Bobry nie są winne powodzi, ale sumienia czystego nie mają

Powódź nie jest spowodowana działalnością bobrów, ale nie wyklucza się, że mogą mieć wpływ na ekosystem i częściowo wpływać na podnoszenie się poziomu rzek.

Jak mówi Zbigniew Szczepański z Towarzystwa Promocji Ryb, dzisiejsze bobry w niczym nie przypominają tych, które kiedyś na Mazurach budowały żeremie, domki z patyczków. To podgatunek, który się bardzo rozmnożył również na południu kraju i potrafi w ciągu jednej nocy spuścić do rzeki cały staw razem z rybami.

Za szkody czynione przez zwierzęta chronione powinno zapłacić państwo.

Bobrów jest za dużo

Po drugiej wojnie światowej bobrów w Polsce było około tysiąca. Szybki wzrost liczebności tych zwierząt to sukces programu odbudowy populacji, który był prowadzony od 1974 roku. W 2003 roku doliczono się 20 tysięcy gryzoni; pięć lat później - około 60 tysięcy.

Chcą strzelać, ale tylko przez jakiś czas

Rolnicy, ale także pracownicy wielu spółek wodnych uważają, że należy zmniejszyć liczebność tych zwierząt. Proponują wyłączenie bobrów spod ochrony na przykład na 10 lat, co oznaczałoby zgodę na ich odstrzeliwanie. W wyjątkowych wypadkach można to zrobić i dziś, za zgodą regionalnych dyrekcji ochrony środowiska.

Wydanie zezwoleń na odstrzał bobrów w Szczecinie i Gdańsku skrytykowali nawet myśliwi. - Teraz bobry są nie tylko pod ochroną, ale w okresie rozrodczym, więc nikt nie będzie do nich strzelał, a problem nie ma związku z powodzią" - mówi jeden z nich, Andrzej Bawłowicz.

Również zdaniem Zbigniewa Szczepańskiego państwo w sprawie bobrów chowa głowę w piasek. Dochodzi do sytuacji, kiedy ludzie nielegalnie zabijają bobry, strzelając do nich lub napuszczając na nie specjalnie szkolone psy, które zwierzęta duszą.

Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska zamierza w tym roku opracować strategię dotyczącą populacji bobrów.

DOSTĘP PREMIUM