Londyn. Premier chce armatek wodnych. Burmistrz zakrzyczany

Premier David Cameron zapowiedział, że zaprowadzi porządek na ulicach Londynu i innych brytyjskich miast. Nie wykluczył, że służby mogą użyć armatek wodnych. Londyńczycy bardzo źle przyjęli burmistrza Borisa Johnsona, który dopiero wczoraj wrócił z wakacji.

Szef rządu Wielkiej Brytanii wystąpił na konferencji prasowej, dotyczącej fali zamieszek ulicznych w tym kraju. David Cameron nie wykluczył, że w ciągu tej doby służby mogą użyć wobec chuliganów armatek wodnych, jeśli zajdzie taka potrzeba. Wcześniej brytyjski premier spotkał się z przedstawicielami policji. Zapowiedział, że na ulice miast zostanie wysłanych tysiące dodatkowych funkcjonariuszy.

- Od weekendu w Londynie w związku z zamieszkami zatrzymano 750 osób, ponad 160 z nich postawiono zarzuty - poinformował Cameron. Pytany przez dziennikarzy o to, czy brytyjska policja interweniowała w wystarczającym stopniu, premier Cameron przyznał, że służby były na początku "zaskoczone" gwałtownie rozprzestrzeniającymi się zamieszkami. Oświadczył też, że zamieszki, wywoływane przez młodocianych chuliganów, to nie problem polityczny, lecz moralny. - To kwestia etyki, wychowania w rodzinie i szkołach - powiedział brytyjski premier.

Tłum do Johnsona: Gdzieś był przez trzy dni?

Londyńska policja stara się zatrzeć fatalne wrażenie nieporadności i słabości, jakie powstało po trzech nocach rozruchów w brytyjskiej stolicy. Minionej nocy i w ciągu dnia jest niezwykle widoczna, ale za jej błędy muszą teraz również odpowiadać politycy.

Szczególnie źle wypadł burmistrz Londynu, Boris Johnson, który był na wakacjach w Kalifornii i wrócił dopiero wczoraj po południu. Kiedy udał się do zdewastowanego Clapham na południowym brzegu Tamizy, powitał go gniewny tłum: "Wiedzieliśmy już o piątej, co się święci, ale nie policja. Byłam w salonie fryzjerskim, kiedy przez szybę wpadła cegła. I nie było nikogo, kto by mnie bronił". Burmistrz został zakrzyczany przez rozgniewany tłum: "Zrezygnuj! Podaj się do dymisji! Gdzieś był przez trzy dni? O trzy dni za późno!"

Boris Johnson przyznał, że należą mu się wymówki za nieobecność, ale tłumaczył, że nie od razu wiadomo było, że sobotnie zajścia przedłużą się, a z Kalifornii do Londynu to jednak kawał świata. Tłum w Clapham przyjął równie wrogo towarzysząca mu minister spraw wewnętrznych Theresę May. W Birmingham ochroniarze wicepremiera Nicka Clegga zapakowali go pospiesznie do samochodu, kiedy gniew tłumu zaczął przybierać groźne rozmiary.

DOSTĘP PREMIUM