Dziennikarz ujawnia: Merkel mówi, że odejdzie za dwa lata. Merkel: Zostanę do 2017

W 2015 roku Jarosław Kaczyński może odetchnąć. Wraz z nim zaciskająca pasa południowa Europa. I oczywiście socjaldemokraci w Niemczech, których we wrześniu oczekuje trzecia z rządu porażka w batalii o fotel kanclerza Niemiec. Za dwa lata bowiem Angela Merkel ustąpi z funkcji szefa rządu. Dokładnie w połowie swojej trzeciej kadencji.

Tak przynajmniej twierdzi nie byle kto, tylko zastępca redaktora naczelnego "Bilda" Nikolas Blome. Sama zainteresowana dementuje. - Jeśli wygram, będę rządzić do końca kadencji, czyli 2017 roku.

Jednak dziennikarz "Bilda" powołuje się na nieoficjalne słowa Merkel, która ponoć w zaufanym kręgu wielokrotnie powtarzała, że kanclerz Niemiec nie powinien rządzić dłużej niż 10 lat. Z jej najbliższego otoczenia pochodzą też informacje o tym, iż chciałaby przejść do annałów jako pierwszy kanclerz, który nie stracił urzędu w wyniku przegranych wyborów. Brzmi wiarygodnie i pasuje do Merkel. Ponadto największa bulwarówka w Niemczech uchodzi za gazetę dworską pani kanclerz. Nikt zresztą nie ryzykowałby wróżenia z fusów na temat takiej rangi. Zresztą, politycy i komentatorzy w Niemczech zdążyli się do tej sensacyjnej informacji ustosunkować.

Ale najpierw... wybory

Oczywiście najpierw Merkel musi wygrać wrześniowe wybory. Ale te ma już prawie w kieszeni. Według najnowszych sondażu 41 procent Niemców oddałoby dziś na nią swój głos, a tylko 26 procent na pretendenta z konkurencyjnej SPD. Nie wynika to bynajmniej z nadzwyczajnej politycznej mądrości kanclerz Niemiec. Merkel opanowała dwie techniki sprawowania władzy, które przynoszą jej sukces. Po pierwsze, w jeszcze większym stopniu niż kiedyś Lech Wałęsa jest za, a nawet przeciw.

Jakie poglądy ma Merkel?

Kwestia małżeństw dla par homoseksualnych? Oficjalnie "nie", ale kanclerz znajdzie czas, by na Twitterze pokokietować środowiska gejów i lesbijek. Perfekcyjnie rozwadnia polityczne treści, żonglując podwójnymi, a nawet potrójnymi strategiami. Twarde zasady i wartości chadeckie? Dobre w epoce Adenauera i Kohla. Merkel natomiast zamieniła CDU w turecki bazar, który wyborcy oferuje niemal każdy towar, jaki ten chce. Towary, które nie idą, wypadają, towary, na które jest popyt, są w sprzedaży.

Dzięki temu jednak może pozyskać każdego wyborcę. I seryjnie wygrywać wybory. W koalicję wchodzi z każdym. Pierwszą (z konieczności) zawarła z socjaldemokratami, drugą (z miłości) z liberałami, w 2013 roku jest gotowa do aliansu z Zielonymi. Pretendent do fotela kanclerskiego Peer Steinbrück ma rację, jeśli mówi, że wyciągnięty palec Merkel nie wskazuje kierunku w którym podąża, tylko mierzy, skąd wieje wiatr. A profesorowie kiwają tylko głowami: tak, tak, treścią i programem jej rządów jest władza.

Druga strategia zapewniająca Merkel sukces polega na spokojnym wyczekiwaniu na błąd rywala. W tym czasie ona sama nie robi nic. Najlepszy przykład to tocząca się obecnie kampania wyborcza. Pani Kanclerz schowana jest za podwójną gardą, podczas gdy Steinbrück, chcący się wykazać wielką aktywnością, szamocze się jak "samiec alfa". Jest wszędzie obecny, wypowiada się na każdy temat, dzięki czemu w pośpiechu zdążył popełnić szereg gaf. Nawet sama SPD zwątpiła w międzyczasie w to, czy wystawiła właściwego ogiera do wyścigu.

A rywal?

Peer Steinbrück oczywiście rzucił się na sensacyjną informację o możliwości odejścia Merkel jak wygłodniały pies na mięso i zażądał kategorycznie od kanclerz, by jednoznacznie wypowiedziała się, czy walczy o dwa czy cztery lata rządów. Ta jednak - ustami rzecznika swojego rządu - rzecz jasna zaprzeczyła. Wolno wnioskować, że ustąpienie Merkel nastąpi jednak pod dwoma warunkami. Po pierwsze, po uregulowaniu w CDU bezkolizyjnej sukcesji, czyli desygnowaniu na następcę najlepiej swojego politycznego klona. W najgorszym razie kogoś, kto myśli tak jak ona. W grę wchodzą praktycznie dwie osoby: filigranowa Ursula von der Lyen, obecna minister ds. rodziny, i minister obrony Thomas de Maiziere. Po drugie Merkel musi uznać swoją europejską misję za spełnioną. A to nie nastąpi, gdy wyprowadzi ona UE z kryzysu euro, ale dopiero wtedy, gdy osadzi ją w stabilnych strukturach, a najlepiej przekształci ją w unię polityczną. Przyszłość takiej UE nie będzie zależeć wtedy od politycznych awanturników typu Berlusconiego.

Czy Merkel w wieku, w którym jest obecny pretendent do fotela kanclerza Steinbrück osiądzie na politycznej emeryturze i przeniesie się na daczę w Templinie w przygranicznym z Polską Uckermark? Bardzo wątpliwe. Merkel to nie papież Ratzinger niemal z 90-tką na karku i pomysłami na napisanie w klasztorze kilku książek. Bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, że będzie się ubiegać o stanowisko sekretarza generalnego ONZ. Nominacja ta, która rotacyjnie powinna przypaść teraz Europejczykowi, zależy w praktyce od stałych członków Rady Bezpieczeństwa: Wielkiej Brytanii, Chin, Francji, Rosji i USA. Akurat z tymi dwoma, nie będącymi naturalnymi sojusznikami Zachodu, Chinami i Rosją, Merkel ma bardzo dobre stosunki.

Arkadiusz Stempin, politolog i historyk, prof. w WSE Ks. Tischnera w Krakowie i na Uniwersytecie we Freiburgu (Niemcy)

DOSTĘP PREMIUM