Prokurator: "Odczytanie skrzynek jest proste"

PRZEGLĄD PRASY. - Moje wątpliwości budzi prawidłowa praca tych radiolatarni - mówi w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" o swoich podejrzeniach ws. katastrofy smoleńskiej Jarosław Polanowski, prokurator. - Wiemy, że system, który wysyłał sygnały określonej częstotliwości, teoretycznie działał, bo jest to w zapisach rozmów pilotów. Pytanie jednak, czy działał cały czas, a jeżeli tak, to czy akurat w momencie katastrofy działał prawidłowo.

Jarosław Polanowski, prokurator Prokuratury Okręgowej w Warszawie, który uczestniczył w śledztwie w sprawie katastrofy w Lesie Kabackim w 1987 r., gdy zginęły 183 osoby, tłumaczy w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej", dlaczego uważa, że powinno się zbadać dokładnie radiolatarnie. - W Smoleńsku można podchodzić do lądowania tylko z jednego kierunku. Pilot dokonuje oblotu lotniska, by ustalić relacje tych dwóch latarni, czyli zobaczyć, gdzie jest linia prosta, bo wiadomo, że na przedłużeniu tej linii prostej jest pas. Jest to w przypadku tego typu lotnisk co smoleńskie podstawowy sposób wyznaczania kierunku lądowania i określania właściwej ścieżki zejścia. Pytanie, dlaczego w ostatniej fazie samolot zszedł w lewo od pasa.

Polanowski stawia kilka hipotez odpowiadających jego pytaniom. Jako pierwszą wymienia bałagan na pokładzie, brak należytego podziału czynności między pilotami. Drugą hipotezą Polanowskiego jest awaria jednej z radiolatarnii.

Prokurator podkreślił także w rozmowie konieczność zabezpieczania dowodów. - Zabezpieczyłbym urządzenia naprowadzania bliższa - dalsza, a także światła podejścia pasa, zarówno stacjonarne, jak i te mobilne, światła progu pasa, umieszczone na samochodach. Informacje na ten temat były chaotyczne. Wykonałbym też próbę działania oświetlenia i zabezpieczył żarówki, które nie działają. Chodzi o zbadanie, czym była spowodowana ich ewentualna awaria - mówi.

Polanowski podkreślił także, że szczególnie ważne jest zabezpieczenie terenu. - Teren powinien być ogrodzony i sfotografowany metr po metrze. Przeszukania odbywa się według określonej metody, jak przy wykopaliskach. Rozciągamy liny w kwadracie metr na metr nad całym obszarem katastrofy, orientujemy to na planie według kierunków świata, lotu itd. - podsumował.

Cały wywiad w dzisiejszej "Rzeczpospolitej" .

DOSTĘP PREMIUM