"Zero tolerancji" dla narkotyków? Diler musi zobaczyć szansę na inne życie. W Brazylii się udaje

Krwawa walka z narkobiznesem nie działa. Wciąż mamy fawele pełne młodych gangsterów bez przyszłości i rząd, który przed mistrzostwami świata w 2014 r. czyści z dilerów głównie te, które są bliżej stadionów - mówi w rozmowie z portalem Gazeta.pl znana brazylijska dziennikarka Ana Aranha.

Michał Gostkiewicz, Gazeta.pl: W Brazylii toczy się debata, jak podchodzić do narkotyków. Znawca Ameryki Łacińskiej polski dziennikarz Artur Domosławski pisał, że na przykładzie m.in. Kolumbii widać, że polityka "zero tolerancji dla narkotyków", lansowana m.in. przez amerykańską administrację i jej zbrojne ramię DEA, nie jest skuteczna.

Ana Aranha*: Debatę rozpoczął były prezydent Fernando Henrique Cardoso, który wykonał swoisty coming out, mówiąc publicznie, że jest za legalizacją marihuany. Moim zdaniem minie wiele czasu, zanim władze państwowe na serio rozważą tę opcję. Wciąż trwa ostry spór, wypowiadają się socjologowie, antropologowie i funkcjonariusze resortów siłowych, policjanci. Ci ostatni wiedzą aż za dobrze, jak ciężko walczy się z narkotykami. Ale ważne, że w ogóle jest debata, bo pokazuje, że dotychczasowy sposób walki z narkotykami - penalizacja - nie skutkuje. Ale rozwiązanie musimy dopiero wymyślić.

Kilka lat temu głośna była wypowiedź niegdysiejszego szefa policji z Rio de Janeiro, który również wypowiedział się za legalizacją, ponieważ w trakcie nalotów policji na fawele zobaczył na własne oczy, że ostra polityka policji nie jest skuteczna.

Mówił tak w znanym filmie dokumentalnym pt. "Wiadomości z prywatnej wojny" . Ten człowiek zetknął się z tym problemem najbliżej jak można, walcząc codziennie z dilerami w fawelach. Oglądał dzieci umierające od narkotyków, a po pracy potem szedł na plażę, gdzie beztroscy bogaci ludzie palili sobie marihuanę, a policja miała im nie przeszkadzać. Ten facet zrozumiał, jaka to niesprawiedliwa sytuacja, i zaczął ją kwestionować. Może nie mówił zawsze wprost, że jest za legalizacją, ale zwrócił uwagę, że ta wojna do niczego nie prowadzi.

Wojna wymaga broni. A w Brazylii o nią bardzo łatwo...

W przygranicznych rejonach kraju handel kwitnie, a bandyci z faweli są silni właśnie dlatego, że mają dostęp do naprawdę dobrej broni. Potrafią nawet postawić się wojsku. Ich siłę stworzyła bardzo dwuznaczna kombinacja pieniędzy, władzy i braku kontroli państwa. Tej sile próbują teraz przeciwstawić się oddziały pokojowej policji. Przez lata Brazylia fawele ignorowała: media o nich nie pisały, policja się tam nie zapuszczała, nikt nie wiedział, co tak naprawdę się tam dzieje. W taki właśnie sposób stały się silne. Liczę na to, że pokojowa policja utrzyma tereny, które teraz odzyskała i okupuje. Liczę, że to przetrwa dłużej niż do mistrzostw świata i że prędzej czy później dotrą do wszystkich faweli. Ale to, co słyszę i czytam, to to, że nawet pod obecność policji handel narkotykami i bronią w zajętych przez nią dzielnicach wciąż istnieje.

Czy rząd próbuje uszczelniać granice, szczególnie zachodnie, położone w głębi kontynentu?

Uszczelnianie brazylijskich granic to misja niemożliwa ze względu na liczne odgałęzienia Amazonki i dziewiczą dżunglę Amazonii. Ale rząd nowej prezydent Dilmy Roussef zwiększył nakłady na ochronę granic. Kupił nowy sprzęt monitorujący, zwiększyła się liczba aresztowań za przemyt narkotyków. Ale to nie wystarczy, bo narkotyki wciąż napływają.

Natura brazylijskiego narkobiznesu jest inna niż w Meksyku, gdzie narkobaronowie walczą o kanały przerzutowe narkotyków do USA. W Brazylii źródłem zysków dla gangów takich jak Amigos dos Amigos czy Terceiro Commando jest rynek wewnętrzny. Brazylia nie jest producentem, tylko konsumentem importowanych narkotyków, a na topie jest crack [syntetyczna kokaina - M.G.]. Skąd te narkotyki pochodzą?

Narkotyki są szmuglowane przez granicę z Kolumbii, Ekwadoru i Peru, a także z Paragwaju. Kraj służy jako korytarz przerzutowy do Europy: część towaru jest konsumowana od razu na miejscu, część wysyłana za ocean. Nie mamy więc wielkich gangów. Mamy "drug lordów", ale to nie są wszechwładni hersztowie gangów w rozumieniu takim jak w Meksyku. Kiedy policja ich łapie, okazuje się, że ich domy nie są tak wielkie i bogate, to są raczej mali i średni przedsiębiorcy, żyją w sąsiedztwie zwykłych ludzi.

Tacy jak Marcos, o którym pisze pani w tekście dla portalu Gazeta.pl?

Tak. Ale on był ambitny. Ambicja przyciągnęła go do przestępczości, ale też ambicja pomogła mu z niej wyjść i zająć się czym innym. Chciał uczyć w szkole, napisać książkę o swoim życiu, zostać kimś znanym. Lubi swoją popularność, ale też z niej korzysta: ma swój projekt w ramach organizacji pozarządowej, w której pracuje, bezpośrednio pomaga dzieciom uzależnionym i dilerom.

Czy przykład Marcosa rzeczywiście działa? Czy te dzieciaki z ulicy fascynują się jego osobą? Jest wzorem?

Oj tak. Jest przykładem, bo rzeczywiście chodzi po szkołach i opowiada o swoich doświadczeniach. Do tego jest bardzo ekspresyjny, wie, jak opowiadać swoją historię, by przyciągnąć ich uwagę, zna ich sny i nadzieje na przyszłość. Potrafi pokazać im, jak ktoś taki jak on mógł być najpierw dilerem, a teraz mieć lepsze życie jako pracownik NGO i nauczyciel w publicznej szkole. Napisał książkę żywym językiem, takim, który zrozumieją chłopcy z biednych przedmieść. I ludzie ją kupują.

Paulo Lins, autor książki "Miasto Boga", mówił w rozmowie z "Gazetą Wyborczą", że system szkolnictwa jest taki sam jak 40 lat temu, tylko jest kilka razy więcej dzieci, które muszą pójść do szkoły.

W Brazylii mamy podobny problem jak pewnie w Polsce: nauczyciele realizują program, zamiast pomóc dzieciom rozwijać ich zdolności przydatne w przyszłości na rynku pracy. Ale prawda jest taka, że czasem brakuje po prostu najbanalniejszych rzeczy - szkolnej infrastruktury.

Skoro rozmawiamy o pieniądzach: administracja ma na walkę z narkotykami mało pieniędzy, bo są one przeznaczane na usuwanie żebraków i narkomanów z ulic za mury faweli w ramach przygotowań Brazylii do mistrzostw świata w piłce nożnej w 2016 r.

Władze stanowe Rio de Janeiro rzeczywiście przeznaczają duże sumy na próby odzyskania kontroli nad fawelami, a w szczególności tymi, które leżą blisko miejsc, gdzie będą rozgrywane mecze. To ma dobre i złe strony. Dobre jest to, że w ogóle pierwszy raz ktoś próbuje odzyskać kontrolę nad fawelami. To były rejony zapomniane przez państwo, pod kontrolą handlarzy narkotyków. Teraz są tam władze - a dokładniej oddziały pokojowej policji. To jest coś naprawdę nowego i ciekawego: policja, zamiast wjeżdżać do faweli w kuloodpornych samochodach i strzelać do tych, których uważała za przestępców, traktuje ludzi z szacunkiem. Ale da się zauważyć, że stara się wyprzeć handlarzy przede wszystkim z tych miejsc, gdzie będzie działo się coś związane z mistrzostwami. Nie aresztuje zbyt wielu bandytów, nie walczy tak naprawdę z handlem narkotykami, tylko wypycha przestępców i ich organizacje poza granice miasta.

Czyli policjanci zabezpieczają teren, który może trafić w kadr kamery, a to, co poza nim, ich nie interesuje.

To może zbyt mocno powiedziane. Osiedla położone blisko miejsc, gdzie będą rozgrywki futbolowe, rzeczywiście korzystają z tego położenia.

Jak organizacje pozarządowe, jak Viva Rio czy Casa do Zezinho, wypracowują sobie ścieżki dotarcia do faweli? Kto za ich działalność płaci?

NGO są finansowane przez prywatne firmy i prywatne osoby. Viva Rio i Casa do Zezinho to jedne z największych NGO pomagających dzieciom w Brazylii. Ale jest wiele, wiele innych. I wiele robi dobrą robotę. Większość z nich to organizacje prywatne, fundowane lub wspomagane finansowo przez prywatne firmy i korporacje, które dostają za to ulgi podatkowe. Większość firm umie oddzielić działalność charytatywną od działalności handlowej, tak by NGO nie służyła jako środek do realizacji interesów danego przedsiębiorstwa. A największe NGO to zasilane sporymi pieniędzmi profesjonalne organizacje, które naprawdę pomagają.

Próbują robić to, czego nie dają im szkoły państwowe - edukację, przyszłość, marzenia. Na różne sposoby. Casa do Zezinho, największa tego typu instytucja edukacyjna w Sao Paulo, ma 15 tys. uczniów w wieku od 8 do 21 lat. Uczy ich sztuki, muzyki, tańca, ma wielki basen - to bardzo atrakcyjne dla dzieci z przedmieść. Uczą tam też pisania, czytania i podstaw matematyki - tego nie nauczą się w szkole. Casa do Zezinho daje podstawowe narzędzia do ręki i nadzieję. To bardzo ważne dla tej generacji, która w handlarzach narkotyków widzi ludzi trzymających władzę i pieniądze. To często jedyna przyszłość, jaką sobie potrafią wyobrazić.

Mówimy cały czas o chłopcach. Jaka jest rola i pozycja dziewcząt w narkobiznesie?

Dziewczynek jest w Casa do Zezinho tyle samo co chłopaków. Tak samo potrzebują pomocy. Biorą narkotyki, uzależniają się. Nie udzielają się w handlu, za to zostają groupies gangsterów. Często handlarze mają ich po kilka. Są bite, przemoc domowa wśród gangsterów jest powszechna: traktują je jak lalki, które idą w parze z kasą i sławą na dzielnicy. Ale są wtedy chronione, nikt ich nie ruszy. Ich bezpieczeństwo kończy się wraz ze śmiercią ich opiekunów.

Brazylijskie media w ostatnich latach tworzyły - szczególnie za granicą - obraz Brazylii jako najbardziej prężnego z krajów rozwijających się, kraju, który odniósł sukces, przetrwał kryzys: produkcja rośnie, miliony ludzi wyszły z biedy. Dlaczego media nie piszą o brazylijskich problemach, tylko o tym, jak Brazylia się wspaniale rozwija, pomijając tę biedę i narkotyki za płotem?

Najlepiej by było, gdyby pisały i o jednym, i o drugim. Ale nie piszą. To trudna kwestia. Wydaje mi się, że większość dziennikarzy uważa, że ludzie nie chcą czytać o biedzie, chcą czytać dobre wiadomości o własnym kraju. Czytać nie o problemach, ale o rozwiązaniach problemów. A skutki? Przez lata nasza prasa do faweli nie wchodziła. I wciąż trudno jest dziennikarzom w ogóle wejść do faweli, i to nie jest dobre. Musimy starać się pisać o wszystkim, a nie tworzyć pewien hurraoptymistyczny obraz.

* Ana Aranha jest brazylijską dziennikarką, mieszka w Sao Paulo. Pisała dla brazylijskiego wydania "Rolling Stone" i "Marie Claire". We współpracy z PANOS publikowała w "Guardianie", "El Mundo" i "Svenska Dagbladet". Jest laureatką 10 nagród za reportaże śledcze, pisze też o prawach człowieka. Przez 7 lat pisała dla tygodnika "Epoca" - drugiego najpopularniejszego w Brazylii. Obecnie jest freelancerką.

Czerwona Planeta o zmierzchu, krater, cień łazika i meteoryt [ZDJĘCIA Z MARSA]>>

DOSTĘP PREMIUM