Przecieki z raportu nt. katastrofy samolotu Air France: "Cholera, rozbijemy się! To się nie dzieje naprawdę..."

Do tej pory wierzono, że winni katastrofy samolotu Air France w 2009 roku byli piloci. Tymczasem, jak podaje "Telegraph", raport ze śledztwa ujawni, że do tragedii przyczyniły się też błędy w konstrukcji airbusa. Na podstawie czarnych skrzynek dziennik odtwarza ostatnie chwile z kokpitu, w którym stopniowo narastały uczucia paniki i dezorientacji.

To była jedna z największych katastrof lotniczych w historii. Samolot Airbus A330 runął do oceanu 1 czerwca 2009 roku w czasie rejsu z Rio de Janeiro do Paryża. Nie ocalał nikt spośród 228 pasażerów i członków załogi. Ekipy ratunkowe, które przez kolejne tygodnie przeczesywały ocean, wyławiały z wody tylko fragmenty kadłuba, bagaże i zwłoki ok. 50 pasażerów. Do przełomu doszło dopiero po dwóch latach szeroko zakrojonych poszukiwań, kiedy z wody wyłowiono dwie czarne skrzynki i rejestrator głosu z kokpitu.

Kto zawinił: człowiek czy maszyna?

Do tej pory stawiano tezę, że do katastrofy przyczyniły się błędy popełnione przez załogę samolotu. Raport ze śledztwa zostanie przedstawiony dopiero za miesiąc, ale z tego, co udało się nieoficjalnie dowiedzieć brytyjskiemu dziennikowi "Telegraph" , wynika, że o ile przynajmniej jeden z pilotów istotnie dopuścił się brzemiennego w skutki błędu, o tyle konstrukcja samolotu też nie pozostała bez znaczenia dla przebiegu tragicznego lotu.

Normalnie maszyny Airbusa automatycznie kontrolują lot i są w stanie nawet korygować pomyłki pilotów. Coś musiało się więc stać, że trójka doświadczonych pilotów nie zorientowała się, że zaszła fatalna pomyłka. Zapisy rozmów z kokpitu wskazują, że piloci aż do ostatniej chwili nie wiedzieli, co się dzieje. Raport ma wskazywać błąd m.in. położenia bocznego drążka sterowego. Na razie linie lotnicze i producent samolotu przerzucają się odpowiedzialnością za katastrofę - każdy ma bardzo dużo do stracenia.

Dlaczego Bonin pociągnął drążek do góry?

A tak według zapisów z czarnych skrzynek i rejestratora głosu z kokpitu przebiegło kluczowe 8 minut przed zderzeniem: kapitan Marc Dubois dwie godziny po rozpoczęciu lotu udał się na swoją przepisową przerwę, pozostawiając na stanowisku dwójkę bardzo doświadczonych pilotów - Davida Roberta i Pierre-Cedrica Bonina.

Na trasie na wysokości równika akurat zaczęła się burza, którą załoga próbowała ominąć. Bonin zakomunikował załodze, by przygotowała się na turbulencje. Sam wydawał się być zaniepokojony - zwrócił uwagę na dziwną poświatę i metaliczny zapach w kabinie. Robert uspokoił go, że to tylko pochodne tzw. ogni św. Elma - zjawiska towarzyszącego wyładowaniom elektrycznym, np. burzom. Kilka chwil później temperatura na zewnątrz gwałtownie spadła - obecne na dużych wysokościach kryształki lodu zatkały i wyłączyły autopilota maszyny.

Od tego momentu - zauważa "Telegraph" - Bonin miał zacząć zachowywać się dziwnie. Z zapisów czarnych skrzynek wynika, że zupełnie bez powodu i bez informowania kogokolwiek pociągnął drążek sterowy do góry i rozpoczął wznoszenie maszyny mimo wyraźnego komunikatu: "Stall!", który ostrzega przed wystąpieniem zjawiska przeciągnięcia, czyli gwałtownego spadku siły nośnej na skutek zbyt dużego kąta natarcia skrzydła, co prowadzi do utraty kontroli nad maszyną.

Nie wiedział, na jakiej wysokości się znajduje

Drugiemu pilotowi zajęło do pół minuty zorientowanie się, co się dzieje. - Mówi, że się wznosimy. Mówi, że się wznosimy! Zacznij schodzić - polecił Boninowi. Samolot na chwilę wrócił do prawidłowej prędkości, ale Robert był już na tyle zaniepokojony, że kazał wezwać kapitana. Tymczasem Bonin ponownie pociągnął drążek do góry i zostawił go w tej pozycji mimo kolejnych ostrzeżeń komputera pokładowego.

Gdy samolot ponownie się wznosił, zaczął znów szybko tracić na prędkości. Mniej więcej minutę po tym, jak wyłączył się autopilot, słychać, jak Bonin szepcze: "Ale jestem w TOGA, tak?". TOGA to skrót od "Take off/Go around", co świadczy najprawdopodobniej o tym, że pilot był zupełnie zdezorientowany co do wysokości, na jakiej się znajdował. Musiało mu się wydawać, że samolot był dużo niżej niż w rzeczywistości.

Tymczasem ciągłe wznoszenie się samolotu i szybka utrata prędkości doprowadziły do zaburzenia odczytów komputerów pokładowych, a w konsekwencji do zaprzestania wydawania przez nich jakichkolwiek komunikatów, nawet tych ostrzegawczych. Nie otrzymując wystarczającej ilości informacji, pracować przestała także część instrumentów pokładowych. Piloci od tego momentu skazani byli sami na siebie.

"Co się, do cholery, dzieje? Nie rozumiem..."

Bonin jeszcze raz rozpoczął procedurę schodzenia - samolot na chwilę odzyskał prawidłową prędkość, a komputery pokładowe znów zaczęły działać. I wtedy bardzo niefortunnie - jak ocenia "Telegraph" - ponownie zaczęły wydawać komunikat "Stall! Stall!". Bonin miał przez to zrozumieć, że popełnił błąd, rozpoczynając obniżanie kursu, w związku z czym ponownie pociągnął do góry drążek sterowy. W tym momencie powinien był zainterweniować Robert, ale właśnie przez konstrukcję kokpitu podobno nie zorientował się, co się stało.

- Dla drugiego pilota nie jest oczywiste, co robi ze sterami ten drugi, chyba że się mocno wychyli, ale nie jest to wcale łatwe. W każdym razie boczny drążek sterowy zmienia pozycję tylko na kilka sekund, więc jeżeli drugi pilot akurat tego nie dojrzy, może się nie dowiedzieć, że coś się zmieniło - tłumaczył brytyjskiemu dziennikowi Stephen King ze Stowarzyszenia Pilotów Brytyjskich Linii Lotniczych.

Z zapisów czarnych skrzynek i rozmów jest jasne, że Robert istotnie musiał być przekonany, że samolot leciał prosto albo nawet się obniżał. Kiedy zaczęła się palić lampka świadcząca o awarii, pilot wyraźnie wpadł w panikę. - Przecież mamy jeszcze silniki! Co się, do cholery, dzieje? Nie rozumiem, co się dzieje - krzyczał. Półtorej minuty po tym, jak zapaliły się ostrzegawcze lampki, do kokpitu wpadł kapitan, żądając wyjaśnień. - Straciliśmy kontrolę nad samolotem! - odpowiedział zdenerwowany Robert.

"Rozbijemy się...". "Ale co się dzieje?!"

Dubois usiadł za kolegami i przez chwilę siedział w milczeniu, najprawdopodobniej próbując zorientować się w sytuacji. Na zewnątrz było zupełnie ciemno, w kokpicie świeciło kilka awaryjnych lampek, a część wskaźników nadal była zupełnie pusta. Kapitan musiał nie zauważyć, że maszyna ciągle się wznosiła, przez co nie zrozumiał, dlaczego tak dramatycznie traci prędkość. Tymczasem airbus po chwili zaczął spadać z prędkością ok. 4 km/min.

- Wznoś... wznoś... wznoś... wznoś... - rozkazał Dubois.

- Ale ja przez cały czas miałem wzniesiony drążek! - odpowiedział spanikowany Bonin, po raz pierwszy pewnie dając pozostałym dwóm pilotom do zrozumienia, co się stało.

- Nie, nie, nie... Nie wznoś! Nie, nie... - zaprotestował natychmiast kapitan.

- Obniż... Daj mi stery... Daj mi te stery! - wtrącił się Robert.

Przez następne pół minuty Robert obniżał pułap lotu, ale w momencie gdy osiągnął odpowiednią prędkość, okazało się, że samolot jest zbyt blisko powierzchni wody, aby udało się go ponownie wznieść. - Cholera, rozbijemy się... To się nie może dziać! - stwierdził tylko.

- Ale co się dzieje?! - pytał jeszcze Bonin. Ostatnie słowo należało jednak do kapitana: - 10 stopni odchylenia... Po tych słowach nagranie się kończy.

Francuscy śledczy przedstawią swój raport z dochodzenia dokładnie za miesiąc. Wielomilionowe pozwy sądowe już podobno czekają.

Discovery - ostatni lot wahadłowca. Prosto do muzeum [ZDJĘCIA] >>

DOSTĘP PREMIUM

TOK FM PREMIUM