Polacy chorują zawodowo. Ale dopiero na emeryturze

Boimy się utraty pracy, dlatego często latami ukrywamy, że mamy chorobę zawodową. O oficjalną diagnozę występujemy dopiero na emeryturze, licząc na odszkodowanie z ZUS.

Większość stwierdzanych chorób zawodowych to schorzenia nauczycieli: problemy z gardłem, krtanią czy strunami głosowymi. W Lublinie diagnozy stawia Wojewódzki Ośrodek Medycyny Pracy, a decyzję o uznaniu dolegliwości za chorobę zawodową wydaje sanepid. W przypadku nauczycieli bardzo rzadko się zdarza, by występowali o to już w trakcie pracy. - Ci pacjenci zgłaszają się rzeczywiście głównie już po zakończeniu pracy zawodowej - przyznaje dr Iwona Skórska - Ciszewska z WOMP. Dodaje, że pacjent ma dwa lata od zakończenia pracy i w tym czasie powinien się zgłosić z podejrzeniem choroby zawodowej.

Lekarze nie mają wątpliwości: nauczyciele boją się utraty pracy, dlatego gdy aktywnie pracują, prowadzą w szkole lekcje wtedy chodzą na zwolnienia lekarskie i leczą swoje dolegliwości tylko doraźnie. - Stwierdzenie choroby zawodowej u nauczyciela powoduje, że nie powinien on pracować w szkole - przyznaje dr Skórska - Ciszewska.

Do chorób zawodowych lekarzy czy pielęgniarek zalicza się wirusowe zapalenie wątroby typu B czy C. - Zdarzają się takie przypadki, że pracownicy służby zdrowia wiedzą, że są zakażeni i wiedzą, że mają prawo starania się o chorobę zawodową, ale odwlekają ten moment do emerytury - mówi Małgorzata Szumańska, kierownik Działu Nadzoru Przeciwepidemicznego w Powiatowej Stacji Sanitarno - Epidemiologicznej w Lublinie.

Powód jest jeden: i nauczyciele i lekarze i pielęgniarki boją się, że jeśli w trakcie pracy powiedzą szefowi, że mają chorobę zawodową to pracę stracą. Dlatego przyznają się do tego już na emeryturze. Występują o oficjalne stwierdzenie choroby, by móc ubiegać się w ZUSie np. o jednorazowe odszkodowanie. Jeśli mają diagnozę i pełną dokumentację leczenia, to takie odszkodowania dostają, w wysokości nawet kilku tysięcy złotych.

DOSTĘP PREMIUM