"Kozanów można było uratować"

Wrocławskie osiedle Kozanów można było uratować - mówi TOK FM pułkownik Jerzy Panas, który w dolnośląskim sztabie kryzysowym odpowiada za wojsko. 

Podczas akcji ratunkowej mieszkańcy Kozanowa narzekali, że nie było worków z piaskiem. Stali bezczynnie z łopatami, bo nikt nie był w stanie powiedzieć im co robić. - Gdy wracałem z posiedzenie sztabu kryzysowego, dostałem telefon od swojego dowódcy: Jedź na Kozanów, tam jest kompletny bałagan - opowiada pułkownik Panas.

Miasto zgłosiło zapotrzebowanie najpierw na stu, później na dodatkowych 50 żołnierzy. Ostatecznie na miejsce zostało wysłanych 400 żołnierzy. Część z nich rano broniła wału na Bartoszowicach, reszta to podchorążowie ze szkoły oficerskiej. - Gdy dojechałem na miejsce, zobaczyłem bezczynnych żołnierzy. Nikt im nie potrafił powiedzieć co mają robić, nikt nimi nie pokierował. My byliśmy tylko od tego, żeby udostępnić ludzi i sprzęt. Procedura jest taka, że za akcję i za materiały odpowiada samorząd - tłumaczy Panas.

Prezydent Rafał Dutkiewicz podczas akcji ratunkowej przyznał, że worków na Kozanowie faktycznie nie było w momencie, kiedy wał został przerwany. - Bo nikt się nie spodziewał tego uderzenia dokładnie w tym momencie - tłumaczył Dutkiewicz

Jak długo wojsko czekało na worki? Pułkownik Jerzy Panas: - Nie patrzyłem na zegarek. Pamiętam tylko, że kilka razy podchodziłem do prezydenta i pytałem, gdzie ten piasek. A on odpowiadał: jedzie, już jedzie. Patrzyłem tylko na żołnierzy, którzy byli w gotowości i byłem bezsilny. Nie mogłem przecież wybrać piasku z piaskownicy, żołnierze nie byli też w stanie zakryć dziury w wale własnymi ciałami, żeby nie powiedzieć tego dosadniej

Powódź we Wrocławiu, mieszkańcy walczą z żywiołem.

TokFM: To trwało dłużej niż trzy godziny? Panas: Zostawmy to. Na oceny przyjdzie czas później. A mieszkańcy sami widzieli jak było.

DOSTĘP PREMIUM