Problemy z kombinezonem, spadochronem, kaskiem... Pierwszy człowiek skoczył ze stratosfery w 1939 r.

"Z mojego ciotecznego dziadka był niezły numer: żydowski wojskowy pilot doświadczalny" - tak Jakowa Sołodownika opisuje w serwisie "New York Times" rosyjska dziennikarka Masha Gessen. Rosjanin był pierwszym człowiekiem, który skoczył ze stratosfery. W 1939 r. w jaskrawo czerwonym kombinezonie z wiewiórczego futra rzucił się ze spadochronem z wysokości ponad 10 km.

Felix Baumgartner pobił trzy rekordy świata , kiedy w połowie października skoczył ze stratosfery - najwyższego załogowego lotu balonem, skoku spadochronowego z największej wysokości i największej prędkości podczas swobodnego spadania. Austriak wzniósł się balonem na wysokość ponad 39 km.

Przy okazji skoku Baumgartnera świat przypomniał też sobie o człowieku, który jako pierwszy skoczył ze stratosfery - Jakowie Sołodowniku. Rosjanina wspomina na swoim blogu na serwisie "New York Timesa" Masha Gessen , rosyjska dziennikarka i potomkini Sołodownika.

"Z mojego ciotecznego dziadka, który w 1939 r. miał 24 lata, był niezły numer: żydowski wojskowy pilot doświadczalny - albo tak przynajmniej chciał się widzieć. Jego obowiązki ograniczały się do latania na dwóch niewymagających maszynach. Tamten skok ze stratosfery widział pewnie jako możliwość pewnego awansu. Przed nim z eksperymentu wycofał się już jeden pilot - naziemne próby okazały się dla niego nie do zniesienia" - wspominała krewnego Gessen.

Jedwabna bielizna termiczna i jaskrawo czerwone wiewiórcze futro

Rosjanin swojego wyczynu dokonał we wrześniu 1939 r., kiedy zaczynała się wojna. Przygotowania do skoku odbywały się w pośpiechu - zaczęły się zaledwie miesiąc wcześniej. Próby dotyczyły przede wszystkim stroju skoczka. Strój musiał przede wszystkim zapewnić utrzymanie odpowiedniego ciśnienia i dostarczanie tlenu - zwłaszcza na początkowym, najbardziej niebezpiecznym, etapie skoku. Strój składał się z jedwabnej i wełnianej bielizny termicznej, jaskrawo czerwonego kombinezonu złożonego z dwóch warstw wiewiórczego futra, szklanego cylindrycznego kasku, dwóch butli z tlenem i futrzanych butów.

Pierwszy skok próbny z dużo mniejszej wysokości zakończył się porażką - Rosjaninowi spadł jeden z butów i złamania nogi udało mu się uniknąć tylko dzięki lądowaniu w błocie. Od tego momentu Sołodownik przywiązywał swoje buty do spadochronu. Podczas kolejnej próby zawiódł z kolei system automatycznego dostarczania tlenu i skoczek ledwo zdążył wcisnąć przycisk alarmowy, zanim stracił przytomność.

"Kolejne minuty skoku upłynęły mu przy nieustającym okrzyku bólu"

Rosjanin bał się, że przewód dostarczający tlen zawiedzie też podczas właściwego skoku. Nie zawiódł. Pojawił się jednak inny problem. W trakcie pierwszej fazy spadania kombinezon Sołodownika pod wpływem wysokiego ciśnienia napełnił się powietrzem, uniemożliwiając skoczkowi dosięgnięcie węzła otwierającego spadochron. Mimo paniki pilotowi udało się w końcu pociągnąć za pętelkę. Uczucie rwania spowodowane gwałtownym otworzeniem spadochronu okazało się jednak niezwykle bolesne. "Kolejne minuty skoku upłynęły mu przy nieustającym okrzyku bólu" - napisała Masha Gassen.

A to nadal nie był koniec kłopotów Sołodownika. Kiedy był już wystarczająco blisko ziemi, by móc oddychać bez kasku, okazało się, że hełm się zaciął i nie można go ściągnąć. Tuż przed lądowaniem zdał sobie sprawę, że pozostało mu tylko kilka sekund zapasu tlenu. Rosjaninowi z powodzeniem udało się wylądować, omijając drzewa. Po zetknięciu z gruntem pilot natychmiast się poderwał i podbiegł do najbliższego drzewa, na pniu którego roztrzaskał swój szklany kask... Sołodownik w końcu był bezpieczny.

Wyczyn został w tamtym czasie krótko odnotowany w "Izwiestiji", gdyż skoczek otrzymał rozkazy, aby o przebiegu eksperymentu mówić jak najmniej. O szczegółach pozwolono mu opowiedzieć dopiero kilka lat przed swoją śmiercią w latach 70.

DOSTĘP PREMIUM