Stawiszyński o sytuacji w USA: Przemoc, wspólnota, apokalipsa

Śmierć George'a Floyda zadziałała po prostu jak wyzwalacz. Z braku innych pasm komunikacji, z braku instytucji i narzędzi pozwalających na artykułowanie poczucia krzywdy, niesprawiedliwości i niezadowolenia, a także z braku narzędzi pozwalających na dokonanie gruntownej reformy systemu - ludzie wyszli na ulice - komentuje Tomasz Stawiszyński w "Kwadransie Filozofa".
Zobacz wideo

Jeszcze niedawno zastanawialiśmy się, czy wehikułem oczekiwanej od dawna apokalipsy stanie się koronawirus. Dzisiaj - kiedy w znacznej części europejskich krajów pandemię udało się przynajmniej chwilowo unieruchomić - apokaliptyczne doniesienia i obrazy płyną ze Stanów Zjednoczonych. Z powodów zgoła nie wirusowych, choć zapewne drastyczne konsekwencje lockdownu, w połączeniu z fatalną sytuacją epidemiologiczną, przyczyniły się do wzrostu społecznych napięć, które teraz kompletnie wymknęły się spod kontroli. Trwające od kilku dni protesty uliczne, wywołane - nazwijmy to po imieniu - morderstwem George’a Floyda, 46-letniego Afroamerykanina, mieszkańca Minneapolis, miasta położonego w stanie Minnesota, dokonanym przez oficera policji Dereka Chauvina, rozlewają się na cały kraj. Na ulicach wielu amerykańskich miast trwają właściwie regularne bitwy, tu i ówdzie odbywają się seanse zbiorowego wandalizmu, a policja łamie wszelkie zasady i uprawia zwykły uliczny bandytyzm. Poziom uwiecznionej na wielu krążących po sieci filmach agresji funkcjonariuszy jest wprost nie do uwierzenia.

Nawet Donald Trump został w pewnym momencie - kiedy protestujący zaczęli gromadzić się przed jego siedzibą - ewakuowany do najbezpieczniejszego pomieszczenia na kuli ziemskiej: bunkra znajdującego się w podziemiach Białego Domu. Wyszedł z niego wprawdzie już po godzinie, ale samo wdrożenie tego rodzaju procedury uzmysławia skalę zjawiska. Nie wspominając o czterech tysiącach aresztowanych, dwóch - póki co - ofiarach śmiertelnych oraz opiniach komentatorów przekonujących, że mamy tu de facto do czynienia z sytuacją, która łatwo może przekształcić się w wojnę domową.

Podobnie jak ta poprzednia - wznieconą z powodu kwestii rasowych. Jest bowiem dogłębnie opracowanym statystycznie, psychologicznie i socjologicznie truizmem, że w Stanach Zjednoczonych - mimo deklaratywnej równości - panuje strukturalny rasizm. Polega to na tym - mówiąc w największym skrócie - że o ile w teorii instytucje państwa pracują w oparciu o idee równości wszystkich obywateli wobec prawa, o tyle w praktyce dyskryminują osoby o innym niż większościowy kolorze skóry. Radykalna brutalność policji wobec Afroamerykanów - prawdopodobieństwo, że przedstawiciele tej grupy zostaną postrzeleni albo zabici przez funkcjonariuszy jest 2,5 razy większe niż w przypadku białych - jest tylko jednym z wielu przejawów tego zjawiska. Inne to między innym bezrobocie i brak dostępu do ubezpieczeń zdrowotnych, co z kolei przełożyło się ostatnio na wyraźnie podwyższone ryzyko powikłań i śmierci wskutek zakażenia koronawirusem wśród osób o ciemnym kolorze skóry.

Bez wątpienia więc śmierć George’a Floyda zadziałała po prostu jak wyzwalacz. Z braku innych pasm komunikacji, z braku instytucji i narzędzi pozwalających na artykułowanie poczucia krzywdy, niesprawiedliwości i niezadowolenia, a także z braku narzędzi pozwalających na dokonanie gruntownej reformy systemu - ludzie wyszli na ulice.

***

Obserwując kolejne doniesienia z tych ulic faktycznie można popaść w apokaliptyczny nastrój. Nie tylko z uwagi na szalejącą tam policyjną - i nie tylko policyjną - przemoc, ale także, a może przed wszystkim, z uwagi na emocjonalną intensywność tych wydarzeń. Tak jakby nagle opadła jakaś prowizoryczna dekoracja, cały ten kulturowo-cywilizacyjny sztafaż, który z pewnej bezpiecznej odległości - zza ekranów komputerów, albo zza szyb dobrze chronionych limuzyn - wydawał się jeszcze do niedawna całkiem solidny. Ludzie chodzili po chodnikach, samochody i autobusy jeździły po ulicach, psy wyprowadzano na spacer, spędzano czas wolny, odwiedzano bliskich, umawiano lekarskie wizyty, wybierano się w podróże, pracowano, produkowano filmy i seriale, oglądano filmy i seriale, kochano się i nienawidzono, brano śluby i rozwody, odbywały się porody i pogrzeby. Istniały oczywiście rozmaite problemy społeczne, nierówności, bieda, uzależnienia, przestępczość, morderstwa, kradzieże, handel narkotykami, niedożywienie czy choroby, ale istniały też przecież instytucje powołane do tego, żeby sobie z nimi radzić - raz lepiej, raz gorzej. Można było oczywiście mieć zastrzeżenia do ich funkcjonowania, prawdę mówiąc, tych zastrzeżeń było całkiem sporo - niemniej, cóż, jakoś to wszystko wydawało się funkcjonować. Wprawdzie działacze społeczni, socjolodzy, analityczki albo wrażliwi na kwestię strukturalnych nierówności politycy niejednokrotnie bili na alarm, wskazując, że ten system jest na granicy wytrzymałości - ale ich głos ignorowano. Bo przecież z zewnątrz, z pewnego dystansu, dla wielu z nas wszystko wyglądało plus minus normalnie.

A dzisiaj?

Dzisiaj wygląda to tak, jakby pod tą cienką warstwą pozornej normalności od dawna już dudniła rwąca rzeka niezadowolenia, frustracji, upokorzenia i gniewu. Przez długi czas atmosfera tężała niczym przed burzą, którą zapowiadają długie godziny coraz intensywniej siniejącego nieba, gęstniejącego powietrza, rosnącego ciśnienia, potęgującego się poczucia dziwności i niepokoju.

Aż wreszcie stało się - uderzył piorun, lunęło, rozszalała się wichura.

***

Powtórzmy, nietrudno zrozumieć przyczyny tej erupcji - strukturalny rasizm, radykalna brutalność policji, nierówności społeczne, bieda, brak perspektyw, a ostatnio pandemia, lockdown, poczucie lęku i osaczenia. Ale zrozumienie i poparcie nie musi iść w parze z aprobatą dla niektórych zachowań przekraczających ramy słusznego, zaangażowanego, pełnego gniewu i troski protestu. Oczywiście, media skupiają się głównie na zapętlaniu drastycznych scen, mniej zaś na stanowiących zdecydowaną większość pokojowych protestach, w których chodzi o realną społeczną zmianę, nie zaś o eskalację konfliktu. Jednak niektóre głosy, słusznie empatyzujące z protestującymi, ale zarazem usprawiedliwiające akty wandalizmu - akty często uderzające skądinąd także w społeczność Afroamerykanów prowadzących małe biznesy czy restauracje - zdają się nieświadomie osuwać w afirmację przemocy jako odpowiedzi na przemoc. Oczywiście, niszczenie przedmiotów nie jest tym samym, co agresja wobec ludzi i w tym sensie rozumiem argumentację dr. Adama Ostolskiego z Instytutu Socjologii UW, który twierdzi, że pojęcia przemocy nie należy stosować do tego rodzaju zachowań.

Ale czy właściciel małej restauracji splądrowanej i podpalonej przez protestujących - dla którego rodziny stanowiła ona jedyne źródło utrzymania - nie padł ofiarą przemocy? Czy zniszczenie komuś samochodu albo spalenie domu nie jest zachowaniem przemocowym?

Dewastowane przez część - dodajmy: zdecydowaną mniejszość - protestujących obiekty nie istnieją wszak w społecznej próżni, same dla siebie. Często są ucieleśnieniem wieloletniego wysiłku, wartości, które dla kogoś są najważniejsze, etosu i wspomnień, często uosabiają dorobek całego życia. A często stanowią po prostu mienie wspólne, znak i symbol zbiorowego wysiłku pokoleń, których praca służyła mozolnemu budowaniu sfery publicznej. Jeśli nawet całkiem niematerialna ideologia może być pasem transmisyjnym przemocy - niechby i symbolicznej - to co dopiero wybijanie szyb i podpalanie. Naprawdę, nie wszystko, co uległo zniszczeniu, należało do wielkich i złych korporacji, nie wszystko jest symbolem opresyjnego systemu, nie wszystko wzniesione zostało na wyzysku. Abstrahując już od tego, że także w złych korporacjach pracują dobrzy ludzie - bo nie mają często po prostu innego wyjścia. Logika uznająca, że w imię rewolucyjnej zmiany można poświęcać dobro jednostek - zawieszając imperatyw niestosowania przemocy w imię domniemanego świata, w którym przemocy miałoby nie być - jest tyleż uwodzicielska, ile niebezpieczna.

***

Wydaje się, że problemem jest tu przede wszystkim kompletna atrofia instytucji służących dialogowi społecznemu. Kompletna atrofia narzędzi pozwalających na rozwiązywanie zbiorowych konfliktów. Erozja wspólnej płaszczyzny, na jakiej zwaśnione strony mogą się spotkać, a skrzywdzeni i dyskryminowani wypowiedzieć swoje poczucie krzywdy z gwarancją, że zostaną wysłuchani. I że przyniesie to wymierny efekt.

Żyjemy dziś w świecie skrajnie zantagonizowanym, w którym podsyca się najdrobniejsze różnice i wznosi wokół nich tożsamościowe fortyfikacje, a marginalizuje to, wokół czego da się zbudować porozumienie ponad politycznymi czy kulturowymi podziałami. Miotający się na lewo i prawo, coraz bardziej pogrążający w narcystycznych iluzjach Trump, który ewidentnie nie rozumie co się dzieje i zmierza w prostej linii do katastrofy na niespotykaną skalę - jest tego kryzysu smutnym symptomem i symbolem jednocześnie.

***

Myślicielem, do którego bodaj najczęściej wracam myślami w ciągu ostatnich trzech miesięcy, jest francuski antropolog Rene Girard, zmarły w 2015 roku twórca oryginalnej teorii pożądania mimetycznego i kozła ofiarnego, autor wielu wydanych także na polskim

rynku książek. Rdzeniem jego koncepcji - wyłożył to między innymi w swojej ostatniej publikacji, wywiadzie-rzece wydanym po polsku jako "Apokalipsa tu i teraz" - było rozpoznanie przemocy jako fundamentalnej ludzkiej aktywności i właściwości. Cała ludzka kultura, wszystkie jej rytuały, mitologie i instytucje mają źródła właśnie w przemocy, a zarazem w rozmaitych zbiorowych formach kamuflowania przed sobą i innymi faktu sprawstwa. Z tego właśnie bierze się rytuał i mit, z zaprzeczenia i ukrywania zbrodni - twierdził Girard ściągając w ten sposób na siebie gromy ze strony religioznawców oraz zwolenników zarówno prawicowych, jak i lewicowych światopoglądów.

Przy czym przemoc - to jedna z najważniejszych tez francuskiego antropologa - jest zaraźliwa niczym najbardziej jadowity wirus. Przenosi się z człowieka na człowieka, dodatkowo upodobniając zainfekowanych do siebie. Spirala rozprzestrzeniającej się przemocy jest nieskończona między innymi właśnie dlatego, że znosi różnice - choć zwaśnione strony mogą do końca funkcjonować w przekonaniu, że każde z nich walczy w słusznej sprawie i nie ma zgoła nic wspólnego ze swoim przeciwnikiem. Przemoc niepowstrzymana prowadzi zaś zawsze do powszechnej wojny wszystkich ze wszystkimi. W dawnych czasach widmo takiego samozniszczenia powstrzymywano przez ogniskowanie przemocy na niewinnych ofiarach, które obciążano fikcyjną odpowiedzialnością za wywołanie kryzysu. Od kiedy jednak w kulturze zachodniej pojawiło się chrześcijaństwo - Girard był zdecydowanym zwolennikiem tej religii, choć nadawał jej przede wszystkim antropologiczny, a nie metafizyczny wymiar - tego rodzaju mechanizmy zostały jednoznacznie rozmontowane. Niestety, pełna przemocy historia chrześcijaństwa dobitnie pokazuje, że to przesłanie pozostało niemal zupełnie niezrozumiane.

Współcześnie mamy więc sytuację paradoksalną - dawne strategie redukowania zbiorowej przemocy już nie działają, a przekaz chrześcijański się nie przyjął. We wspomnianej "Apokalipsie tu i teraz" Girard przekonuje, że właśnie dlatego - wbrew radosnym diagnozom takich optymistów jak na przykład kanadyjski psycholog Steven Pinker dowodzący, że żyje się nam coraz lepiej - wkraczamy współcześnie w epokę apokaliptyczną.

Koniec świata nie będzie jednak jakimś spektakularnym, jednorazowym wydarzeniem, które zamknie historię ludzkości. Będzie raczej - czy właściwie już jest - długotrwałym procesem stopniowej erozji wszelkich zinstytucjonalizowanych form oswajania, redukowania i sublimowania przemocy.

No chyba, że postawimy jednak na rekonstrukcję tych instytucji i uświadomimy sobie uwodzicielską, zakaźną i destrukcyjną naturę przemocy.

Każdej przemocy, bez względu na polityczną barwę i deklarowany cel.

TU ZNAJDZIESZ INNE ODCINKI "KWADRANSA FILOZOFA" >>

DOSTĘP PREMIUM