Poruszający manifest hinduskiej pisarki: "Zostałam zgwałcona. Cierpimy, bo też same milczymy"

"32 lata temu, kiedy miałam 17 lat, dokonano na mnie zbiorowego gwałtu, byłam bliska śmierci" - pisze dziś w "New York Timesie" 49-letnia hinduska pisarka. Trzy dekady temu w Indiach niewiele kobiet miało odwagę zgłosić policji, że padły ofiarą gwałtu. Sohaila Abdulali nie tylko to zgłosiła, ale i dokładnie opisała swoje traumatyczne doświadczenia w poruszającym eseju "Walczyłam o swoje życie... I wygrałam". Jej manifest po latach znów robi zawrotną karierę w sieci, czyniąc z niej żywy symbol walki o zaostrzenie przepisów ws. gwałtów w Indiach.

Swój pierwszy tekst na temat przeżyć sprzed 32 lat Sohaila Abdulali opublikowała w wieku 20 lat - a więc trzy lata po tym, jak padła ofiarą gwałtu. Uczyniła to w odpowiedzi na zafałszowane dane dotyczące gwałtów, które w tamtym czasie - a do niedawna niewiele się w tym zakresie zmieniło - promowały zarówno media jak i służby. "Ktoś opublikował teraz ten tekst w internecie. I zaczął rozprzestrzeniać się po sieci jak wirus" - pisze dziś Sohaila w "New York Timesie".

Zarówno jej dzisiejszy tekst, jak i ten sprzed 29 lat, wpisują się w ogólnonarodową dyskusję na temat gwałtu w jej rodzinnych Indiach. Od kiedy trzy tygodnie temu zmarła tam 23-letnia studentka - również ofiara gwałtu zbiorowego - hinduskie społeczeństwo nie przestaje zastanawiać się, czy można było zrobić coś, by 23-latkę ochronić. Ją - i wiele innych kobiet. Od momentu jej śmierci mediami codziennie wstrząsają historie kolejnych brutalnych gwałtów.

"Słyszałam, że lepiej stracić życie, niż dziewictwo"

Jej pisarki "Walczyłam o życie... I wygrałam" nie tylko został podpisany jej własnym imieniem i nazwiskiem, ale opatrzono go także jej zdjęciem. Niespotykany w tamtych czasach akt odwagi odważył się opublikować jeden z nielicznych wtedy tytułów upominających się o prawa kobiet.

"Dorastałam w Bombaju i obecnie studiuję w USA" - zaczyna swój esej Abdulali. "Swoją pracę licencjacką poświęciłam gwałtowi i kilka tygodni temu przyjechałam do domu, aby zebrać do niej materiał. Od tamtego dnia trzy lata temu [kiedy zostałam zgwałcona - red.] byłam bardzo świadoma wszystkich zakłamań otaczających temat gwałtu - tych, którzy go dokonują, i tych, którzy padają jego ofiarą. Miałam też świadomość pewnej stygmy, która ciąży nad osobą, która gwałt przeżyła. Tyle razy ludzie sugerowali, że może lepiej by się stało, gdybym straciła życie a nie to drogocenne dziewictwo...".

"To się stało pewnego ciepłego lipcowego wieczora. Był to rok, kiedy kobiece grupy zaczęły walczyć o usprawnienie prawa dotyczącego gwałtu. Wyszłam ze swoim przyjacielem Rashidem na spacerze. Siedzieliśmy na wzgórzu około półtora mili od mojego domu, gdy zaatakowało nas czterech mężczyzn uzbrojonych w sierp. Pobili nas i siłą zaprowadzili za górę, gdzie trzymali nas dwie godziny. Przez ten czas znęcali się nad nami psychicznie i fizycznie, a kiedy zapadł zmrok - rozdzielili nas. Zabrali mnie krzyczącą za wzgórze, gdzie następnie przez godziny po kolei mnie gwałcili, trzymając Rashida jako zakładnika. Jeżeli którekolwiek z nas by stawiało zbyt duży opór, drugie by za to zapłaciło. To była bardzo skuteczna taktyka" - wspominała 29 lat temu.

"I cały czas zachowywali się, jakby czynili mi przysługę"

Jak wspominała, ich oprawcy najpierw chcieli ich zabić, a wypuścili ich dopiero po dłuższej dyskusji. Kazali Sohaili i jej przyjacielowi przysiąc, że nigdy nikomu o niczym nie powiedzą. Nastolatka obiecała im to, ale i tak na odchodnym musiała wysłuchać wstrząsającego wykładu od jej oprawców, którzy zastanawiali się, "jaką to trzeba być dziwką, aby przebywać sam na sam z chłopcem". "To ich rozwścieczało najbardziej. Przez cały czas zachowywali się, jakby czynili mi przysługę" - dodała.

Wbrew swoim obietnicom 17-latka opowiedziała swojemu ojcu wszystko, co zaszło, jak tylko dotarła do domu, każąc rodzicom natychmiast dzwonić na policję. Policja jednak okazała się niezwykle niewrażliwa, czyniąc z niej winną gwałtu: "Kiedy mnie zapytali, co się stało, opowiedziałam im wprost. Policjanci byli zbulwersowani tym, że nie byłam nieśmiałą, rumieniącą się ofiarą. Kiedy mi powiedzieli, że sprawą zainteresują się media, odpowiedziałam, że nie mam nic przeciwko temu. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że to z Rashida i mnie uczynią winnych. Kiedy powiedzieli, że będę musiała udać się do centrum dla młodocianych przestępców - rzekomo dla mojego własnego dobra - byłam już zdecydowana żyć nawet z alfonsami i gwałcicielami, byle tylko zaprowadzić moich oprawców przed oblicze sprawiedliwości".

"Niepewność, słabość, lęk, gniew, bezsilność..."

Jak się jednak wkrótce przekonała, sprawiedliwość dla ofiar gwałtu w tym kraju jeszcze nie istniała. Po tym, jak policjanci zaczęli podważać każde jej słowo, zadawać pytania o to, co miała feralnego wieczoru na sobie, co robiła z Rashidem sam na sam i dlaczego jej przyjaciel nie reagował w trakcie ataku - wniosek wysnuty na podstawie tego, że nie miał widocznych obrażeń na ciele (cierpiał za to z powodu wewnętrznego krwotoku od wielokrotnych uderzeń w żołądek), Sohaila wpadła w histerię. Jej ojciec, oburzony zachowaniem policjantów w równym stopniu co ona, wyrzucił funkcjonariuszy z domu. Gwałt ostatecznie nie został zgłoszony.

"Od tamtej nocy trzy lata temu nie było dnia, w których wspomnienia tamtego zdarzenia by mnie nie prześladowały. Niepewność, słabość, lęk, gniew, bezsilność - z tymi uczuciami muszę zmagać się codziennie. Czasami kiedy idę ulicą i słyszę za sobą kroki, zaczynam się pocić i muszę zagryzać wargę, by powstrzymać się od krzyku" - przyznała.

Paradoksalnie jednak te przeżycia - jak wyznała - uczyniły ją silniejszą, bardziej wyczuloną na krzywdę, która dzieje się kobietom na całym świecie, i bardziej zdeterminować, aby walczyć z tymi odpowiedzialnymi za tę krzywdę.

"Gwałt to nie hańba na honorze męża, brata czy ojca..."

"Bycie symbolem walki z gwałtem nie jest specjalnie przyjemne. Nie jestem przecież ekspertem, ani nie reprezentuję wszystkich ofiar gwałtu. Wszystko, co mogę teraz zaoferować, to to, że w przeciwieństwie do 23-letniej kobiety, która zmarła w grudniu w New Delhi, moja historia nadal się dzieje i mogę o niej opowiedzieć" - pisze dziś w "New York Timesie", odnosząc się tym samym do narodowej dyskusji, która ma obecnie miejsce w Indiach na temat stosunku społeczeństwa do aktu gwałtu oraz jego ofiar i sprawców.

Jak podkreśla dalej, choć gwałt sam w sobie jest "straszny", to równie przerażająca jest mentalność ludzi w Indiach i ich stosunek do przestępstw na tle seksualnym - kobietom wydaje się bowiem, że okrucieństwo gwałtu polega na tym, że "stracą dziewictwo" albo że "ojciec i brat zostaną okryci hańbą".

Zdaniem Abdulali "prawo musi zapewnić kary dla gwałcicieli i ochronę ofiarom". "Ale tylko rodziny i przyjaciele mogą zapewnić empatię i wsparcie. Jak nastoletnia dziewczyna ma pomóc w ściganiu jej gwałciciela, jeśli nie wspiera jej rodzina? Jak żona ma rozpoznać napastnika, skoro jej mąż uważa, że 'gwałt jest dotkliwszy dla niego, a nie dla niej'?" - pyta.

"Kiedy miałam 17 lat, niemożliwe było, by tysiące ludzi wyszło na ulice, jak to się dzieje w ostatnich tygodniach... Jest jeszcze wiele do zrobienia. Musimy odłożyć wszystkie bzdury na temat hańby i utraty dziewictwa. Odpowiedzialność spoczywa zarówno na osobach, które krzywdzą kobiety, jak i na wszystkich tych, którzy pozwalają im uciec" - kwituje 49-letnia Sohaila Abdulali.

DOSTĘP PREMIUM