Chcą pomagać dzieciom - przytłacza ich biurokracja

Gdy małżonkowie decydują się na założenie Rodzinnego Domu Dziecka wierzą, że będą mogli pomagać skrzywdzonym przez życie dzieciom. Że stworzą dla nich prawdziwy dom, a nie instytucję. Ale przepisy skutecznie to uniemożliwiają. Pokazuje to przykład z Lublina. W Rodzinnym Domu Dziecka odbyła się kontrola. Jakie są jej wyniki?

Absurdalna biurokracja

Protokół z kontroli, która odbyła się na początku roku w lubelskim Rodzinnym Domu Dziecka prowadzonym przez państwa Drozdków liczy 14 stron. Praktycznie w ogóle nie ma tam informacji o tym, jak małżonkowie zajmują się dziećmi, a mają ich w tej chwili pod swoją opieką sześcioro. Nie ma mowy o tym, że są ciocią i wujkiem przez całą dobę; że "pracują" w soboty, niedziele i święta; że mają z dziećmi relacje partnerskie.

Urzędnicy wytykają za to szereg uchybień. W protokole czytamy np., że w Rodzinnym Domu Dziecka nie została wprowadzona "instrukcja określająca postępowanie kancelaryjne"; że nie ma zasad obiegu dokumentów. A powinien być, bo tak mówi regulamin placówki.

Barbara Drozdek na papierze jest dyrektorem domu dziecka, ale bardzo nie lubi tego określenia. Woli, gdy mówi się o niej "ciocia". Ma kilkanaście segregatorów z dokumentami; wszystkie pisma są w oddzielnych "koszulkach", poukładane według dat. - Wydawało mi się, że to jest czytelne i jasne, ale jak widać nie - mówi.

Według urzędników, powinna prowadzić rejestry. - Widziałam coś takiego w niektórych biurach. U nas trzeba byłoby stworzyć dodatkowy etat, zatrudnić jakąś sekretarkę, kogoś kto by przez 8 godzin siedział i segregował, układał pisma, odnotowywał - mówi. Bywa, że gdy przychodzi listonosz, jest w trakcie obierania ziemniaków dla 10-osobowej rodziny (małżonkowie i ich ośmioro dzieci, w tym dwoje biologicznych) albo karmi 2-letniego Sebastiana. I nie ma czasu zajmować się "rejestracją dokumentów". Widać, że jest zmęczona i przytłoczona biurokratycznymi procedurami.

Skargi i wnioski

Urzędnicy mają też zastrzeżenia do tego, że w domu nie ma książki skarg i wniosków. - Jak spotykamy się z rodzicami naszych dzieci i mają jakieś wątpliwości czy zastrzeżenia, to siadamy i to obgadujemy. Po prostu - mówi "pani dyrektor". Nie rozumie też sugestii urzędników, by w ramach inwentaryzacji ponumerować stoły, książki, szafki czy fotele. - Nie wyobrażam sobie, żebym miała coś znakować. Przecież dzieci mają naprawdę poczuć się u nas jak w domu - dodaje. Wyniki kontroli nie są dobre, ale pani Basia nie ma zamiaru się od nich odwoływać. - No jak można się odwoływać od absurdu? - pyta.

Co na to urzędnicy?

Kontrolę nadzorował Wydział Audytu i Kontroli Urzędu Miasta. Brało w niej udział aż siedem osób. Jak wyjaśnia dyrektor wydziału Anna Morow, to dlatego, że zamiast kilku kontroli urzędnicy postanowili zrobić jedną. Na kontrolę poszli więc razem pracownicy Wydziału Audytu, Wydziału Zdrowia oraz MOPR-u.

W tej chwili trwa analiza protokołu pokontrolnego. Następnym krokiem będzie wydanie zaleceń. - Z protokołu wynika trochę uchybień formalnych, ale jeszcze się zastanawiamy, na ile ich stawianie jest zasadne w odniesieniu do takiej małej placówki jak Rodzinny Dom Dziecka - mówi Morow. I przyznaje, że sprawa wprowadzania instrukcji kancelaryjnej czy książki skarg i wniosków w tak małej placówce jest kwestią sporną. - I między innymi to jest przedmiotem naszych dyskusji - dodaje.

Rodzinny Dom Dziecka

Barbara Drozdek razem z mężem prowadzi Rodzinny Dom Dziecka w Lublinie od 2006 roku. Wcześniej w tym samym miejscu, na lubelskim Czechowie prowadziła go jej mama, Teresa Szlachta. Wtedy jednak nie było tyle biurokracji. Teraz jest. - Wolę być z dziećmi, układać klocki z 2-letnim Sebusiem niż myśleć, jakie pismo i gdzie mam danego dnia zanieść - mówi. Kocha dzieci, chce im pomagać i dlatego pyta: - Jak się traktuje ludzi, którzy z dobrym sercem, z pełną energią wychodzą naprzeciw dzieciakom, którym trzeba pomóc?

DOSTĘP PREMIUM

TOK FM PREMIUM