Stawiszyński o koronawirusie: Uwodzicielski urok apokalipsy

Wybitny współczesny filozof Giorgio Agamben postawił przed kilkoma dniami tezę, że stan wyjątkowy jest dzisiaj jednym z regularnych sposobów uprawiania polityki. Takim samym narzędziem sprawowania władzy, jak wszystkie inne.
Zobacz wideo

W tekście opublikowanym na łamach Il Manifesto  – który ukazał się po polsku w tłumaczeniu Łukasza Molla na profilu facebookowym Praktyki Teoretycznej – włoski myśliciel twierdzi ponadto, że współczesność charakteryzuje zarazem swoista społeczna potrzeba wprawiania się w to poczucie wzmożenia. Z epidemii koronawirusa ochoczo korzysta więc z jednej strony władza polityczna oraz wprzęgnięte w strukturę jej działania media – intensyfikując panikę i wywołując poczucie radykalnego zagrożenia, żeby następnie redukować je poprzez wprowadzanie restrykcyjnych rozwiązań zaradczych. Z drugiej zaś, korzystamy z niej my wszyscy. Osobliwie spragnieni skrajnych emocji, z pomocą obrazów powszechnej zagłady zaspokajający jakieś swoje nieuświadomione psychologiczne potrzeby.

***

Bo przecież, na co również Agamben zwraca uwagę, realne zagrożenie płynące ze strony koronawirusa, wydaje się, przynajmniej na razie, wielokrotnie niższe aniżeli skala powziętych środków bezpieczeństwa. I – przede wszystkim – uruchomionych przy tej okazji emocji. Media epatują obrazami epidemii niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę. Portale społecznościowe huczą od mniej lub bardziej amatorskich analiz, odezw, teorii spiskowych i domorosłych receptur na niezawodne mikstury, które pozwolą uchronić się przed rzekomo śmiertelnym zagrożeniem. W jednym z ukraińskich miast kamienie lecą w stronę autobusów, którymi jadą ludzie powracający z Chin; we włoskich sklepach brakuje żywności, w polskich natomiast – maseczek higienicznych.

Tymczasem specjaliści epidemiolodzy, choć oczywiście ostrzegają przed możliwością niekontrolowanego rozprzestrzeniania się zakażeń, albo groźnymi mutacjami wirusa, potencjalnie bardziej niebezpiecznymi niż aktualna – zdecydowanie studzą paniczne reakcje. I podkreślają – na przykład w oficjalnym komunikacie dostępnym na stronach Polskiej Akademii Nauk, którego autorami są prof. Egbert Piasecki i prof. Brygida Knysz – że szacowana w procentach śmiertelność spowodowana koronawirusem de facto nie przekracza znacząco śmiertelności generowanej przez sezonową grypę. W analizach przypisujących koronawirusowi śmiertelność kilkudziesięciokrotnie wyższą nie uwzględnia się bowiem zazwyczaj osób przechodzących infekcję bezobjawowo, albo z objawami bardzo lekkimi. Jeśli się natomiast te dane uwzględni, szacowane zagrożenie – w połączeniu z innymi parametrami – okazuje się wcale nie tak znacząco wyższe aniżeli w przypadku konwencjonalnej infekcji, które atakuje nas w każdym sezonie.

Nie znaczy to jednak, że zagrożenie nie istnieje. Owszem, istnieje, ale – zgodnie z solidną psychologiczną wiedzą dotyczącą błędów poznawczych – oceniamy je nieadekwatnie do rzeczywistych rozmiarów. Wyłączając klasyczne zakrzywienia – na przykład tak zwane „zaniedbywanie miarodajności”, polegające na wnioskowaniu z danych nieistotnych zamiast z istotnych – niebagatelną rolę odgrywają tutaj zapewne media społecznościowe i kołyszące się na ich powierzchni bańki informacyjne. Informacje nierzetelne i niezweryfikowane, za to umiejętnie podsycające emocje choćby po to, żeby doprowadzić do kolejnych udostępnień – jest to wszak dzisiaj najcenniejsza waluta – rozprzestrzeniają się po sieci z prędkością wielokrotnie większą niż ów nieszczęsny koronawirus. Skutki ekonomiczne i społeczne tej odmiany epidemii – epidemii paniki – odczujemy z pewnością w najbliższych tygodniach. Ale co z jej skutkami, a także z przyczynami natury, nazwijmy to, psychologicznej?

Dlaczego – jak twierdzi Agamben – tak głęboko pragniemy stanu wyjątkowego? Dlaczego tak intensywnie fantazjujemy dziś o apokalipsie?

***

Wydaje się, że co najmniej od dwóch dekad, a dokładniej rzecz biorąc od czasu ataku na World Trade Center, tematyka apokaliptyczna zajmuje w zachodniej wyobraźni miejsce centralne. Sam doskonale pamiętam zapętlany w nieskończoność przez stacje telewizyjne obraz walących się wież. Pożoga i chaos pośrodku amerykańskiego imperium postrzeganego wówczas powszechnie jako ostoja światowego bezpieczeństwa i królestwo wszelkiego dostatku. Nie da się ukryć, że wyglądało to niczym sceny wprost wyjęte z Objawienia św. Jana. Do tego członkowie administracji George’a W. Busha, z nim samym na czele, to byli ludzie przyznający się do głębokiej chrześcijańskiej wiary, istotnym elementem ich myślenia było definiowanie „wojny z terroryzmem” w kategoriach ostatecznego starcia dobra ze złem. A to właśnie chrześcijańska mitologia wprowadziła do zachodniej kultury topos spektakularnego, przerażającego finału dziejów.

I nie da się ukryć, jakiś świat naprawdę się wraz z upadkiem dwóch wież skończył. Choćby ten, który dziesięć lat wcześniej opisywał Francis Fukuyama w osobliwie, mimo nazwy, antyapokaliptycznym „Końcu historii”. Sam autor tej opowieści o spełnionej utopii przekonuje wprawdzie do dzisiaj, że chodziło mu wyłącznie o stwierdzenie prostego faktu, że nie wymyślono dotąd – i już się nie wymyśli – lepszego ustroju niż liberalna demokracja, nie zaś o tezę, że oto dotarliśmy do jakiegoś kresu. Niemniej jego książka świetnie odzwierciedla atmosferę panującą na Zachodzie aż do fatalnego września 2001 roku. Środki odwetowe podjęte przez Stany Zjednoczone po atakach – nacechowane tyleż polityczną kalkulacją, co właśnie apokaliptyczną mistyką – pozwoliły momentalnie zagłuszyć szok po uderzeniu w samo serce cywilizacji. Decyzję o wysłaniu wojsk do Iraku, a przede wszystkim wprowadzenie do publicznego obiegu rozbudowanych narzędzi kontroli i inwigilacji przedstawiano wszak jako naturalne i oczywiste panacea na zjawisko międzynarodowego terroryzmu.

***

Dwie dekady po atakach na WTC emocje zdążyły już opaść, terroryzm przestał być zagrożeniem numer jeden. Apokalipsa wciąż jednak ma wysokie notowania. W ostatnich latach – zarówno za sprawą krążącego po Europie widma III wojny światowej, jak i napięcia nuklearnego pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, Iranem i Koreą Północną, ale nade wszystko za sprawą katastrofy klimatycznej.

Niezależnie od zasadności obaw dotyczących klimatu – nigdy dość podkreślać, że sprawa jest przedmiotem naukowego konsensusu i przemawiają tu fakty i liczby, a nie spekulacje – przybierają one niekiedy postać niemal jawnie religijną. Ogłaszanie rychłego końca świata; przemożne poczucie, że żyjemy dniach ostatnich; przekonanie, że ocalić nas przed zagładą mogą wyłącznie praktyki indywidualnej ascezy – odrzucenie materialnych dóbr, skromne życie w zgodzie z naturą, powrót do prostej koegzystencji ze światem przyrody – albo też niewinne, czyste, niezdeprawowane przez upadłą cywilizację dzieci… To wszystko są zjawiska bardzo charakterystyczne dla zachodniej wyobraźni ukształtowanej przez chrześcijaństwo, jedną z najbardziej apokaliptycznych religii świata.

Kiedy religijna symbolika i mitologia kruszeją na rzecz naukowego racjonalizmu i naturalizmu, odpadając od rzeczywistości niczym stary tynk od betonowej ściany – a z takim procesem mamy do czynienia mniej więcej przez ostatnie dwieście lat – nie oznacza to wcale, że głęboka struktura myślenia i doświadczenia także ulega podobnej transformacji. Przeciwnie – pewne bazowe wyobrażenia tkwią w nas najwidoczniej w naprawdę głębokich rejestrach. I – choćbyśmy uważali, że jesteśmy od nich całkowicie wolni – uaktywniają się w momentach najrozmaitszych kryzysów. Zwłaszcza wtedy, kiedy sytuacja, w której się znajdujemy, wydaje się całkowicie bez wyjścia, mitologiczne obrazy apokalipsy, tyleż przerażające, co wyzwalające z impasu, mogą paradoksalnie ujawnić swoją potężną uwodzicielską moc.

Dodatkowo, w kulturze na co dzień starannie oczyszczonej z dostępu do śmierci, nieakceptującej bezradności i skończoności, maniakalnie skoncentrowanej na płytko pojmowanym dobrostanie – prędzej czy później musi pojawić się jakiś rodzaj fundamentalnego niepokoju. I poczucia, że w tym perfekcyjnym obrazku czai się jakaś zadra, jakiś dysonans, jakaś otchłań. Bo przecież czasu i entropii tkwiącej w istnieniu nie sposób oszukać. Starzejemy się, chorujemy i umieramy, niezależnie od tego jak bardzo nie chcemy o tym wiedzieć. Więc kiedy padają ostatnie bastiony tych wszystkich zapewniających bezpieczeństwo społecznych urządzeń, dzięki którym mogliśmy pielęgnować iluzję wiecznego życia i wiecznego dobrobytu – system ekonomiczny, polityczny, społeczny – nasze przerażenie i dezorientacja sięgają zenitu. W zupełnie naturalny sposób na scenie pojawia się zatem wątek apokalipsy, bo oto świat, który znaliśmy – i który znali nasi rodzice – rzeczywiście w spektakularny sposób dobiega końca. Pojawienie się nowego wirusa – aktywujące również wbudowane w nas przez ewolucję lęki przed zakażeniem i zanieczyszczeniem – wydaje się idealną pożywką dla zalęknionej i niezdolnej do świadomego przeżywania bezradności zbiorowej psychiki.

Stan wyjątkowy, który apokaliptyczna mitologia produkuje okazuje się w takim momencie podwójnie użyteczny. Władza polityczna, na co zwrócił uwagę Agamben w cytowanym na początku tekście, chętnie zeń korzysta, żeby wprowadzać rozwiązania niemożliwe do wprowadzenia poza tego rodzaju kontekstem. Później zaś – kiedy epidemia albo inne zagrożenie wygasną – rozwiązania dyskretnie pozostawi się na swoim miejscu.  Ludzie natomiast zyskują w apokalipsie – takiej czy innej – doskonałą lokatę niemożliwych na co dzień do wytrzymania emocji: beznadziei, lęku, potrzeby natychmiastowej zmiany. A zarazem poczucie, że oto stają twarzą w twarz ze sprawami fundamentalnymi, ze światem bez mała transcendentnym, z czystą metafizyką, która pod postacią wielkiej wojny albo wielkiej epidemii brutalnie wkracza w sam środek z pozoru odczarowanego już dawno świata. I konfrontuje z tym, co ostateczne.

***

Kłopot polega tylko na tym, że człowiek pogrążony w apokaliptycznych fantazjach, zajęty nawoływaniem do nawrócenia, rozsmakowany w wizjach pożogi pochłaniającej rzeczywistość – która dawno już przestała być dla niego przyjazną i bezpieczną przestrzenią do życia – otóż taki człowiek traci niemal całkowicie realną łączność ze światem, w którym żyje. A tym samym traci świadomość realnych środków zaradczych mogących mu pomóc oraz umiejętność realnej oceny zagrażającego mu niebezpieczeństwa.

I dlatego właśnie uleganie fantazjom apokaliptycznym – nawet jeśli apokalipsa faktycznie jest już na horyzoncie – działa niczym samospełniająca się przepowiednia. 

W Aplikacji TOK FM posłuchasz na telefonie:

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Komentarze (6)
Stawiszyński o koronawirusie: Uwodzicielski urok apokalipsy
Zaloguj się
  • endrju1521

    Oceniono 1 raz 1

    Koronawirus, to 11. plaga egipska !

  • sir.fred

    0

    Pan Agamben udaje, że nie czytał "Doktryny szoku" Naomi Klein, sprzed kilkunastu lat...

  • millkiss

    Oceniono 4 razy 0

    Ooo! Ale artykuł! W końcu ktoś to nazwał i przełożył na racjonalny język. Momentalnie stałem się fanem p. Stawiszyńskiego chociaż nie znałem dotychczas. Będę śledził.

  • 2bxornot2b

    Oceniono 6 razy -2

    Ta naukawa ameba zapomina iz geologowie nie pozostawiaja zludzen. Ludzkosc ma wpisany w kod genetyczny lek, pamiec czegos co widzieli i doswiadczyli nasi przodkowie, zanim zaczelii uprawiac rolnctwo w dolnie mezopotamii.
    NA stanim roku wpadl mi do lba glupi pomysl dodatkowy fakultet spza glownegoo nurtu zainteresowan politechnicznych na wydziale filozofii, po kilku zajwciach szprycujacych szkola frankfurcka i lejacym sie stekiem bredni uznalem ze ni nalezy tacic swjeg cennego czasu na kontakt z ludzmi zbednym w nauce.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX