Iran ostrzelał amerykańską bazę lotniczą w Iraku. Odpowiedzialność za atak wzięli Strażnicy Rewolucji

Amerykańska baza lotnicza Al Asad wykorzystywana przez wojska USA w ramach Międzynarodowej Koalicji walczącej z Państwem Islamskim została ostrzelana w nocy z wtorku na środę. Irackie służby bezpieczeństwa podały, że na bazę spadło co najmniej 9 rakiet.
Zobacz wideo

Port lotniczy Al Asad (Aisn Al Asad) jest usytuowany w pobliżu miasta Hit w środkowym Iraku, w muhafazie Al-Anbar. Tamtejsze lotnisko wojskowe i przylegająca baza są wykorzystywane operacyjnie przez wojsko lotnicze USA obecne w Iraku.

Za atak odpowiedzialność wziął Korpus Strażników Rewolucji Iranu. Irańska telewizja państwowa podała informację o "dziesiątkach pocisków" wystrzelonych w bazę lotniczą Al Asad. Z kolei telewizja Al Mayadeen nadająca z Bejrutu podała, że na bazę spadło 6 pocisków.

Irackie wojsko poinformowało zaś w środę, że na bazę Ain Al-Asad oraz na bazę w Irbilu spadły 22 pociski. Naloty nie spowodowały ofiar w irackich siłach zbrojnych - podkreślono. 17 rakiet spadło na bazę wojskową Ain Al-Asad w prowincji Al-Anbar, z czego dwie nie wybuchły. Pozostałych pięć pocisków uderzyło w kwaterę główną międzynarodowej koalicji do walki z Państwem Islamskim w Irbilu, w irackim Kurdystanie.

Źródła irańskie podają, że wystrzelono pociski typu ziemia-ziemia. Rakiet było dziewięć - podała telewizja Sky News Arabia, powołując się na źródła w irackich strukturach bezpieczeństwa. Informację o dziewięciu pociskach przekazały też irackie służby bezpieczeństwa. Amerykanie mówią o ponad tuzinie pocisków, ale wskazują też, że zaatakowano również lotnisko wojskowe w Irbilu w irackim Kurdystanie.

Nadająca z Bejrutu panarabska telewizja Mayadeen poinformowała zaś, że ostrzał przeprowadzono w dwóch rzutach.

Oficjalne źródła amerykańskie podkreślają, że - jak dotąd - nie ma żadnych informacji o ofiarach śmiertelnych czy zniszczeniach materialnych.

W bazie Al Asad stacjonuje około setki personelu wojskowego z Polski. MON zapewnia, że polskim żołnierzom nic się nie stało. 

Strażnicy Rewolucji żądają wycofania amerykańskich żołnierzy

Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej zażądał od Waszyngtonu, by natychmiast wycofał wojska z regionu, "jeśli nie chce więcej zabitych żołnierzy". W oświadczeniu podkreślono, że Izrael jest uważany za współuczestnika zabójstwa gen. Kasema Sulejmaniego.

"Nie traktujemy Izraela w oderwaniu od Stanów Zjednoczonych, gdy chodzi o to przestępstwo" - wskazano w oświadczeniu dotyczącym operacji "Męczennik Sulejmani". Jak podkreślono, w ramach tej operacji "została doszczętnie zniszczona amerykańska baza".

Treść deklaracji przekazała w środę nad ranem irańska agencja ISNA i stacje telewizyjne.

Korpus Strażników Rewolucji przestrzegł także w swym komunikacie sojuszników Stanów Zjednoczonych na Bliskim wschodzie, że "jeśli dojdzie do jakichkolwiek ataków na Iran przy udziale tych krajów, zostaną one z całą bezwzględnością przez Iran zaatakowane".

"Teraz, gdy (Amerykanie) zrozumieli naszą siłę, nadszedł czas, aby Stany Zjednoczone wycofały swoje wojska z Bliskiego Wschodu" - oświadczył szef sztabu generalnego irańskich sił zbrojnych generał Mohammad Bakeri, cytowany przez telewizję państwową. Irańska armia ponowiła w środę żądanie wycofania wojsk amerykańskich z Bliskiego Wschodu - podała irańska telewizja państwowa.

Irański minister spraw zagranicznych Mohammad Dżawad Zarif oświadczył w środę, że Iran nie dązy ani do eskalacji sytuacji, ani do wojny. Zastrzegł jednocześnie, że Iran będzie się bronił przed każdą agresją.

"Zgodnie z art. 51 Karty Narodów Zjednoczonych Iran podjął i zastosował proporcjonalne środki w samoobronie, atakując bazę, z której został przeprowadzony tchórzliwy atak na naszych obywateli i wyższych rangą przedstawicieli władz. Nie dążymy do eskalacji (sytuacji) ani wojny, ale będziemy bronić się przed jakąkolwiek agresją" - napisał na Twitterze Zarif.

Rzecznik irańskiego rządu Ali Rabiei oświadczył, że Iran nie dąży do wojny, ale udzieli miażdżącej odpowiedzi na każdą agresję. "Dziękujemy Gwardii Rewolucyjnej za udaną operację (...) Nigdy nie chcieliśmy wojny, ale każda agresja spotka się z miażdżącą odpowiedzią" - zakomunikował rzecznik na Twitterze.

Gwardia Rewolucyjna oświadczyła natomiast, że wszelkie ąrodki odwetowe podjęte przez Stany Zjednoczone po irańskim ataku rakietowym na amerykańskie cele w Iraku spotkają się z ponowną reakcją - podała irańska telewizja.

Irańska telewizja państwowa podała, ze atak na amerykańskie cele w Iraku został przeprowadzony w odwecie za zabicie przez siły USA w nocy z czwartku na piątek w Bagdadzie generała Kasema Sulejmaniego, dowódcy elitarnej irańskiej jednostki wojskowej Al-Kuds.

Donald Trump nadzoruje sytuację

Rzeczniczka Białego Domu Stephanie Grisham przekazała, że prezydent USA Donald Trump został poinformowanych o doniesieniach ws. ataków na amerykańskie obiekty w Iraku i "ściśle nadzoruje sytuację". Jak przekazała, Trump konsultuje sytuację z ze swoim zespołem ds. bezpieczeństwa narodowego

Prezydent USA zapewnił na Twitterze, że obecnie trwa szacowanie strat, ale wszystko jest w porządku. 

Irańska telewizja państwowa podała z kolei, że wpis prezydenta Trumpa ma na celu umniejszenie strat wyrządzonych w nalotach. W niektórych doniesieniach z Iranu mówi się o zniszczeniu samolotów bojowych i śmigłowców. Źródła w Waszyngtonie nie potwierdziły jednak doniesień odnoszących się do ewentualnych ofiar śmiertelnych i strat materialnych. Stacja podała, że w środowym ataku zostało zabitych 80 osób - jak to ujęto - "amerykańskich terrorystów". Dodano, że Iran odpalił 15 pocisków rakietowych i żaden z nich nie został zestrzelony. Stacja przekazała również, powołując się na dobrze poinformowane źródło, że Iran ma w zasięgu 100 innych celów do zaatakowania, jeśli USA podejmą środki odwetowe.

Pentagon: Podejmiemy wszelkie niezbędne działania

Pentagon potwierdził w oświadczeniu atak rakietowy ze strony Iranu na co najmniej dwie amerykańskie bazy wojskowe w Iraku - Al Asad w muhafazie Al-Anbar oraz lotnisko wojskowe w Irbilu w irackim Kurdystanie. Trwa szacowanie strat - dodano w dokumencie.

W ataku - jak przekazał rzecznik Pentagonu Jonathan Hoffman - wystrzelono co najmniej kilkanaście rakiet. Baza lotnicza w Al Asad miała zostać ostrzelana dwukrotnie.

"Podejmiemy wszelkie niezbędne działania w celu ochrony i obrony personelu Stanów Zjednoczonych, naszych partnerów, a także naszych sojuszników w regionie" - czytamy z kolei w oświadczeniu Pentagonu.

"Podejmiemy wszystkie konieczne środki, by bronić amerykański personel, partnerów i sojuszników w regionie" - podkreślono w dokumencie Pentagonu.

Również NATO ściśle monitoruje rozwój wydarzeń, a sekretarz generalny Jens Stoltenberg jest w kontakcie z władzami USA - przekazało w nocy z wtorku na środę PAP źródło z kwatery głównej Sojuszu Północnoatlantyckiego w Brukseli.

Po tym jak Biały Dom potwierdził, że Iran wystrzelił kilkanaście pocisków skierowanych na co najmniej dwie amerykańskie bazy wojskowe w Iraku, ceny ropy gwałtownie wzrosły - podało CNN. Cena za baryłkę ropy wzrosła o ponad 4 proc., do 65,48 dolarów USA.

O tym, że amerykańska baza lotnicza Al Asad, wykorzystywana przez wojska Międzynarodowej Koalicji walczącej z Państwem Islamskim w Iraku, została ostrzelana - poinformowała tuż po północy telewizja Al Mayadeen nadająca z Bejrutu.

Aplikacja TOK FM. Słuchaj i testuj przez dwa tygodnie.

DOSTĘP PREMIUM