Siostra Olewnika: Gdyby nie my, dowody by jeszcze milion razy poginęły

Siostra Krzysztofa Olewnika - Danuta - zeznaje dziś przed komisją śledczą. Zaatakowała organy ścigania za brak działań w sprawie porwania jej brata. - To nie my jesteśmy od tego, żeby zbierać dowody i ciągnąć sprawę - to zadanie dla prokuratury i policji. Co się dzieje w naszym państwie, że tak nie jest? - pytała się retorycznie.

Danuta Olewnik powiedziała przed komisją śledczą, że do dziś nie jest znana prawda o porwaniu i zamordowaniu jej brata. - Nie wiemy, gdzie leży prawda - mówiła przed sejmową komisją śledczą. Ekshumację ciała Krzysztofa Olewnika nazwała "najboleśniejszym ciosem dla rodziny".

Jej zdaniem, w Polsce nie obowiązuje ciągłość władzy, bo kolejny minister nie odpowiada za resort z czasów, gdy rządził poprzednik. - Nie można rozkładać rąk i pytać, "co ja mogę zrobić?". Panie Kalisz, panie Brachmański, panie Siemiątkowski, pani Szymanek-Deresz, panie Olejnik, panie Sadowski - a gdyby to wasze dziecko zostało porwane? Nie zadzwonilibyście do wszystkich świętych, żeby je ratować? Czym mój brat się od nich różni? - mówiła podniesionym głosem.

- To nie my jesteśmy od tego, żeby zbierać dowody i ciągnąć sprawę - to zadanie dla prokuratury i policji. Co się dzieje w naszym państwie, że tak nie jest? - pytała Olewnik. Podkreśliła, że gdyby nie zaangażowanie rodziny, w sprawie porwania i zabójstwa jej brata do dziś nie działoby się nic. - Nie byłoby sprawców, dowody by jeszcze milion razy poginęły - dodała.

Policja zmyliła trop

Danuta Olewnik oświadczyła, że żałuje do dziś, że uwierzyła policji, która przekonywała w 2003 r., iż anonim wskazujący na sprawców porwania jest fałszywym tropem.

Zeznała, że napisany odręcznie anonim trafił do firmy Włodzimierza Olewnika w styczniu lub lutym 2003 r. - gdy Krzysztof jeszcze żył. Nieujawniony do dziś autor listu pisał, że "dotarło do jego uszu", że Krzysztofowi Olewnikowi grozi niebezpieczeństwo, że jest przetrzymywany w pobliżu Nowego Dworu Maz., że może zginąć i że ze sprawą ma coś wspólnego Ireneusz P. "Bokser" i Robert Pazik.

- Natychmiast zawiadomiliśmy policję o tym liście i na własną rękę jeździliśmy po okolicach Nowego Dworu, po lasach, polach i wsiach. Policja powiedziała mi jednak, że ten anonim to bzdura, że Pazik i K. absolutnie nie mają z tym nic wspólnego, są cały czas podsłuchiwani. Do dziś mam do siebie żal, że im uwierzyłam, że przestaliśmy jeździć do Nowego Dworu. Może natrafilibyśmy na jakiś ślad - mówiła.

World Press Photo: najlepsze zdjęcie wybrane [ZDJĘCIA] Kliknij na zdjęcie, aby obejrzeć galerię:

DOSTĘP PREMIUM