"Ta Ruska" nie obraża. Bo ludzie tak mówią - zdecydował sąd

Sąd uznał, że choć słowa "Ruska" nosi ślady niechęci, to nie obraża. Bo na wsi ludzie tak mówią. - To wydaje mi się złym kierunkiem rozumowania. Albo "ta Ruska" jest zakazana - i powinna, bo to jest obraźliwe - albo nie jest - uważa Jan Wróbel. - Myślę, że czasami kreowane są w życiu publicznym sprawy, które w gruncie rzeczy nie zasługują no to, żeby się nimi publicznie zajmować - ocenił sprawę Lubow Dziubińskiej Piotr Aleksandrowicz z "Newsweeka".

"Ta Ruska" na wsi nie obraża". Przeczytaj

Sąd w Kielcach uznał, że słowo "Ruska" zawiera "pewien element niechęci i lekceważenia", to nie obraża. Bo ważniejsze jest to, że jest "powszechnie używane w środowisku wiejskim". Tak Sąd Okręgowy w Kielcach zakończył sprawę Lubow Dziubińskiej. Pochodząca z Rosji kobieta skarżyła się, że rodzina jej byłego męża (i inni mieszkańcy wsi) poniżają ją. - Zawsze byłam "Ruska", obca. "Rusek" wołali też na syna. Co ja się nasłuchałam: "Ruska k...", "Ruska prostytutka", "Ruska szmata" - mówi kobieta w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".

- Ze zdziwieniem spostrzegam, że wyrażenie "Rusek-Ruska" zostało dopuszczone przez sąd do obiegu. Z zastrzeżeniem, że w pewnych środowiskach - tam gdzie jest używane - komentował w Poranku Radia TOK FM Jan Wróbel.

Zdaniem publicysty "stąd dochodzimy do uniwersalnego zasady, jeżeli w jakimś środowisku bardzo często używa się jakiegoś określenia, to ono przestaje być obraźliwe".

- Zatem jak wejdę do środowiska ludzi kulturalnych i miłych i oni wyzwą mnie od "katoli", to mogę iść do sądu - i oni przegrają. Ale jak pójdę do środowiska zapiekłych wrogów Kościoła, gdzie słowo "katol" występuje jako przerywnik między kanapką i kakao, no to przegram sprawę. Ale gdyby nazwali mnie "czarnym faszystą od Benedykta", to wtedy być może miałbym szansę. To wydaje mi się złym kierunkiem rozumowania - spekulował publicysta. - Albo "Ruska" jest zakazana - i powinna, bo to jest obraźliwe - albo nie jest - dodał Wróbel.

Sprawa nie dla sądu

Zupełnie inaczej sprawę mieszkanki jednej ze świętokrzyskich wsi ocenia Piotr Aleksandrowicz. - Myślę, że czasami kreowane są w życiu publicznym sprawy, które w gruncie rzeczy nie zasługują na to, żeby się nimi publicznie zajmować - ocenił publicysta tygodnika "Newsweek". - Dorośli ludzie odpowiadają za to co robią. Ktoś dokonał złego wyboru życiowego, jeżeli chodzi o męża, nie został zaakceptowany - to są sprawy prywatne, wybory dorosłych ludzi. Dlaczego próbujemy gmerać w prywatnych sprawach zupełnie prywatnych ludzi. Zupełnie mnie to nie porusza. Wręcz jestem na dystans, bo wolałbym aby inna audycja nie opowiadała o moim życiu prywatnym - wyjaśnił Aleksandrowicz.

- Myślę, że reportaż czy audycja telewizyjna bardziej by pomógł tej kobiecie niż rozprawa w sądzie. Zastosowała nieadekwatny środek. Trudno żeby za każdym razem kiedy ktoś mówi "Ruska" czy "Ruski" iść do sądu - dodał Michał Strąk.

Choć z tym, że sprawa Lubow Dziubińskiej niekoniecznie nadaje się do sądu zgadza się też Renata Kim. Ale to jedyne w czym blisko jej do Strąka i Aleksandrowicza. - Mnie się nie podoba uzasadnienie sądu. Że o ile nazwaliby ją "kacapką", to wtedy mogłaby się skarżyć i trzeba wziąć pod uwagę, że to się dzieje w środowisku wiejskim. Sąd w majestacie prawa uznaje, że tak można mówić na wsi, że można poniżać. Wydaje mi się to nie w porządku - mówiła w TOK FM. - Czuje ogromne współczucie dla tej kobiety. Jest mi jej po ludzku żal kiedy mówi, że jakby jej życie się skończyło i chyba musi wrócić do Rosji - dodała dziennikarka tygodnika "Wprost".

DOSTĘP PREMIUM