"Stała, ściskając w ręku te pieprzone plastikowe reklamówki"

Przed rokiem spędziły wakacje na sprzątaniu domów. Niektóre pojechały na sfinansowane przez sponsorów kolonie i obozy. Inne udawały, że nic się nie stało. Dzieci powodzian. W tym roku wraca dla nich szara rzeczywistość. W Wilkowie tylko garstka dzieci gdzieś na wakacje wyjeżdża. Reszta zostaje w domach. A myśli wciąż wracają...

Od koszmaru, który przeżyli przed rokiem trudno im się uwolnić. Najlepiej widać to w tekście opublikowanym przez jednego z uczniów w gazetce szkolnej "Sensor", wydawanej w III LO im. Unii Lubelskiej w Lublinie.

"W ubiegłe wakacje byłem świadkiem tego, jak rozpada się mój świat. Z dnia na dzień moi najbliżsi, znajomi i ci, których nie znałem, tracili to, na co pracowali przez całe swoje życie, wynosząc swój dobytek w dwóch plastikowych reklamówkach.

Wszystko, czego nie można było ze sobą zabrać, zostało zniszczone. Ci bogatsi wyjechali wcześniej, zabierając pieniądze i samochody, ci biedniejsi płakali, zostając zmuszeni do opuszczenia swojego gospodarstwa - domu, zwierząt, maszyn czy też pola. Mój najbliższy przyjaciel, z którym będąc jeszcze małym berbeciem spędzałem na trzepaku letnie popołudnia, nie miał do czego wracać, jego dom został zalany po czubek dachu. Starszy kolega, szczęśliwie zakochany wyznaczył już termin ślubu, własnymi rękami wybudował dom i zarobił pieniądze na pierwszy samochód - stracił wszystko.

Najbardziej dotknął mnie widok starszej pani już miesiąc po powodzi. Stała z mężem na swoim podwórku, ściskając w ręku te pieprzone plastikowe reklamówki. Stali przed domem, płakali, właśnie wrócili od ludzi, którzy udzielili im schronienia, gdy nie mieli gdzie mieszkać. Złapałem się za głowę, widząc gruzy ich domu i połamane bele. Był to drewniany dom, stary, solidny, wybudowany tak, jak budowało się dawniej - runął jak domek z kart. Nie mieli nic, oprócz siebie.

Ja sam, wydawałoby się całkiem niedawno, tuż po rozpoczęciu roku nie mogłem doprowadzić się do normalnego stanu. Budziłem się w nocy cały spocony, rano stawałem i zakładałem na siebie maskę. Grałem całkiem dobrze, udawałem, że wszystko jest w porządku, że nie przeżyłem nic specjalnego, że nie wyróżniając się, jestem taki jak inni, żartowałem i myślałem nad każdym wypowiedzianym słowem. Wieczorem, wracając do domu, brakowało mi sił, czułem się przybity, przygnieciony ogromnym głazem, którego nie mogę podnieść, ale z czasem zacząłem sobie radzić. Poznałem miłych ludzi, bawiłem się, zapomniałem.

Nie mam zamiaru porównywać się do Hioba, nie jestem nim. On mimo tego, co go spotkało trwał w wierze. Ja uległem, załamałem się. Moja wiara nie jest tak silna jak jego. Czasami zastanawiam się, czy w ogóle w coś wierzę".

Autorem poruszającego artykułu jest "Jakub Jeżewski".

"Maski dzieci z Wilkowa" Jak rok po tragicznej powodzi radzą sobie z traumą dzieci z Wilkowa>>

DOSTĘP PREMIUM