Manifa: od stu lat walczą o to samo. "Jako społeczeństwo obywatelskie jesteśmy zacofani"

Przemaszerują ulicami największych polskich miast. W Krakowie już po raz setny. Feministki przedstawiają prawie takie same postulaty, jakie sto lat temu sformułowały emancypantki. Czy cokolwiek od tego czasu się zmieniło i po co są Manify - reporterki TOK FM pytały socjologa Rafała Garpiela i organizatorki krakowskiego marszu: Ewę Furgał i Natalię Saratę.

Manify: Od soboty do wtorku

Minęło sto lat, a następczynie krakowskich emancypantek ciągle muszą walczyć o to samo, czy rzeczywiście tak niewiele się zmieniło od tamtego czasu?

Natalia Sarata: Niewiele. Żądamy zrównania płac kobiet i mężczyzn, większej dostępności do żłobków i przedszkoli, respektowania praw pracowniczych, to są dokładnie te same rzeczy, o które kobiety walczyły sto lat temu.

Czy wychodzenie na ulice z transparentami, flagami i wykrzykiwane haseł może przynieść efekt w tej walce? Czy Manifa może w ogóle być merytoryczna?

Ewa Furgał: Mamy bardzo konkretne, jasno sprecyzowane postulaty. Można wejść na naszą stronę internetową i je przeczytać. Nie ma w tym nic kontrowersyjnego, że wychodzimy z nimi na ulicę, to przecież nasze prawo. W ogóle żadna demonstracja nie powinna wzbudzać kontrowersji, przez ich organizację realizujemy prawa obywatelskie. Bierzemy też udział w marszach równości i to też jest dla nas bardzo ważne.

Rafał Garpiel: Jeżeli wychodzenie na ulice byłoby jedynym narzędziem, to byłoby skazane na niepowodzenie, ale jeśli towarzyszy mu dyskusja w bardziej salonowych warunkach, to jest to narzędzie skuteczne, bo zwraca uwagą na problem. Od tego zawsze trzeba zacząć.

A to nie jest trochę tak jak z paradą równości - są bębny, flagi, okrzyki i od razu rodzą się kontrowersje, a o przekazie merytorycznym się zapomina?

Rafał Garpiel: Każdy z ruchów społecznych ma odłam bardziej widowiskowy, czyli działający wyłącznie w oparciu o narzędzia, które widać z daleka, które przyciągają uwagę mas. Kontrowersji nie da się uniknąć, ale jeśli te same środowiska będą równocześnie angażować się w inne działania, mają szansę być traktowane poważnie.

Ewa Furgał: My pracujemy cały rok. Wszystkie grupy, wchodzące w skład Komitetu Manifowego to organizacje, działające przez cały rok na rzecz równości kobiet i mężczyzn i na rzecz samych kobiet. Na pewno nie można nam zarzucić tego, że jedyną formą naszej aktywności są Manify.

W tegorocznych Manifach pójdą też mężczyźni - czy to jest postęp? Przecież nasze społeczeństwo jest nadal bardzo patriarchalne, dominują stereotypy.

Rafał Garpiel: Kiedy w Stanach Zjednoczonych aktywne były ruchy ukierunkowane na walkę o równouprawnienie rasowe, w marszach protestacyjnych uczestniczyli też biali. To uprawomocniało całą sprawę jako istotną społecznie w ogóle, a nie istotną tylko dla czarnych. Jeśli mężczyźni dostrzegają problem dyskryminacji kobiet, to dobrze, że się w to angażują.

Ewa Furgał: Takich mężczyzn jest rzeczywiście coraz więcej. Feminizm to przecież nie jest pojęcie zarezerwowane dla kobiet. Mężczyźni o prawa kobiet walczą z dwóch powodów. Niektórzy rzeczywiście dostrzegają ich dyskryminację, inni - w ten sposób - walczą po prostu o swoje prawa, nie chcą być traktowani stereotypowo i nie odpowiada im tzw. tradycyjny podział ról. Też chcą zajmować się domem, dziećmi.

Czyli mężczyźni walczą też o swoje prawa? Wywalczą coś w ten sposób?

Rafał Garpiel: Ten punkt widzenia, dotyczy niewielkiej grupy i może zginąć w takim przedsięwzięciu. Jeśli mężczyźni chcą zwrócić uwagę na swój problem powinni się zająć samodzielną organizacją tego typu przedsięwzięć.

Do Manif dołączają co roku nowe grupy społeczne, tym razem kucharki woźne i sprzątaczki walczą o swoje prawa pracownicze. To dobre miejsce na takie postulaty?

Rafał Garpiel: To problem grup zawodowych, a nie problem płciowy. Tyle, że w tych grupach są głównie kobiety. Ale jest też cała masa grup zawodowych bardzo niedoinwestowanych, w których dominują mężczyźni. Nie łączyłbym tych dwóch spraw w ramach jednej inicjatywy.

Natalia Sarata: Niestety Manifa to jedna z niewielu okazji, dających możliwość nagłośnienia problemów, które dotykają kobiet w Polsce. To tak naprawdę szansa, żeby zaistnieć w przestrzeni publicznej. Nie jest żadnym odkryciem, że polski system emerytalny dyskryminuje kobiety. Są one gorzej uposażone, jeśli już idą na urlop wychowawczy, to dzieje się tak w wyjątkowych sytuacjach. Z badań wynika, że kobiety pracują na dwóch etatach bo w ciągu tygodnia, w domu wykonują 40 godzin nieodpłatnej pracy. Dzięki Manifom ich głos słyszany jest przynajmniej raz w roku.

Sto lat temu emancypantki po raz pierwszy przemaszerowały przez ulice Krakowa. Walczyły m.in. o prawa wyborcze. Teraz mamy parytety. To duży postęp?

Ewa Furgał: Nie mamy parytetów, tylko kwoty. Parytet to 50 na 50, kwoty to trzydzieści pięć procent. Niestety w dalszym ciągu kobiety, które dążą do tego, żeby znaleźć się na listach, nie są postrzegane jako osoby kompetentne i merytoryczne, ale jako zapychacze tych list. Myśli się o nich jak o kobietach w polityce, a nie o kobietach, które na tej polityce się znają. Ona muszą się naprawdę bardzo starać, żeby wszystkim udowodnić, że jest to miejsce dla nich, mężczyźni tego robić nie muszą.

Rafał Garpiel: Podczas szkoleń biznesowych miałem okazję rozmawiać z kobietami i mężczyznami na temat parytetów, I nie widzę przesadnego optymizmu ze strony kobiet, ani mężczyzn. Nie postrzegają tego jako problem. Ale co do jednego są zgodni - to rozwiązanie krótkoterminowe i sztuczne. Przez to, że to mechanizm działający odgórnie, brakuje więc pewności, że mamy do czynienia z osobami merytorycznie przygotowanymi do pełnienia pewnych funkcji, czy obejmowania politycznych

To co zrobić, żeby było więcej kobiet w polityce i żeby nie robić tego sztucznie? Dlaczego takie partie, nie sztuczne, jak Partia Kobiet Manueli Gretkowskiej znikają szybciej niż się pojawiają?

Rafał Garpiel: Jesteśmy zacofani jako społeczeństwo obywatelskie, brakuje nam oddolnych inicjatyw, które aktywują środowiska kobiece. Odgórne inicjatywy zwykle źle się kończą. Kobiety, jak wykazują badania, nie do końca ufają partyjnym inicjatywom kobiecym. Albo nie chcą być reprezentowane przez partie kobiece, bo takie twory reprezentują płeć, nie określony społeczno-polityczny punkt widzenia . Albo, co bardzo prawdopodobne, kobiety po prostu nie chcą być reprezentowane przez kobiety. To brzmi paradoksalnie, ale często jest tak, że same kobiety silnie się wzajemnie dyskryminują. Często nieświadomie.

Mężczyzna może być feministą?

Rafał Garpiel: Może, jeśli jest świadomy roli kobiet, którą mogą pełnić, bądź pełnią w życiu zawodowym i społecznym.

A mężczyźni mogą czuć się zagrożeni przez kobiety, czy może dojść do tego , że zostaną zdominowani przez płeć piękną, czy to futurystyczna wizja?

Rafał Garpiel: To bardzo subiektywne odczucie, kto czym się czuje zagrożony. Jeśli traktujemy płeć jako główny wyznacznik miejsca w społeczeństwie, to już wtedy mamy problem. To tylko jedno z kryteriów.

W tym roku: Manifa poświęcona pamięci I. Jarugi-Nowackiej

DOSTĘP PREMIUM