Pomoc dla powodzian: biurokracja i kłótnie

Wieś się skłóciła doszczętnie. Ci, którym pozalewało piwnice, dostali po 500 złotych, niektórzy mieli tam tylko ziemniaki, a inni pralki i meble - mówi pani Augustyna z Proszówek koło Bochni. Małopolska liczy straty po powodzi, a rozdzielaniu pieniędzy i pomocy towarzyszą spore emocje i biurokracja

Premier Donald Tusk zadeklarował przeznaczenie 2 miliardów złotych z budżetu państwa na walkę ze skutkami powodzi. Tymczasem tylko w Małopolsce straty szacowane są wstępnie na blisko 2 mld zł.

Krajobraz po wodzie...

Janusz Kmiecik z Cikowic pod Bochnią niedawno wybudował dom. Woda, która wdarła się aż na pierwsze piętro, w godzinę zniszczyła to, na co pracował przez wiele lat. Pan Janusz przed nadejściem powodziowej fali zdążył jeszcze wyrwać przymocowany do ściany telewizor, wrzucił do torby kilka ubrań z szafy i uciekł na strych. Do pozostałej części domu szybko wdarła się woda. Teraz, kiedy bezpośrednie zagrożenie minęło, liczy straty. A w zasadzie robią to za niego urzędnicy.

Od gminy dostał na razie cztery tysiące złotych. - To wystarczy akurat na rachunek za prąd - ironizuje. - Sam osuszacz , który zamontowałem, ma moc 900 watów, działa cały czas, z zapomogi powinno wystarczyć - kwituje. Dom pana Janusza to najbardziej zniszczone gospodarstwo we wsi. - Nie wiem, na jakiej zasadzie oni rozdzielają te zapomogi. Kilka domów dalej, za kościołem, ludzie znają powódź tylko z telewizji, ale pieniądze też dostali. To rozumiem, że moim kosztem?

Nie ma kto rozwozić paczek

- Dom jest takim miejscem schronienia, w którym człowiek ma oparcie. I nagle to miejsce znika. To trochę tak, jakby obciąć korzenie drzewa. Bez wielu rzeczy można się obejść, ale dom jest synonimem bezpieczeństwa - mówi ksiądz Jacek "Wiosna" Stryczek, pomysłodawca Akcji Szlachetna Paczka dla Powodzian.

Stowarzyszenie Wiosna szybko zajęło się organizowaniem tej pierwszej, najszybszej pomocy dla powodzian. Każdy kto chciał, mógł przygotować paczkę o wartości około 200 zł, w której znalazły się trwała żywność, herbata, kawa, środki czystości. Celem, jaki postawiła sobie organizacja, wspierana przez władze województwa, było dostarczyć symboliczną paczkę każdemu, kto ucierpiał w powodzi, odwiedzić tych ludzi i powiedzieć im: "jesteśmy i pamiętamy".

W ciągu tygodnia krakowski magazyn akcji wypełnił się po brzegi. Szybko okazało się jednak, że zebranych 1500 paczek nie ma kto rozwieść. Łatwo było paczkę zrobić, ale znalezienie chętnych, którzy pojechaliby na zalane tereny, by spotkać ludzi dotkniętych tragedią, okazało się sporym wyzwaniem. Stowarzyszenie Wiosna nadal szuka wolontariuszy, którzy mogliby podjechać samochodem i rozwieść przynajmniej kilka paczek.

Urzędnik weryfikuje

Do tych, którzy ucierpieli w czasie powodzi, muszą również dotrzeć urzędnicy gminni. To ich obowiązek. To oni, po wizycie w zalanym domu, oceniają zniszczenia, których dokonał żywioł. To od nich zależy także, ile kto dostanie pieniędzy.

- Przygotowujemy kosztorys strat, zgodnie z wytycznymi z urzędu wojewódzkiego. Ale i tak trzeba później jechać do Krakowa i tam jakiś urzędnik za biurkiem to weryfikuje - tłumaczy wójt Bochni Jerzy Lysy. - A potem musimy wysłuchiwać żalu mieszkańców, zresztą żalu bardzo słusznego. To w urzędzie wojewódzkim zapada ostateczna decyzja o wysokości zapomogi.

Niewdzięczna rola złego kontrolera

W domu pani Augustyny z Proszówek w powiecie bocheńskim woda sięgnęła do wysokości 80 cm. Zniszczyła meble, drzwi, ściany, popękały płytki. Według wytycznych, ustalonych przez Urząd Wojewódzki, pani Augustyna może liczyć maksymalnie na 3 tysiące złotych zapomogi. - Wieś się skłóciła doszczętnie - przyznaje pani Augustyna. - Bo na przykład Ci, którym pozalewało piwnice, dostali po 500 złotych, niektórzy mieli tam tylko ziemniaki, a inni pralki, meble.

Ale takie są procedury. - Może i mamy niewdzięczną rolę złego kontrolera, ale to publiczne pieniądze i musimy mieć pewność, że są dobrze wydawane - wyjaśnia Joanna Sieradzka z biura prasowego Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego. - Zdarza się i tak, że z protokołów, które dostajemy, wynika, że pomoc jest przyznana na wyrost - dodaje.

Te argumenty nie przekonują wójta Lysego. - Albo wierzymy samorządom, albo nie i wtedy proszę bardzo, u wojewody jest cała rzesza urzędników, niech przyjadą, chodzą po domach, przyznają ludziom pieniądze i wtedy biorą za to odpowiedzialność - denerwuje się.

"Przyznając pomoc, zmieniamy losy ludzi"

Janina Ochojska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej, jest zaprawiona w "powodziowych bojach". Organizacja niosła pomoc ludziom na zalanych terenach między innymi w 1997 i w 2001 roku. Ochojska nie ma najlepszych wspomnień z tamtych czasów. - W 2001 roku sporo szkody wyrządziły organizacje, które zbierały jakieś rzeczy, często bardzo cenne, przyjeżdżały do wsi i rozdawały jak leci. Kto był pierwszy, ten dostawał więcej. Urzędnicy rozdawali pralki czy lodówki tym, którzy rzekomo nic nie mieli, a potem okazywało się, że pomoc już wcześniej do nich dotarła - wspomina Ochojska.

Jak podkreśla, większość samorządów lokalnych świetnie sobie radzi ze wskazaniem, kto najbardziej i jakiej pomocy potrzebuje. - Mam świadomość, że przyznając pomoc, zmieniamy losy ludzi, ingerujemy w ich prywatne życie, ale trzeba to robić tak, żeby było jak najmniej żalów i jak najmniej szkód. Te decyzje są bardzo trudne, ale trzeba je podejmować - mówi Ochojska.

Chcesz pomóc powodzianom? Wejdź na podarnik.gazeta.pl

DOSTĘP PREMIUM