Protesty i zamieszki w USA. Trump z Biblią w ręku przed kościołem w Waszyngtonie. Wcześniej zagroził, że wyśle wojsko na ulice

Prezydent Stanów Zjednoczonych grozi, że wyśle wojsko na ulice, jeśli władze stanowe nie opanują zamieszek towarzyszącym protestom w amerykańskich miastach.
Zobacz wideo

Protesty trwają od tygodnia - a rozpoczęły się po tym, jak w trakcie policyjnego zatrzymania zmarł 46-letni czarnoskóry George Floyd. Służby opublikowały już oficjalny raport z sekcji zwłok mężczyzny. Jako bezpośrednią przyczynę zgonu wymieniono zatrzymanie akcji serca. Wcześniej swoje wnioski przedstawili lekarze zatrudnieni przez rodzinę zmarłego - ci twierdzą, że było to uduszenie, ale autorzy obu dokumentów są zgodni, że śmierć George'a Floyda należy zakwalifikować jako zabójstwo.

Trump z Biblią przed zdemolowanym kościołem

Donald Trump, który zabrał głos w sprawie protestów, stwierdził, że jego administracja jest zaangażowana w to, by sprawiedliwość została wymierzona. Ale większą część przemówienia poświęcił tłumieniu zamieszek, które nazwał aktami terroru. -  Największymi ofiarami zamieszek są kochający pokój obywatele w naszych najbiedniejszych społecznościach - i ja jako ich prezydent, będą walczył o ich bezpieczeństwo - powiedział prezydent Stanów Zjednoczonych.

Zagroził, że wyśle wojsko do amerykańskich miast, jeśli władze poszczególnych stanów nie wzmocnią obecności służb mundurowych na ulicach. Trump zakończył swoje przemówienie w Ogrodzie Różanym Białego Domu bez odpowiadania na pytania dziennikarzy. W trakcie jego przemowy z oddali słychać było ostrzegawcze strzały policji do demonstrujących przed rezydencją prezydenta.

Po przemówieniu Trump wyszedł z Białego Domu i stanął na chwilę przed ewangelickim kościołem św. Jana. W nocy z niedzieli na poniedziałek w czasie zamieszek podpalono tam piwnicę. Ogień szybko ugaszono; w poniedziałek wejścia do kościoła i piwnicy zabito deskami. By dojść do kościoła, prezydent USA wyszedł na ulicę przed placem Lafayette'a, która od kilku dni jest epicentrum protestów. Aby zapewnić prezydentowi bezpieczne przejście, policja rozproszyła demonstrantów przy użyciu gazu łzawiącego. Wśród okrzyków demonstrantów ustawionych za barierkami Trump stał przez chwilę przed kościołem, trzymając w prawej dłoni Biblię. Wraz z częścią personelu, który opuścił z nim rezydencję, pozował do zdjęć, po czym wrócił do Białego Domu.

Krok ten skrytykowali duchowni. - Wszystko, co powiedział i zrobił (Trump), służy wznieceniu przemocy - oceniła biskup Mariann Budde. Dodała, że nikt z Białego Domu nie kontaktował się z nią w kwestii przyjścia prezydenta przed świątynię.

"Używanie gazu wobec pokojowo protestujących, tylko po to, by prezydent mógł pozować do zdjęć przed kościołem, hańbi każdą z wartości, których uczy nas wiara" - napisała natomiast na Twitterze szefowa Izby Reprezentantów, Demokratka Nancy Pelosi. 

Niespokojnie w Waszyngtonie i Nowym Jorku

Od godziny 19 w poniedziałek (1 w nocy w Polsce we wtorek) w Waszyngtonie obowiązuje godzina policyjna.  Po deklaracji prezydenta USA Donalda Trumpa o zmobilizowaniu wojska siły bezpieczeństwa wymogły w nocy z poniedziałku na wtorek godzinę policyjną, kończąc protesty i zamieszki w centrum Waszyngtonu.

Oo początku obowiązywania godziny policyjnej w Waszyngtonie służby bezpieczeństwa zaczęły ją ściśle egzekwować. Skrzyżowania w centrum miasta zablokowano; Biały Dom otoczyła policja. Na ulicach widać było oddziały Gwardii Narodowej, straży granicznej, a nawet Agencji do Walki z Narkotykami (DEA). Na miejscu był przewodniczący kolegium szefów sztabów sił zbrojnych USA generał Mark Milley. Tłum rozbijano na mniejsze grupy i spychano na ulice oddalone od Białego Domu. Używano granatów hukowych, flar oraz gazu łzawiącego. Nad miastem nisko latały wojskowe śmigłowce; jeden zszedł nawet poniżej poziomu dachów budynków. Demonstrujący wygrażali śmigłowcom i wykonywali w ich kierunku wulgarne gesty. "To nie jest Bagdad, to Ameryka" - mówił jeden z nich.

Mieszkańcy Nowego Jorku w poniedziałek po południu czasu lokalnego wznowili we wszystkich pięciu dzielnicach miasta protesty przeciw brutalności policji. Po raz kolejny doszło do grabieży. 

Jak informuje agencja Associated Press, w trakcie poniedziałkowych protestów w Louisville w stanie Kentucky policja i Gwardia Narodowa otworzyły ogień, by rozproszyć tłum. Zginął popularny ciemnoskóry restaurator. Łącznie w zamieszkach w USA śmierć poniosło już pięć osób.

Pobierz Aplikację TOK FM, słuchaj i testuj przez dwa tygodnie:

DOSTĘP PREMIUM