Jak zginął ben Laden? "W agonii wił się po podłodze. Oddaliśmy jeszcze kilka serii strzałów" [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

"To było dziwne zobaczyć tę niesławną twarz z bliska. Przede mną oto leżał ktoś, kto był powodem, dla którego walczyliśmy przez ostatnią dekadę. To było surrealistyczne próbować zmyć krew z najbardziej poszukiwanego człowieka na świecie" - tak operację zabicia Osamy ben Ladena opisuje żołnierz SEAL, który brał w niej udział. Matt Bissonnette postanowił spisać swoje wspomnienia.

Kiedy okazało się, że jeden z uczestników Operacji Geronimo postanowił opublikować historię zabicia najbardziej poszukiwanego terrorysty świata, w USA zawrzało. Fox News ujawnił, że "Marc Owen", członek SEAL, który ma stać za książką "No Easy Day: The Firsthand Account of the Mission That Killed Osama bin Laden", to w rzeczywistości 36-letni Matt Bissonnette.

Zaniepokojenie w związku z publikacją wyraził Pentagon, ostrzegając, że zagrozi ona nie tylko jej autorowi, ale i żołnierzom, którzy wraz z nim uczestniczyli w akcji w Pakistanie. Dom wydawniczy Penguin pewnego bestsellera z druku jednak nie wycofał. CNN opublikował dziś wyjątki z "No Easy Day" .

"Helikopter z każdą sekundą był coraz bliżej ziemi"

Jak się okazuje, żołnierze wysłani "na jedną z najważniejszych misji specjalnych w historii" - jak opisuje ją amerykański serwis - nie byli bynajmniej w najlepszej formie. Większość z nich miała się na nią wybrać w stanie ekstremalnego zmęczenia po poprzedniej operacji. "Wydaje mi się, że większości chłopaków udało się nieco odpocząć dopiero w helikopterze w drodze na misję. (...) Cała ekscytacja wyparowała, to miała być dla nas tylko kolejna noc spędzona w robocie".

Nie tylko sami uczestnicy wyprawy nie byli jednak w pełni sił: "Nagle helikopter zmienił tor lotu o 90 stopni w dół, a mój żołądek zareagował, jakbym znalazł się na kolejce górskiej. Wirniki ponad mną zaczęły wydawać rozpaczliwe dźwięki, podczas gdy Black Hawk próbował ponownie wzbić się w powietrze. Helikopter tymczasem z każdą sekundą był coraz bliżej ziemi".

Maszynie nie udało się jednak odzyskać bezpiecznego pułapu lotu i niemal rozbiła się na terenie posiadłości Osamy ben Ladena, Abbottabadu. Na szczęście nikomu na pokładzie nic się nie stało i wkrótce żołnierze ruszyli wykonać zadanie. Jak się okazuje, dawny przywódca Al Kaidy i tak miał czas na reakcję, zanim biorącym udział w misji udało się przedrzeć przez zabezpieczenia otaczające dom terrorysty.

"Kule wbijały się w niego, aż w końcu znieruchomiał"

"Minęło ok. 15 minut i ben Laden miał wystarczająco dużo czasu, aby nałożyć swoją kamizelkę samobójcy czy wydobyć broń". Tymczasem kiedy terrorysta zginął, nie miał na sobie kamizelki, a oba jego pistolety leżały nietknięte na półce w sypialni.

"Byliśmy niecałe pięć stopni od dotarcia na górę, kiedy usłyszałem przytłumione strzały. Idący na przedzie żołnierz zobaczył mężczyznę wyglądającego zza drzwi po prawej stronie korytarza kilka metrów przed nami. Ze swojego miejsca nie mogłem jednak dojrzeć, czy udało nam się trafić w cel. Mężczyzna zniknął w głębi pokoju".

Dopiero potem się okazało, że kula członka SEAL trafiła celu. Kiedy żołnierze wkroczyli do pokoju, mężczyzna ciągle żył. "W agonii wił się po podłodze, wstrząsały nim konwulsje. Razem z jednym z żołnierzy wymierzyliśmy w jego pierś i oddaliśmy kilka serii strzałów. Kule wbijały się w niego, przygważdżając go do podłogi, aż w końcu znieruchomiał".

"Przede mną leżał powód, dla którego od dekady walczyliśmy"

W tym momencie pozostała kwestia oficjalnej identyfikacji mężczyzny, którego właśnie zabili. Rolą Bissonnettego było sfotografowanie ciała. "To było dziwne zobaczyć tę niesławną twarz z bliska. Przede mną oto leżał ktoś, kto był powodem, dla którego walczyliśmy przez ostatnią dekadę. To było surrealistyczne próbować zmyć krew z najbardziej poszukiwanego człowieka na świecie, żeby móc zrobić mu zdjęcie. Musiałem jednak skoncentrować się na swoim zadaniu, w tamtym momencie tym, czego potrzebowaliśmy, były wysokiej jakości zdjęcia".

Już w Stanach Bissonnette i inni członkowie SEAL zostali wezwani przez dowodzącego operacją, "Jaya". "Były pewne wątpliwości na szczeblu dowodzenia odnośnie wszystkich przecieków dotyczących operacji. - Kluczowe jest teraz, abyśmy trzymali się z dala od mediów - powiedział Jay. - Niech żaden z nas się nie wychyla".

Bissonnette ewidentnie zignorował jednak rozkaz dowódcy. Jego książka ujrzy światło dzienne 11 września, w 11. rocznicę ataku na World Trade Center.

DOSTĘP PREMIUM