Stawiszyński. Poczucie tragizmu

Przerażająca jest potęga żywiołu, który trawi Australię. Zdjęcia i filmy udostępniane na wszystkich możliwych platformach społecznościowych sprawiają wrażenie wyjętych wprost ze środka jakiejś apokaliptycznej dystopii. Ludzie stłoczeni na plażach, w tle kłęby dymu i ogień. Jedni w popłochu uciekający ze swoich domów, inni podejmujący dramatyczne decyzje o pozostaniu tam, gdzie znajduje się dobytek całego życia. Strażacy próbujący ugasić płomienie za cenę zdrowia, za cenę życia. Ponure statystyki śmierci ludzi i zwierząt.
Zobacz wideo

W pożarach mogło zginąć blisko pół miliarda zwierząt. 

Oczywiście, to żadna nowość. Podobne obrazy oglądamy co i rusz. Tornada, tsunami, powodzie, pożary, ale także bezbrzeżny ocean destrukcji generowanej przez człowieka – wobec przyrody, zwierząt, innych ludzi. Tutaj niespotykana jest tylko skala. Hektary lądu, wielki kontynent dosłownie pożerany na naszych oczach

Owszem, współczesna cywilizacja osiągnęła stopień rozwoju technologicznego, o którym wcześniejszym pokoleniom się nie śniło. Potrafimy penetrować głębiny oceanu i wychylać się – nie tylko wzrokiem – w puste i zimne otchłanie kosmosu, w których, jak się zdaje, nie mieszka nic przyjaznego. Potrafimy przemieszczać się z gigantyczną prędkością. W czasie rzeczywistym przesyłać informacje. Mamy komputery, samoloty, statki kosmiczne. Mamy potężną naukę i medycynę. Mamy wreszcie, przynajmniej na pewnych obszarach, wszystkie te niesłychane zdobycze cywilizacyjne: demokrację, prawa, równość.

A zarazem jesteśmy całkowicie bezradni. Takie sytuacje jak pożary w Australii uwidoczniają to bardzo mocno. Bezradni i wydani na pastwę nie tylko żywiołów działających w przyrodzie, ale także sił działających wewnątrz naszych własnych umysłów.

***

W słynnej i klasycznej już dzisiaj książce „Bunt mas”, zbiorze esejów opublikowanym po raz pierwszy w 1930 roku, hiszpański myśliciel Jose Ortega y Gasset naszkicował portret tak zwanego „człowieka masowego”. Chodziło mu przy tym o pewną konstytucję mentalną czy może raczej duchową, nie zaś o położenie w drabinie społecznej. I tak, dostrzegając intensywne zmiany cywilizacyjno-kulturowe, które zaowocowały powszechnym dostępem do edukacji, rozwojem nauki i techniki, a także wprowadzeniem nowoczesnych rozwiązań społecznych, stawiał Ortega y Gasset tezę, że wraz z tymi wszystkimi niewątpliwymi awansami utracono coś bardzo istotnego. A mianowicie – poczucie tragizmu. Świadomość konfliktu i straty wpisanych głęboko w ludzką kondycję, nieprzekraczalnych, niemożliwych do zniesienia. Takich, których – jak mawiał z kolei C.G. Jung – nie da się zasadniczo ani rozwiązać, ani wyleczyć, ale ponad które można jedynie wyrosnąć. To znaczy uznać i przyjąć ich istnienie.

Uznać i przyjąć istnienie konfliktu pomiędzy pragnieniem życia a nieuchronnością przemijania. Pomiędzy bezwzględnością przypadku a poczuciem sprawiedliwości, potrzebą ładu, celu i sensu. Wreszcie – pomiędzy chęcią realizowania wielu możliwości naraz a redukcyjnym charakterem każdego wyboru, w którym zazwyczaj tracimy więcej, niż zyskujemy.

Współczesny człowiek – przekonywał Ortega y Gasset – przestał zdawać sobie sprawę z tych wszystkich okoliczności. A co za tym idzie, uznał, że świat, w którym żyje – włączając w to dobrodziejstwa takiej, a nie innej organizacji społecznej, rozwoju nauki i technologii czy kultury – jest czymś danym raz na zawsze, naturalnym i oczywistym. Ludzie „korzystając z owych dobrodziejstw, nie uważają ich już za organizację, lecz za element przyrody”, a „zdobyczy cywilizacji nie odbierają jako cudownych, genialnych konstrukcji, których istnienie należy pieczołowicie podtrzymywać; wierzą więc tylko, że ich rola sprowadza się do wymagania istnienia tych ostatnich, jak gdyby chodziło o przyrodzone prawa” (J. Ortega y Gasset „Bunt mas”, przeł. Piotr Niklewicz, Muza, Warszawa 1997, s. 57).

***

W tym sensie człowiek masowy, człowiek współczesny, traci również świadomość historii, czyli tego, że jego kulturowa i społeczna pozycja jest względna. Zdaje mu się, że nic przed nim nie było, i że świat zawsze istniał dokładnie w takiej postaci. Historia to jedynie mniej lub bardziej interesujące opowieści, które odnajduje w książkach, a dzisiaj także na rozmaitych platformach serialowo-filmowych. Nie rozumie, innymi słowy, że aktualna forma rzeczywistości jest dziełem tysięcy pokoleń mozolnie ją wypracowujących. Pokoleń, które płaciły niekiedy najwyższą cenę za to, żebyśmy dzisiaj mogli dysponować takim czy innym dobrem, takim czy innym prawem, albo takim czy innym przywilejem. Bierze to wszystko, co zastaje, za dobrą monetę. Żyje niejako w bezczasie, w radosnym poczuciu, że nie tylko mu się te rozmaite dobra i przywileje należą, ale że trwać powinny po wsze czasy.

***

Na początku lat 90. po „Bunt mas” sięgnął inny myśliciel, tym razem pochodzący ze Stanów Zjednoczonych, Christopher Lasch. Autor słynnej „Kultury narcyzmu” – opublikowanej w 1976 roku, ale nietracącej bodaj nic ze swojej aktualności – postawił tezę, że diagnoza Ortegi y Gasseta jest u schyłku XX wieku wciąż prawdziwa, tyle że wymaga drobnej korekty.

Współcześnie – przekonywał Lasch – to nie tyle „masy” spełniają opis pomieszczony w kultowym dziele hiszpańskiego filozofa, ile raczej liberalne elity, a właściwie szerzej: przedstawiciele zachodniej dobrze sytuowanej klasy średniej. Ci, którzy mniej więcej w tym czasie zaczytują się „Końcem historii” Francisa Fukuyamy. Prometejską opowieścią głoszącą, że oto aktualny kształt zachodniej demokracji jest finalnym stadium w długim dziejowym pochodzie ludzkości. Że już nic lepszego nas nie czeka, bo nic lepszego wymyślić nie sposób, a ta najlepsza forma ustrojowa już wkrótce stanie się dominująca na całym świecie.

Otóż właśnie – proroczo zapowiadał Lasch w książce całkiem nieprzypadkowo zatytułowanej „Bunt elit” – nic podobnego. Tego rodzaju podejście jest wyrazem dokładnie tych przypadłości, o których siedemdziesiąt lat wcześniej pisał Ortega y Gasset. Brania za dobrą monetę organizacji społecznej, którą z troską należy nieustannie ulepszać, a przede wszystkim nieustająco utrzymywać w kruchym, wrażliwym istnieniu. Bo to tylko podmiotom specyficznie oślepionym na tragizm historii może się ta kruchość jawić jako konstrukcja zgoła nieśmiertelna.

***

Od czasu „Buntu elit” – a tym bardziej „Kultury narcyzmu” – wiele się zmieniło. Wiele procesów tylko tam zaznaczanych czy przeczuwanych uległo niewątpliwej intensyfikacji. Przede wszystkim, nastąpił gigantyczny technologiczny skok w postaci rozwoju internetu. Zaowocowało to całkiem nowymi formami komunikacji, ale i głęboką zmianą warunków kształtowania się ludzkiej podmiotowości. Od kultury pisma przeszliśmy już prawie całkiem do kultury obrazu, a możliwość kontaktu realizowanego nie za pośrednictwem ciał, tylko wirtualnych awatarów, z pewnością przyczyniła się do jeszcze bardziej odrealnionego widzenia siebie i innych.

Do tego – przewidywany skądinąd przez Lascha – kryzys ekonomiczny pozbawił nas prometejskiej wiary w lepsze jutro, a pogłębiający się konflikt cywilizacyjno-kulturowy pokazał, że marzenia o jednej, wielkiej, różnorodnej ludzkiej rodzinie to najprawdopodobniej zwykłe mrzonki. Także współczesna kultura terapeutyczno-duchowa, w myśl której każdy niemal dyskomfort można pomyślnie zniwelować z pomocą odpowiedniej ilości sesji, warsztatów albo posiedzeń medytacyjnych, wprawia nas w ten specyficzny stan utraty łączności z realnymi jakościami życia. Jednocześnie środowiska konserwatywno-prawicowe – a przynajmniej pewna ich część – odgradzają się od tych jakości, wznosząc przeciw nim fundamentalistyczne zasieki. Lewicowe zaś – a przynajmniej pewna ich część – pielęgnują dyskurs ofiarniczy i pogrążają się w autodestrukcyjnym szale wzajemnych oskarżeń o tak zwane mikroagresje, ów niewywrotny fantazmat, którego nie powstydziliby się najbardziej nawet wytrawni twórcy teorii spiskowych.

***

Katastrofa na tak wielką skalę, jak płonąca Australia, brutalnie konfrontuje z kruchością i tymczasowością nie tylko zdobyczy cywilizacyjnych, ale świata w ogóle. Świata, który – przynajmniej dopóty, dopóki nie opracowaliśmy jeszcze technologii umożliwiającej odbywanie dalekich międzygwiezdnych podróży – stanowi dla nas przestrzeń bezalternatywną.

Ale nie trzeba katastrofy klimatycznej, żeby w obliczu rozszalałego żywiołu poczuć znikomość i tymczasowość własnego losu. Znikomość i tymczasowość tej nietrwałej, delikatnej konstrukcji, którą – pod postacią cywilizacji i kultury – wznosimy w rzeczywistości zasadniczo nieprzyjaznej i obcej, pełnej przemocy, chaosu, agresji i destrukcji. Dlaczego to takie istotne? Dlaczego Ortega y Gasset i Lasch tak rozpaczali nad utratą świadomości historii, nad utratą poczucia tragizmu?

Może dlatego, że tylko one są w stanie uchronić nas przed definitywną zagładą? Nie zdając sobie sprawy z ulotności organizacji świata – wypracowanej, nie zaś powstałej z niczego – poczynamy sobie w nim nazbyt śmiało. Nie wiemy zatem nawet kiedy wystawiamy go – i siebie – na radykalne niebezpieczeństwo.

Niczym oczywistość traktujemy sprawy zgoła nieoczywiste. Pogrążamy się w plemiennych wojnach, tak jakby okoliczność czy ktoś wierzy w to albo tamto, żyje tak albo inaczej, ma takie, a nie inne przekonania, taki, a nie inny kolor skóry, miała w ogóle jakiekolwiek znaczenie na głębokim poziomie. Tworzymy ideologie, które za cenę chwilowego, złudnego poczucia pewności, wyższości, słuszności, szlachetności i dobroci, antagonizują nas, dzielą na takie czy inne grupy i tożsamości, wiodą wprost do przemocy i eksploatacji.

A w tym wszystkim kompletnie ginie podstawowe pasmo łączności, które gdzieś przecież w nas jest.

DOSTĘP PREMIUM