Żadne laboratorium nie chciało badać dopalaczy

Inspektorzy z Powiatowej Stacji Sanitarno - Epidemiologicznej z Lublina już w ubiegłym roku podjęli próbę przebadania dopalaczy. Chcieli wiedzieć nie tylko, co jest w środku, ale przede wszystkim w jakich ilościach. Do dziś nie poznali odpowiedzi.

Lubelski sanepid wydał dopalaczom wojnę już wiele miesięcy temu; były kontrole, zamykanie sklepów, zabezpieczanie towaru. Inspektorzy chcieli zbadać, co jest w dopalaczach, ale na niewiele się to zdało. - Żadne z laboratoriów nie było nam w stanie wykonać analizy dotyczącej składu jakościowego i ilościowego - mówi Barbara Sawa - Wojtanowicz, kierownik sekcji żywności i żywienia w lubelskim sanepidzie. Dodaje, że pytano laboratoria w całej Polsce. - Cel był taki, by wreszcie ustalić, co jest wprowadzane do obrotu: czy to są suplementy diety, czy leki czy coś jeszcze innego - tłumaczy Sawa - Wojtanowicz.

Analizę przeprowadził Uniwersytet Medyczny w Lublinie, Katedra Medycyny Sądowej. - Ale tam ograniczono się jedynie do ustalenia zawartości substancji odurzających. Bez składu ilościowego - słyszymy w sanepidzie.

Sanepid z Lublina prosił też o pomoc nadzór farmaceutyczny, ale dostał odpowiedź, że ten nie ma takich możliwości diagnostycznych. Prośba o przebadanie dopalaczy poszła również do Instytutu Żywności i Żywienia. Tu odpowiedź była zaskakująca: że takich badań nie będzie, bo przecież. na opakowaniu jest napisane, że to środki nie do spożycia, tylko do kolekcjonowania. - Zdziwiłem się bardzo. Jest to takie podejście bardzo lekkie. I taka spychologia. Mówię może żargonem, ale tak to odebrałem - przyznaje Paweł Policzkiewicz, dyrektor lubelskiego sanepidu.

DOSTĘP PREMIUM