Tak się pracuje w japońskiej korporacji. "Trochę jak rodzina, czasami jak zakład karny"

- Był taki moment, że czułem się, jak przybysz z innej planety - wspominając życie w Japonii, Piotr Milewski, mówił w TOK FM o tym, że firma trochę przypomina tam rodzinę, a trochę... zakład karny. W jego japońskiej firmie nie wychodził o 17.30, mimo że o tej godzinie oficjalnie kończyła się praca.
Zobacz wideo

Pisarz, podróżnik i fotograf Piotr Milewski rozmawiał w TOK FM z Przemysławem Iwańczykiem o swojej najnowszej książce "Planeta K." opowiadającej o pięciu latach spędzonych przez niego w japońskiej korporacji. Pracował dla firmy, która chciała wejść na europejski rynek, ale wskutek kryzysu się to nie udało. Jak mówił, zatrudnianie obcokrajowców w japońskich korporacjach zdarza się coraz częściej, ponieważ tamtejsze firmy działają w skali międzynarodowej.

- Byłem jedyną osobą z zagranicy w firmie, która liczyła 600 pracowników. Był taki moment, że czułem się, jak przybysz z innej planety - mówił autor książki "Planeta K." Podkreślał, że to jak ktoś się odnajdzie w tradycyjnym japońskim przedsiębiorstwie, zależy od osobowości, tego, czy ktoś jest w stanie się dostosować i zaakceptować reguły, które obowiązują w tradycyjnym japońskim przedsiębiorstwie. Jak dodał, ważny jest też charakter firmy. - Firmy międzynarodowe, które działają na rynkach zagranicznych, mają do czynienia z osobami z innych krajów, są bardziej elastyczne i otwarte na inność. Firmy mniejsze, które postępują według tzw. japońskich zasad, mają z tym większy problem - zaznaczył gość Przemysława Iwańczyka.



Piotr Milewski mówił, że firma, w której on pracował, produkowała maszyny i plasowała się w czołówce światowej. Do zatrudnienia Polaka przekonało właścicieli to, że mówił on po japońsku oraz że jego żona jest Japonką.

Rozmowa kwalifikacyjna? Herbata i historia Europy

Pisarz opowiadał, że pierwszym momentem, kiedy japońskie zwyczaje odbiegają od naszych, był sposób zatrudnienia go. Podczas pierwszej rozmowy w centrali, 300 km od Tokio, gdzie miał na początku pracować, prezes nie zapytał go ani o doświadczenie czy umiejętności, tylko opowiadał o historii Europy, której był wielkim fanem.

- Prezes ani razu nie zapytał, czym się zajmowałem. Oczywiście znał moje CV, więc wiedział mniej więcej, co robiłem wcześniej. Natomiast rozmowa krążyła wokół historii - opowiadał Milewski, dodając, że na zakończenie prezes pytał o jego wrażenia na temat Japonii, czy mu się tu podoba, czy jedzenie mu odpowiada. - W pewnym momencie zapytał mnie, czy chciałbym dolewkę herbaty, co oznaczało, że spotkanie dobiega końca - relacjonował autor książki o pracy w Japonii. Milewski wytłumaczył, że w Japonii często nie używa się bezpośrednich komunikatów, a pytanie o herbatę zazwyczaj oznacza chęć zakończenia spotkania.

Firma jest jak rodzina

Podczas drugiego spotkania Milewski dostał już strój roboczy, prezes pogratulował mu i powitał w rodzinie, za którą uważał firmę. - Ten moment był dla mnie bardzo znaczący, bo to nie była tylko praca w korporacji od pewnej godziny do pewnej godziny za jakieś wynagrodzenie, tylko stałem się członkiem społeczności, którą oni nazywali rodziną - podkreślił gość TOK FM. Dodał, że z jednej strony czuł się zaopiekowany, miał duże poczucie bezpieczeństwa, a z drugiej strony oznaczało to, że musiał się w pełni dostosować choćby do panującej tam hierarchii.

- Te pierwsze tygodnie to było poznawanie hierarchii, kto jest wyżej, kto jest niżej, bo od tego zależy, w jaki sposób ta osoba nas traktuje i w jaki sposób my do niej się powinniśmy zwracać - mówił Milewski.

Jak tłumaczył rozmówca Przemysława Iwańczyka, w języku japońskim różne formy gramatyczne stosujemy w zależności od tego, czy ktoś jest wyżej, na równi czy niżej od nas w hierarchii. - To jest bardzo ważne, bo mówienie do kogoś wyżej w hierarchii za pomocą niższego języka jest niegrzeczne, tak samo jak używanie tego grzecznościowego języka do kogoś, kto jest niżej w hierarchii, może być potraktowane jako ironia czy krytyka.

Zwykły dzień w japońskiej korporacji: gimnastyka, obiad i nadgodziny

Autor "Planety K." opowiadał, że zawsze rano była wspólna gimnastyka i wspólny apel robotników, pracowników biurowych i działu sprzedaży. - O 8.25 trzeba było być przy swoim biurku, a o 8.30 zaczynać pracę. Praca kończyła się o 17.30, ale o 17.30 nikt nie wychodził. Nawet jeśli ktoś musiał wyjść ze względów rodzinnych, to odczekiwał co najmniej 5 minut - relacjonował gość TOK FM.

Piotr Milewski opowiadał, że zostawał co najmniej godzinę dłużej, a jeśli zdarzało mu się wychodzić wcześniej, słyszał od wiceprezesa pracującego obok "O, już skończyłeś", co miało być pośrednią krytyką.

O 12.30 była godzinna przerwa obiadowa sygnalizowana przez syrenę, kiedy wszyscy wstawali od biurek. Milewski mówił, że kiedy pierwszego dnia usłyszał syrenę, zszedł na posiłek i zobaczył kilkudziesięciu kolegów ubranych w jednakowe uniformy, skojarzyło mu się to z zakładem karnym.

Całej rozmowy posłuchasz tutaj:

DOSTĘP PREMIUM