Ucieczka z błędnego koła, czyli czemu nowe schronisko nie pomoże

W stolicy ma powstać nowe schronisko dla zwierząt, forsujący ten pomysł radni nie kryją radości, urzędnicy z dumą opowiadają o nowym miejscu. Tylko czy rzeczywiście to pomoże bezdomnym czworonogom? Według szefa monitorującej schroniska w całej Polsce od lat Fundacji Argos samo schronisko niczego nie naprawi, a tylko wzmocni zastaną błędną konstrukcję.

Nowa placówka ma znaleźć się na styku Targówka i Rembertowa. Stołeczny ratusz ustami Agnieszki Kłąb zapewnia, że działka będzie oddalona od osiedli mieszkaniowych, a teren wcześniej dokładnie przygotowany. Dla wiceprzewodniczącej Rady Miasta Olgi Johann to najwyższa pora by o tym myśleć. - Może potrzebne będzie i trzecie schronisko, Polacy kochają zwierzęta, ale jednocześnie je lekceważą - mówi radna. - Pomijając sprawy emocji, koszt przewożenia zwierząt na drugi koniec miasta jest większy niż utrzymywanie placówki po drodze - dodaje.

2200 zwierząt na Paluchu i wciąż przybywa

Obecnie w prowadzonym przez miasto schronisku na Paluchu znajduje się ponad 2200 zwierząt, głównie psów. Placówka mimo ogromnego przepełnienia ma dobrą opinię, chwali się wysokimi statystykami adopcji. Jednak wciąż przybywają kolejni lokatorzy, coraz częściej rasowi, lub z tak zwanych pseudohodowli, gdzie psy i koty mnożone są w sposób przemysłowy.

Najczęściej znamy obraz takich przerażających miejsc z reportaży telewizyjnych z małych miejscowości, jednak w samej stolicy także można znaleźć w mieszkaniach prywatnych pseudo-hodowców, dla których to łatwy zarobek. Ogłoszeń w internecie o sprzedaży zwierząt także nie brakuje i tak naprawdę tu dotykamy sedna sprawy, której kolejne schroniska nie pomogą rozwiązać.

- Główną przyczyną jest jakość prawa, które jest napisane przez kretynów - nie przebiera w słowach Tadeusz Wypych z Fundacji Argos. Z jednej strony miasto ma obowiązek otaczać zwierzęta opieką, co więcej porzucanie zwierząt jest niezgodne z prawem, ale przepisy dotyczące schronisk są zbudowane analogicznie do prawa .... utylizacji śmieci.

"Żyjemy w swoistej schizofrenii"

- Społeczeństwo nie zdecydowało się, czy bezdomne zwierzęta to odpady, czy ofiary - mówi Wypych. Żyjemy w swoistej schizofrenii, gdzie z jednej strony chcemy pozbyć się bezdomnych zwierząt za pomocą schronisk, a z drugiej strony wciąż pozwalamy, by mnożyły się bez kontroli, kupujemy psy i koty na bazarach, lub w pseudohodowlach.

- Jeśli ktoś chce kupić nową lodówkę, będzie chciał się pozbyć starej i ktoś musi ją dla niego zutylizować, tutaj działa to tak samo - ale elementów tej konstrukcji według Wypycha jest znacznie więcej. Sprzedaż karmy, zalew sklepów zoologicznych, lecznic weterynaryjnych, wreszcie zbiórki dla zwierząt potrzebujących. Organizacje zbierają na ten cel pieniądze. Gdyby nie było tego rynku, nie byłoby też interesów by taką sytuację utrzymywać. To błędne koło.

To trudne do zaakceptowania, bo według tej logiki okazuje się, że organizowanie akcji adopcyjnych, czy wpłaty na rzecz zwierząt paradoksalnie nie zawsze im pomagają.

- O każde zwierze trzeba walczyć do końca - tłumaczy Wypych, ale dodaje, że receptą na poprawę jest zmiana wielu czynników, w tym rynku i prawa. - Trzeba robić kilka rzeczy równolegle: ograniczyć podaż zwierząt, potem zastanowić się jak skutecznie i tanio zapewnić opiekę tym, które już są. Do tego zmieniać prawo, ale tylko gdy te wszystkie rzeczy są wykonywane na raz. Robiąc jedna z tych rzeczy osobno można zarobić i pomóc sobie, ale nie zwierzętom - przekonuje.

Jest sposób

Sprawę mogłoby ułatwić przyjęcie przez Polskę Europejskiej Konwencji Ochrony Zwierząt Domowych. Jedną z wymienionych tam regulacji jest rejestracja wszystkich, którzy utrzymują i mnożą zwierzęta "w większych liczbach". Te liczby mogłoby ustalać państwo, a tym samym usankcjonować rejestrację hodowli. To połączone ze sterylizacją i kastracją, oraz czipowaniem z pewnością zmniejszyłoby liczbę bezdomnych zwierząt. Kolejnym czynnikiem, który radykalnie poprawiłby sytuację jest egzekwowanie karnej odpowiedzialności za porzucanie zwierząt. W świetle prawa jest to przejaw znęcania się nad zwierzęciem i podlega karze grzywny, a nawet do dwóch lat pozbawienia wolności.

DOSTĘP PREMIUM