Dziewulski: Po katastrofach iłów jeszcze miesiącami znajdowaliśmy szczątki

- Po katastrofach iłów obok Fortu "Okęcie" i w Lesie Kabackim wcale nie byliśmy lepsi od Rosjan - stwierdził w rozmowie z TOK FM Jerzy Dziewulski, były szef antyterrorystów na warszawskim Okęciu, który zabezpieczał teren obu wypadków.

Jerzy Dziewulski na miejscu katastrofy iła, który w 1980 roku rozbił się w pobliżu Fortu Okęcie, był już kilkadziesiąt sekund po tym jak samolot uderzył o ziemię. Jak wspomina w okolicy pojawiło się wtedy sporo gapiów, ale też zwykli szabrownicy i złodzieje. - To był samolot ze Stanów Zjednoczonych. Ludzie coś wieźli ze sobą. Nie chcę opowiadać o szczegółach tego, co się tam działo. Działo się źle. Powiem tylko, że w pewnym momencie musiałem wyjąć broń - opowiada Dziewulski.

W przypadku tej katastrofy zabezpieczenie terenu nie było jednak tak skomplikowane jak siedem lat później gdy podobny samolot spadł w Lesie Kabackim. - Wtedy szczątki maszyny były rozrzucone po dużo większej powierzchni, część zawisła na drzewach. Pododdziały ZOMO dotarły na miejsce mniej więcej po godzinie bo trzeba było poruszać się polnymi drogami. Kilkuset milicjantów otoczyło teren i odcięło dostęp do miejsca katastrofy - relacjonuje były antyterrorysta.

Okolica lepiej lub gorzej była zabezpieczona przez kilka tygodni. By znaleźć wszystkie szczątki, w tym czasie ziemię w Lesie Kabackim przesiewano wielkimi sitami, ale i to niewiele pomogło. - Gdy ochronę zdjęto ludzie przychodzili tam i znajdowali różne drobne elementy samolotu. Niektórzy przynosili je do nas, inni zatrzymywali dla siebie. - opowiada.

Zdarzały się nawet sytuacje, że fragmenty maszyny można było kupić na targach staroci.

O tym jak trudno jest odnaleźć wszystkie fragment może świadczyć fakt, że nawet kilka miesięcy po katastrofie, eksperci badający fragmenty Iła już w hangarze na Okęciu w różnych szczelinach wciąż znajdowali jeszcze szczątki ludzkie.

W ubiegłym tygodniu media obiegły informacje turystów z Polski, którzy jechali na miejsce katastrofy samolotu prezydenta pod Smoleńskiem. Opowiadali, że teren nie jest zabezpieczony, a na ziemi leżą szczątki osobistych rzeczy ofiar.

Po interwencji polskich władz teren ogrodzono i pojawiły się tam patrole milicji, która ma zadbać o to, żeby na miejscu tragedii nie buszowali szabrownicy.

DOSTĘP PREMIUM