Incydent niedaleko Zurychu: Polski Tu-154M też leciał za nisko

W 2005 roku doszło do groźnego incydentu z udziałem rządowego tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem - dowiaduje się reporter TOK FM. W okolicach Zurychu samolot niebezpiecznie zbliżył się wtedy do podchodzącego do lądowania Airbusa. Katastrofie zapobiegł system ostrzegania przed zderzeniem TCAS.

Zobacz: Raport po zdarzeniu z udziałem Tu-154 M [DOKUMENT]

Z raportu komisji, która badała tamten incydent wynika, że samoloty znalazły się na kursie kolizyjnym, bo polska załoga nie wykonała polecenia wieży i za bardzo obniżyła lot. Kapitan rządowej maszyny twierdził potem, że to kontrola lotów kazała mu zejść na poziom FL 110 (11 000 stóp). Tymczasem z przeanalizowanych przez komisję nagrań rozmów wynika, że polecenie brzmiało jasno: obniż pułap na FL 150 (15 000 stóp). Co więcej załoga potwierdziła je, powtarzając wartość.

Przyczyna: nieznana

Z ustaleń komisji wynika również, że słyszalność była wtedy dobra, i że w tym czasie żaden inny samolot nie dostał polecenia zejścia na poziom FL 110. Jedyne wyjaśnienie jakie przyszło do głowy ekspertom, to to, że piloci w jakiś niezrozumiały sposób zinterpretowali polecenie "Hello (Tu-154M) Zurich Arrival turn left heading one five zero vectors one four speed two one zero". Co prawda załoga również poprawnie je potwierdziła (powtarzając), ale w wyrażeniu pojawia się kilka jedynek i zer ("one zero") które mogły się skojarzyć z liczbą 110. Jednak to tylko niepoparta niczym hipoteza, bo ostatecznie raport zamykają słowa: powód zniżania nieznany.

W dokumencie pojawia się również informacja, że później, już w czasie startu z Zurychu załoga również miała problemy z utrzymaniem takich parametrów lotu jak szybkość czy wysokość.

"To nie rzadkość"

System TCAS czyli 'Traffic Alert and Collision Avoidance System' to zespół urządzeń zainstalowanych na samolotach i na lotnisku, które analizują ruch w przestrzeni powietrznej. Gdy aparatura wykrywa, że np. dwie maszyny są zbyt blisko i mogą się zderzyć w każdej z nich włącza się alarm. Później komputer automatycznie przekazuje pilotom informacje o tym jaki kurs wybrać, by uniknąć kolizji. Wszystkie urządzenia są przy tym ze sobą zsynchronizowane, tak by załogi nie dostały tego samego polecenia. Zalecenia z systemu TCAS piloci muszą wykonać nawet wtedy, gdy są one sprzeczne z poleceniami z wieży.

- Incydenty w trakcie których dochodzi do uruchomienia systemu TCAS wcale nie są rzadkością - mówi redaktor naczelny magazynu lotniczego "Skrzydlata Polska" Grzegorz Sobczak. - Czasami wynikają one z błędu załogi, czasami odpowiada za nie kontroler lotu. Gdy dochodzi do takiego niebezpiecznego zbliżenia powoływana jest komisja, która ma zbadać incydent, sprawdzić czy podobne sytuacje się nie powtarzają i czy w związku z tym nie trzeba zmienić np. jakichś procedur.

DOSTĘP PREMIUM