Łódź: "Król dopalaczy" zerwał plomby na swoim sklepie

Dawid Bratko, nazwany przez media "królem dopalaczy", wieczorem zerwał plomby na jednym z zamkniętych sklepów z dopalaczami w Łodzi. Niemal od razu na miejsce przyjechała policja. Handlarz nie otworzył co prawda sklepu, jednak zapowiedział, że zakaz handlu złamie rano.

Natychmiast po zerwaniu plomb przed sklepem należącym do 23-letniego Bratka pojawiły się trzy radiowozy i kilkunastu funkcjonariuszy policji. Przyjechał też inspektor sanitarny. Jak dowiedział się reporter TOK FM, dziś Bratko nie zamierzał sprzedawać swoich dopalaczy. Jednak zapowiedział, że rano sam stanie za sklepową ladą.

Dziś w sklepie przeniesiono dopalacze do jednego pomieszczenia, które ponownie zostało zaplombowane. Sam Bratko mówił, że wszedł tylko po dokumenty i pieczątki. Jednak od 9 rano ma zamiar otworzyć jeden ze swoich "smartshopów" w Łodzi. Właściciel twierdzi, że nie popełnił przestępstwa, bo według niego firma została zamknięta bezprawnie: - W tej chwili mamy dostęp do 95 procent całej siedziby. Został zaplombowany tylko nasz towar. Produkty powiedzmy kolekcjonerskie rzekomo uznane (za nielegalne - red.) przez panią z Insepekcji Sanitarnej. Będziemy walczyć żeby wkrótce mieć dostęp do tego pomieszczenia, bo uważam, że decyzja Inspektora jest nielegalna - mówił Bratko.

Bratko jest przekonany, że w jego dopalacze nie znajdują się na liście zakazanych. Zdaniem Joanny Kąckiej z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi właściciel sieci smartszopów mógł popełnić wykroczenie wchodząc na teren zaplombowanego obiektu: - Zdawał sobie sprawę z tego, że nie może tu wchodzić bez zgody inspekcji sanitarnej. No i ten przepis w naszej ocenie naruszył.

Bratko jest najsłynniejszym w Polsce handlarzem dopalaczami. Na handlu nimi dorobił się fortuny. W wywiadach przyznał, że dostarcza towar także do innych sieci i że zarabia ponad 5 mln zł rocznie. Ma dwa porsche, apartament na łódzkich Bałutach i mieszkanie na Lazurowym Wybrzeżu.

W sobotę wieczorem już raz próbował, mimo zakazu, otworzyć firmowy salon w Łodzi. - To powrót do praktyk z PRL. Działamy legalnie, a traktują nas jak gangsterów. Straty całej sieci wynoszą już kilkaset tysięcy złotych - powiedział "Gazecie Wyborczej". Twierdził, że sklep zamknięto nielegalnie o on "nie może zrobić przelewu, zapłacić podatków".

DOSTĘP PREMIUM