Tomasz Stawiszyński o magii w walce z koronawirusem. Czy jej zwolennikiem jest także Jarosław Kaczyński?

- Czy zwolennikiem magicznych operacji jest także Jarosław Kaczyński, a może szerzej: ekipa rządząca, która z zapamiętaniem godnym naprawdę wytrawnych czarnoksiężników wypowiada wciąż na nowo życzenie - "niech się staną wybory 10 maja!" - z nadzieją, że się jednak ziści, na mocy tajemniczego prawa odpowiedniości między myślą a materią - zastanawia się Tomasz Stawiszyński.
Zobacz wideo

Jedną z nielicznych osób, które wydają się wcale nie przejmować szalejącą pandemią koronawirusa, jest prezydent Stanów Zjednoczonych. Kraju, który boryka się obecnie z rekordową liczbą osób zakażonych, i którego najbliższa przyszłość rysuje się - wedle wielu epidemiologów - w bardzo niepokojących barwach. Tymczasem Donald Trump, który jeszcze w pierwszych tygodniach marca przekonywał, że epidemia jest "pod całkowitą kontrolą", a koronawirus "w cudowny sposób sam zniknie", choć obecnie spuścił z tonu i zgodził się na wprowadzenie odpowiednich rozwiązań oraz restrykcji, to i tak w warstwie retorycznej pozostaje więcej niż optymistą.

Nieważne, że modele epidemiologiczne każą się spodziewać poważnych problemów. Nieważne, że prawie trzydzieści milionów obywateli i obywatelek nie ma żadnego ubezpieczenia zdrowotnego, co znacząco zwiększa u nich ryzyko zgonu po zakażeniu koronawirusem nie tylko z uwagi na brak dostępu do ewentualnych świadczeń, ale także z uwagi na prawdopodobnie gorszy ogólny stan zdrowia. Nieważne więc, że tak się przedstawia rzeczywistość. Trump jest pewien, że wszystko będzie wspaniale. Mamy świetny sprzęt, fantastyczne leki, państwo działa rewelacyjnie, robimy więcej testów niż ktokolwiek, niebawem po tym całym wirusie nie będzie już nawet śladu - tak się da w skondensowanej formie przedstawić jego przekaz.

Abstrahując już od tego, na ile to podejście bierze się z wiary w system wartości, na czele którego stoją pospołu "wzrost" i "zysk" - gdzie indziej Trump powiada wszak, że "lekarstwo", czyli radykalne spowolnienie gospodarki, inaczej mówiąc: zamknięcie, może być "gorsze od choroby"; abstrahując już od tego, że Trump to przedstawiciel biznesowych elit, który od lat realizuje program przychylny najbogatszym - pobrzmiewa w tej niewczesnej radości z rzekomego zwycięstwa jakaś jeszcze inna nuta.

Jarosław Kaczyński jak Donald Trump?

Wydaje się, że podobna, albo nawet ta sama nuta, pobrzmiewa także w wypowiedziach Jarosława Kaczyńskiego, który być może z uwagi na pewne różnice osobowościowe wyraża ją za pomocą odmiennej stylistyki. Niemniej jego żelazne przekonanie, że wybory prezydenckie z całą pewnością odbędą się 10 maja - kontrastujące z rosnącą niepewnością, jaką w tej sprawie żywi dzisiaj już nawet Andrzej Duda - jest jak dotąd z tajemniczych powodów nienaruszalne.

No właśnie - czy aby na pewno tajemniczych? Może sprawa jest zupełnie oczywista i doskonale wiadomo, o co chodzi? O wygraną Dudy mianowicie, na którego niekorzyść - podobnie jak i na niekorzyść całej ekipy rządzącej - pracuje czas. Ten ostatni parametr bowiem - biorąc pod uwagę doświadczenia innych dotkniętych pandemią koronawirusa krajów - będzie także i tutaj stopniowo odsłaniał kolejne obszary bezwładu politycznego, społecznego i instytucjonalnego.

Kaczyński zdaje więc sobie doskonale sprawę z tego, że każda zwłoka może dla PiS oznaczać przegraną. Przegrana zaś - zważywszy na skalę antagonizmu politycznego w Polsce, na bezwzględność i hegemoniczność projektu "dobrej zmiany" - będzie z kolei oznaczała konieczność skonfrontowania się z konsekwencjami własnych działań. Polityka prowadzona przez aktualnie rządzącą ekipę od początku polegała na paleniu mostów i eskalowaniu konfliktu na niespotykaną dotąd skalę. Przegrana w najbliższych wyborach oznacza więc totalną klęskę - i Jarosław Kaczyński, powtórzmy, świetnie o tym wie.

Ale to, jak sądzę, może być tylko częściowe wytłumaczenie, bo jednak jest w tym ślepym parciu do wyborów coś bez mała surrealnego. Jest w tym tłumaczeniu, że nie ma żadnych przeciwwskazań, że nic się takiego nie dzieje, że wszystko jest pod kontrolą - mimo że sam Łukasz Szumowski ostrzega przed radykalnym wzrostem zakażeń w najbliższych dniach, a wiele innych krajów przekłada albo odwołuje wybory - coś sprzeciwiającego się zwykłej racjonalnej ocenie sytuacji, sprzeciwiającego się oczywistej, widocznej gołym okiem empirii. Jest w tym wreszcie coś w prostej linii pokrewnego tym roześmianym pokrzykiwaniom Donalda Trumpa - nadmiarowym, karykaturalnym, tak jakby miały swoją emfazą przykrywać jakąś ziejącą pod spodem niepewność. Albo też wypływać z poczucia, że jeśli się coś powie z wystarczającym przekonaniem, to z całą pewnością tak właśnie się stanie.

"Czyń swoją wolę, niechaj będzie całym prawem"

Praktyka wpływania na rzeczywistość i dokonywania w niej zmian zgodnych z własną wolą jest w ludzkiej historii głęboko zakorzeniona. Ba, jest jedną z najwcześniejszych znanych form kulturowych, a nawet - być może - czymś na kształt pierwotnego światopoglądu, z którego stopniowo wyewoluowały wszelkie inne. I który - jak się okazuje - jest wciąż żywy, zarówno jako pewien cywilizacyjny fenomen, jak i jako pewna dyspozycja mentalna. Mowa oczywiście o magii, którą Aleister Crowley, XX-wieczny angielski skandalista i okultysta uznawany powszechnie za jedną z najważniejszych postaci odpowiedzialnych za współczesny renesans zainteresowania tą dziedziną, zdefiniował słynnym zawołaniem: "Czyń swoją wolę, niechaj będzie całym prawem".

Że wyznawcą tego rodzaju światopoglądu - choć przebranego w kostium tak zwanego "pozytywnego myślenia" - jest prezydent Donald Trump, o tym dość powszechnie od dawna wiadomo. Za tą momentami karykaturalną pewnością siebie, którą prezentuje czterdziesty piąty prezydent USA, nie stoi więc być może wcale - albo w każdym razie nie wyłącznie - "złośliwy narcyzm", jak to jakiś czas temu orzekli niektórzy amerykańscy psychiatrzy, lecz specyficzna formacja duchowa, którą odebrał w dzieciństwie. Jego rodzice byli bowiem w latach 50. i 60. regularnymi uczestnikami nabożeństw prowadzonych przez wielebnego Normana Vincenta Peale'a, charyzmatycznego kaznodzieję, a zarazem autora bestsellerowej książki "The Power of Positive Thinking" ("Potęga pozytywnego myślenia"). A chociaż owianego mroczną sławą Aleistera Crowleya oraz wielebnego Peale'a, protestanckiego pastora, z pozoru nie łączy bodaj nic, to jednak zgadzają się oni co do jednego: myśl oddziałuje na rzeczywistość, rzeczywistość jest odzwierciedleniem myśli. Obaj, innymi słowy, rekomendują magię jako skuteczny sposób działania w świecie, bo też i tak zwane "pozytywne myślenie" to magia w najczystszej postaci. Podobnie jak wszelkie światopoglądy głoszące, że to, co się dzieje w świecie materialnym, bierze się w jakiś sposób z naszej głowy. Przy czym nie bierze się z niej w sensie oczywistym: że najpierw coś postanawiamy, a później robimy, tylko w sensie głębszym - że nasze myśli manifestują się niejako w postaci naszego doświadczenia.

Trump, który wielokrotnie opowiadał o wpływie, jaki wywarł na niego Peale, być może działa zatem w sprawie pandemii z pełną premedytacją. Jego tweety i wypowiedzi publiczne to "pozytywne myśli", zaklęcia, którymi usiłuje zaczarować rzeczywistość, sprawić, żeby zamanifestowała się już za chwilę dokładnie wedle jego oczekiwań i receptur.

Czy jednak zwolennikiem takich magicznych operacji jest także Jarosław Kaczyński, a może szerzej: ekipa rządząca, która z zapamiętaniem godnym naprawdę wytrawnych czarnoksiężników wypowiada wciąż na nowo życzenie - "niech się staną wybory 10 maja!" – z nadzieją, że się jednak ziści, na mocy tajemniczego prawa odpowiedniości między myślą a materią.

Odmowa uznania własnych ograniczeń

Niezależnie od tego kto, jaką magię wyznaje i kto, jakie rytuały uprawia w przestrzeni publicznej, jest w tym parciu do wyborów jakaś fundamentalna odmowa uznania własnych ograniczeń. Odmowa spojrzenia na świat taki, jakim jest, nie zaś taki, jakim chciałoby się, żeby był. Jest w tym na poły infantylne, a na poły autorytarne pragnienie stuprocentowej kontroli czy raczej na poły infantylna, a na poły autorytarna niewiedza, że pomiędzy czyimś "ja" a zewnętrznością istnieje w ogóle jakaś znacząca różnica.

Tak jakby świat jawił się tutaj niczym doskonale plastyczny krajobraz, całkowicie podporządkowany potrzebom, fantazjom i oczekiwaniom. Tak jakby siła myśli mogła go dowolnie kształtować, nadając mu dokładnie taką treść i formę, jaka w danym momencie jest potrzebna. Tak jakby sądziło się tutaj: nic i nikt nie może stanąć mi na przeszkodzie; jeśli coś mówię, to znaczy, że tak będzie; mogą sobie wirusy szaleć na całym świecie, mogą światowe gospodarki stawać, mogą analitycy i analityczki mówić o końcu globalnego kapitalizmu, ale ja swoje plany zamierzam zrealizować co do joty, ja mam swój kalendarz i swoje cele i nie odstąpię od nich nawet o krok.

Jaki jest jednak problem z magią?

Cóż, z magią jest tylko jeden zasadniczy problem. Magia w sensie dosłownym nie działa. Pomiędzy ludzkimi myślami a rzeczywistością nie ma żadnego innego związku niż tylko ten oczywisty: jeśli adekwatnie rozpoznajemy sytuację, w której się znajdujemy, możemy racjonalnie ocenić co się da, a czego się nie da zrobić. A następnie to zrobić lub nie. Świat naszego "ja", świat naszych subiektywnych wyobrażeń, fantazji i emocji, nie łączy się w żaden tajemniczy i niewidzialny sposób ze światem, który nas otacza. Nie wpływa nań - niezależnie od tego, jak często wypowiemy dane zaklęcie i niezależnie od tego, gdzie je wypowiemy: na Twitterze, w sejmie czy też w polskiej telewizji.

Rzecz jednak w tym, że ludzie owładnięci przekonaniem o mocy własnych myśli, przekonani, że świat jest nie taki, jaki jest, ale taki, jakim chcą, żeby był, przypominają kogoś, kto z zawiązanymi oczami wbiega do zastawionego przedmiotami pomieszczenia, sądząc wszakże, że rozpościera się przed nim prosta droga. W najlepszym razie robią krzywdę tylko sobie, w najgorszym razie sieją destrukcję, która dotyka także innych. Ten ostatni wariant realizują zwłaszcza ci, którzy dysponują władzą. Im większą, tym gorzej. Historia ludzkości pełna jest takich osobników - zanurzonych w świecie własnych fantazji, pewnych, że ich wypowiedzi mają moc performatywną: nie tyle opisują, ile stwarzają stan faktyczny.

Trump i Kaczyński nie są więc tutaj oryginalni.

Choć niestety różnica pomiędzy nimi polega na tym, że Trump ma do dyspozycji armię doradców, gigantyczne środki i zasoby ludzkie, które nawet pomimo jego przekonania o własnej omnipotencji i tak zostaną wdrożone do walki z epidemią. W przypadku Kaczyńskiego - realne środki są, delikatnie mówiąc, znacznie skromniejsze.

***

Jest jakimś ponurym paradoksem współczesnych demokracji, że choć żyjemy w epoce bezprecedensowego rozwoju nauki, w epoce, która wypracowała najdoskonalsze jak dotąd narzędzia poznania świata, to zarazem nasze życie i zdrowie staje się ceną za uświadomienie paru facetom, że istnieje coś takiego jak zasada rzeczywistości.

Audycji "Kwadrans filozofa" możesz też odsłuchać w formie podcastu w Aplikacji TOK FM:

DOSTĘP PREMIUM