Halo, policja? Pomocy, woda leje mi się z pralki

Praca w policji nie dość, że niebezpieczna, to wymaga też wyjątkowej cierpliwości. Wiedzą o tym dobrze dyżurni komend, którzy odbierają kilkaset telefonów dziennie, w tym także te osobliwe. Mieszkanka Brzózy Królewskiej (Podkarpackie) zażądała przyjazdu funkcjonariuszy, bo z nowej pralki wylewała się woda...

Każdego dnia policjanci dyżurujący przy telefonach alarmowych 997 tylko na Podkarpaciu odbierają blisko tysiąc telefonów. Większość z nich to prośba o pomoc. Funkcjonariusze łagodzą rodzinne awantury, przywracają porządek, reagują, gdy łamane jest prawo. Niektórzy rozmówcy oczekują od policji nietypowej pomocy czy rady.

Zdarzają się telefony z prośbą o interwencję dzielnicowego np. w lokalnym sklepie spożywczym. Zdaniem dzwoniącego, sprzedawca trzyma chleb w nieszczelnej gablocie, w której pieczywo szybko czerstwieje.

Z kolei ktoś inny zadzwonił zaniepokojony widokiem sąsiada spacerującego z kozą. Zapytał dyżurnego, czy prawo pozwala na to, by wyprowadzać ją na spacer, zwłaszcza, że ta "merda" ogonem jak pies?

Zdarzają się jednak nietypowe sytuacje, które wymagają - zdaniem dzwoniących - osobistej interwencji. Tak było w przypadku mieszkanki Brzózy Królewskiej. Kobieta zadzwoniła na policję i zażądała natychmiastowego przyjazdu, bo z nowo zakupionej pralki wylewała się woda. Chciał, aby policjant był świadkiem w sprawie o odszkodowanie. A wystarczyło włożyć wąż do wanny.

Więcej nietypowych interwencji na stronie podkarpackiej policji .

DOSTĘP PREMIUM