemi na Haiti

Brud, fetor zwłok leżących na ulicach, a nieopodal bawiące się na zgliszczach dzieci i ludzie gotujący posiłek. Takie obrazy mają w pamięci strażacy, którzy wrócili z Haiti. O tym, co przeżyli, opowiadają bardzo niechętnie.

Ratownicy z Nowego Sącza pomagali już w akcjach po niejednej katastrofie. Jednostka zaliczana jest do 11 najlepszych ekip ratowniczych na świecie. Ale to, co zobaczyli na Haiti zrobiło na nich wstrząsające wrażenie. Zapamiętają przerażające widoki; bezsilność ludzi, zamieszki i nieskoordynowaną pomoc ONZ. Jak przyznają, choć mają ponad 10 lat lat doświadczenia, to akcja na Haiti była dla nich, jak dotąd, najtrudniejsza.

Wyruszyli na pomoc już godzinę po przyjeździe do obozu na przedmieściach Port-au- Prince. Dostali sygnał, że odnaleziono człowieka. - Trzeba było jechać na ratunek, człowiek potrzebował pomocy lekarza. W naszej jednostce ratowniczej był lekarz. Dostaliśmy samochód z ochroną ONZ. Zrujnowana przez trzęsienie ziemi droga była nieprzejezdna. Nie dotarliśmy na czas. Mężczyzna niestety zmarł - wspomina w rozmowie z reporterką TOK FM młodszy brygadier Sławomir Wojta.

Gruzy, brak wody i żywności, zasypane drogi, a na prawie każdej ulicy zwłoki. Mimo takich obrazów nie było czasu na refleksje. - Nieważne było zmęczenie. Byliśmy tam po to, by ratować ludzkie życie. Jak najlepiej zrealizować zadanie, które przed nami postawiono. Niekiedy musieliśmy zaprzestać poszukiwań, bo istniało zagrożenie dla naszego życia - wspomina sądecki strażak. Ciężko im było zrozumieć Haitańczyków. - Niektórzy przychodzili, dziękowali za pomoc, starali się pomóc. Ale nie wszyscy. Byli i tacy, których nie interesowało to, że obok leżą zwłoki, jakby przyzwyczaili się do tego widoku. Nie wiem, czy wynikało to z ich charakteru czy z tego, że przytłoczył ich ogrom katastrofy - zastanawia się Bogdan Gumulak, dowódca sądeckiej grupy strażaków.

Życie ludzkie najważniejsze

Jedyne o czym myśleli to niesienie pomocy, szukanie uwięzionych pod gruzami. - W czasie akcji nie myśli się o tym, co się może z nami stać. Myśli się o tym, jak być skutecznym. Tak zostaliśmy wyszkoleni - mówią strażacy. Ale przyznają, że nie było łatwo. 37 stopniowy upał doskwierał nie tylko ratownikom. Męczyły się też psy (labradory i owczarki). Czasem już po kilkunastu minutach pracy, trzeba było im robić przerwę. W niektórych dzielnicach stolicy Haiti dochodziło do zamieszek. Ludzie bili się o wodę, żywność, grabili sklepy. - Raz nawet musieliśmy wrócić do bazy, ponieważ rozmiar zamieszek zagrażał naszemu życiu. Siły ONZ reagowały wtedy strzałami ostrzegawczymi lub gazem - wspomina Bogdan Gumulak.

Pod gruzami jednak nie znaleźli już nikogo żywego . Przyjechali trochę za późno. Jak mówią ich największym sukcesem jest ewakuacja dwójki dzieci. - Udało się udzielić pomocy siedmioletniej dziewczynce, która miała poparzone blisko 60% ciała i młodszemu chłopcu, który miał zapalenie płuc. Zabraliśmy je śmigłowcem do wyspecjalizowanych szpitali. Jedno z dzieci trafiło na statek-szpital amerykański, a drugie do izraelskiego szpitala polowego w Port-au-Prince - relacjonuje Wojta.

Siły ONZ nie panowały nad chaosem

- Haitańczycy nie mieli nic przeciwko nam. Ludzie byli życzliwi, niektórzy nawet przychodzili, dziękowali, inni przyglądali się z zaciekawieniem jak pracujemy. Ale czasem, kiedy wybuchały zamieszki nasze życie było zagrożone. Wtedy widać było, że siłom ONZ brakuje dobrej organizacji. Dwukrotnie zdarzyło się, że żołnierze, którzy mieli nas ochraniać, wrócili do obozu, gdzie musieli zapewnić bezpieczeństwo innym - opowiada brygadier Wojta.

ONZ miała za zadanie m.in. koordynować pracę służb ratowniczych. Jak relacjonują sądeccy strażacy, dla lepszego rozpoznania sytuacji skierowano specjalne zespoły. Potem miało być utworzone centrum zarządzania i koordynacji działań poszukiwawczo-ratowniczych. - Próbowano nawet stworzyć takie centrum, ale brakowało koordynacji. Może dlatego, że zaczęło się robić bardzo niebezpiecznie. Podobnie było z wysyłaniem grup w miejsca, które nie zostały jeszcze przeszukane. Do tego pojawił się problemy z transportem. Nasza jednostka na wskazane miejsce dostała się wynajętym samochodem. Po zakończeniu akcji dwie godziny czekaliśmu zanim podstawiono ciężarówkę dla nas - przyznaje Wojta.

Ratownicy z Nowego Sącza byli w Haiti osiem dni. Mówią, że gdyby było trzeba zostaliby dłużej. Niestety nie udało im się odnaleźć pod gruzami nikogo żywego. Poza ratownikami z Małopolski w skład 54-osobowej polskiej grupy wchodzili strażacy z Gdańska, Łodzi, Poznania i Warszawy. Do Polski wrócili 24 stycznia.

Najsilniejsze od ponad 200 lat trzęsienie ziemi nawiedziło Haiti 12 stycznia. Wstrząsy miały siłę 7-7,3 stopni w skali Richtera.

DOSTĘP PREMIUM