Trwa szał na postarzanie zdjęć. Ale czy korzystanie z FaceApp jest bezpieczne?

Zabawa w FaceApp Challenge sprawiła, że popularna aplikacja, która przerabia zdjęcia tak, aby widniejące na nich osoby wyglądały na dużo starsze, po latach znów jest hitem. Jednak czy przy okazji korzystania z niej nie oddajemy zbyt wielu danych na swój temat?
Zobacz wideo

Od kilku dni internet zalewany jest zdjęciami znajomych i celebrytów, którzy postanowili się sztucznie postarzyć. Jest to możliwe dzięki aplikacji FaceApp, która bardzo skutecznie obrabia zdjęcia tak, żeby uwiecznione na nich osoby wyglądały o kilkadziesiąt lat starzej niż w rzeczywistości.

Aplikacja istnieje od 2017 roku, wtedy ściągnęło ją blisko 80 milionów użytkowników. Teraz przeżywa drugą młodość za sprawą FaceApp Challenge, czyli rozkręconej przez celebrytów zabawie w mediach społecznościowych. 

Coraz głośniejsze staje się jednak pytanie - czy to bezpieczne? Niepokój części komentatorów wzbudził fakt, że aplikację stworzyli deweloperzy z Rosji. Pojawiły się też - ostatecznie rozwiane - pogłoski, że aplikacja pobiera z telefonu wszystkie zdjęcia, a nie tylko te, które wskazaliśmy. 

Jeden z amerykańskich deweloperów zwrócił też uwagę na Twitterze, że fotki nie są modyfikowane w pamięci smartfona, ale trafiają na zewnętrzny serwer.

Pytanie o kwestie bezpieczeństwa wydaje się zasadne - przykład afery z Cambridge Analytica pokazał, jak beztrosko udostępniane przez nas w internecie informacje na nasz temat mogą zostać wykorzystane w celach politycznych. 

- Po nagłośnianiu afery z Cambridge Analytica okazało się, jak dużo third party apps, czyli aplikacje współpracujące z portalami społecznościowymi, mogą zrobić z naszymi danymi. Akurat tam chodziło o “żniwa danych”, dzięki którym dało się zrobić niezwykle dokładnie targetowane reklamy na Facebooku w czasie kampanii prezydenckiej w USA. Dzięki zebranym informacjom stworzono model segmentowania i targetowania amerykańskich wyborców. Powstały tysiące szytych na miarę wersji reklam - przypomina Sylwia Czubkowska z “Gazety Wyborczej”. 

Jak tłumaczy, gdy instalujemy aplikację, wyrażamy zgodę, żeby miała ona dostęp do naszych danych. Często chodzi o zdjęcia, kontakty w mediach społecznościowych, numery telefonów i adresy mailowe. 

- Funkcjonuje psychologiczny model, który sprawia, że ograniczamy ilość przetwarzanych danych. W tym wypadku nie wyświadcza nam przysługi. Klikamy “zgadzam się” bez zastanowienia - zauważa.

Jak podkreśla dziennikarka, fakt, że aplikacja ma powiązania z Rosją, nie jest jeszcze powodem do paniki, a ostrożność należy zachować w przypadku każdej aplikacji, którą chcemy zainstalować. Bo dane nie muszą być od razu wykorzystane w celach politycznych, ale komercyjnych, co też nie musi nam się wcale podobać. 

Sylwia Czubkowska radzi, żeby sprawdzać np., gdzie jest zarejestrowany właściciel aplikacji i kto jest odpowiedzialny za pobieranie danych. Warto też się przyjrzeć, na jakiej zasadzie funkcjonuje abonament i czy nie jest pobierany automatycznie po upłynięciu darmowego okresu. 

- Fajna zabawa, ale ja bym uważała. Jeżeli chodzi o aplikacje, wprowadziłam sobie politykę dużej uważności. Pomaga też mała pamięć w telefonie. Trzeba się wtedy zastanowić, czy dana aplikacja jest nam faktycznie potrzebna, czy zapomnimy o niej za chwilę, ale przy okazji oddamy masę danych na swój temat - podsumowuje.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM