Gasili ścianę ognia i czołgali się w przewodzie wentylacyjnym. WUG o wypadku w "Krupińskim"

Pojawiła się ściana, bądź kula ognia. Górnicy chcieli ją ugasić, zużyli cztery gaśnice, ale pożar rozwijał się. Tak wyglądały pierwsze minuty po zapłonie metanu w kopalni "Krupiński". O czwartkowych wydarzeniach w wyrobisku na poziomie 820 m opowiada w rozmowie z TOK FM Piotr Litwa, prezes Wyższego Urzędu w Katowicach.

TOK FM: - O 19.48 w czwartek zapalił się metan. Czy w tym czasie pracował kombajn?

Piotr Litwa, prezes WUG: - Kombajn nie pracował. Górnicy wykonywali czynności, które miały na celu przygotowanie kombajnu i ściany wydobywczej do eksploatacji. W pewnym momencie, o 19.48, pojawiła się ściana czy kula ognia, która wyszła ze zrobów ściany (czyli miejsc po eksploatacji węgla - przyp. red.). W tym momencie pracownicy podjęli akcję aktywnego gaszenia pożaru. Świadczy to o tym, że górnicy byli odpowiednio przeszkoleni i przygotowani. Zużyto cztery gaśnice, podjęto próby gaszenia wodą, ale wszystko okazało się nieskuteczne, bo pożar się rozwijał. W pewnym momencie pracownicy zdecydowali o wycofaniu. Część z nich wycofała się z prądem świeżego powietrza i ci górnicy nie odnieśli obrażeń. Piątce górników zabrakło dosłownie 30-40 metrów, żeby dojść do wylotu z chodnika. Podjęli wtedy decyzję o tym ,żeby przebywać bezpośrednio w prądzie powietrza, który jest doprowadzony lutniociągiem.

Weszli do lutniociągu?

- Lutniociąg, który doprowadza świeże powietrze do chodnika, ma średnicę 800 mm i górnicy czołgali się w nim. To była jedyna szansa, żeby przeżyć, ponieważ stężenia gazów pożarowych w wyrobisku poza lutniociągiem były zabójcze. To była atmosfera niezdatna do oddychania. W pewnym momencie, ze względu na konfigurację wyrobiska, nie mogli dalej przejść, poza tym pożar zaczął się rozwijać. Warunki klimatyczne były coraz gorsze, a oni coraz słabsi. Trzeba podkreślić, że pracownicy ci byli doskonale wyszkoleni i dzięki temu przeżyli.

Czy ogień, który pojawił się w zrobach świadczy o samozapłonie węgla?

- Nie potrafię w tej chwili na to pytanie odpowiedzieć. Tu naprawdę trzeba dokonać szerokiej i skrupulatnej analizy, badań laboratoryjnych. To wszystko będzie przedmiotem prac komisji, która została powołana.

W chwili wypadku w zagrożonym rejonie było 32 górników, 20 z nich bez poważniejszych obrażeń wyjechało na powierzchnię.

Trwają poszukiwania jednego z ratowników

W nocy z czwartku na piątek z piątką górników uwięzionych w lutniociągu ratownicy nawiązali kontakt. Poszli po nich. Jednemu z piątki górników udało się z ratownikami opuścić miejsce, jednak warunki pogorszyły się. Czterej górnicy zostali uwięzieni przez ok. 15 godzin.

W czasie akcji ratowniczej prowadzonej po omacku, w gęstym dymie i wysokiej temperaturze zaginęło dwóch ratowników. Z jakichś nieznanych obecnie przyczyn odpięli linę i odłączyli się od trzech ich kolegów.- Zastęp ratowników w czasie akcji pracuje zawsze jako część nierozłączna, ale są pewne sytuacje, które przewidują odstępstwa od tej zasady- tłumaczy prezes WUG. Taką sytuacją mógł być upadek jednego z wyprowadzanych, poszkodowanych górników - wynika z nieoficjalnych informacji. Zaginieni ratownicy mieli wtedy odpiąć linę, żeby pomóc górnikowi. Zaraz potem koledzy z ich zastępu ratowniczego stracili z nimi kontakt.

W piątek przed południem ratownicy dotarli do czterech górników uwięzionych w lutniociągu. Trzech z nich udało się wywieźć na powierzchnię. Czwarty zmarł po przetransportowaniu go do podziemnej bazy ratowniczej w pobliżu szybu. Później ratownicy odnaleźli jednego z dwóch zaginionych w nocy ratowników, mężczyzna już nie żył. Drugi ratownik wciąż jest poszukiwany.

"Polska może być natchnieniem dla UE" - prezydent na Paradzie Schumana [ZDJĘCIA] >>>

DOSTĘP PREMIUM