Kraków: system antyplagiatowy działa tylko na jednej uczelni

W Krakowie z sytemu antyplagiatowego korzysta tylko jedna uczelnia. Dla niektórych szkół system jest za drogi, inni wolą sprawdzać studentów tradycyjnymi metodami.

System porównuje prace z bazami wyższych uczelni, zasobami internetu i z tym, co napisali inni studenci. Ale plagiat.pl ma też swoje wady. Dlatego nie korzysta z niego najstarsza z uczelni - Uniwersytet Jagielloński. - Były pomysły i są próby na kilku wydziałach, ale dopóki baza nie zostanie zasilona przez największe uczelnie w Polsce, także te niepubliczne, to będzie cały czas tylko ułamkiem tego, co tak naprawdę zostało napisane - tłumaczy rzeczniczka UJ Katarzyna Pilitowska. - U nas najważniejszy jest kontakt uczeń-mistrz. Poza tym koszt zakupienia systemu dla kilkunastu wydziałów byłby zbyt duży.

Stać na to Uniwersytet Ekonomiczny. - Może dlatego, że nie jesteśmy tak ogromną uczelnią - zastanawia się w rozmowie z TOK FM doktor Mariusz Kuziak, pełnomocnik rektora ds. systemu antyplagiatowego. - Dla nas koszt kilku złotych od jednej pracy dyplomowej to niewiele, a studenci mają też pewność, że w przyszłości nikt im niczego nie zarzuci, jak choćby pewnemu niemieckiemu ministrowi (min. obrony Karla-Theodora zu Guttenberga, który został oskarżony o plagiat pracy doktorskiej - przyp. red.) - twierdzi.

Są też uczelnie, jak Akademia Górniczo-Hutnicza, na których system antyplagiatowy nie jest potrzebny. - Tutaj jest o wiele trudniej o plagiat - tłumaczy Bartosz Dębiński, rzecznik AGH. - To nie są pisemne elaboraty na 150 stron, forma pisemna jest raczej dodatkiem, liczy się projekt inżynierski czyli coś musi po prostu zadziałać - uważa.

Ale studenci, nie tyle boją się, że ktoś odkryje, że ściągali, co systemowi nie ufają. - Doszło do tego, ze skupiamy się głównie na tym, żeby nie napisać czegoś, co ktoś kiedyś już napisał, a nie na tym, żeby pracę napisać dobrze - twierdzi Ania, studentka psychologii.

Zarówno Ania, jak i jej koledzy, których prace sprawdza system, nie powinni się denerwować. - Ostatnie zdanie i tak należy do promotora, bo przecież zdarza się, że studenci nie do końca potrafią korzystać ze źródeł - uspokaja dr Kuziak. - Jeśli sprawa nie jest ewidentna, każdy ma drugą szansę - dodaje.

I wygląda na to, że taki straszak działa. - Nie przypominam sobie na UEK żadnego przypadku skierowania sprawy do uczelnianej komisji dyscyplinarnej w związku z plagiatem - twierdzi Kuziak.

DOSTĘP PREMIUM