Pranksterzy z Rosji mówią, że są patriotami, ale nikt nimi nie kieruje. "Byli przydatni w 2014..."

Czy komicy, którzy "wkręcili" Andrzeja Dudę, mogli mieć powiązania z rosyjskimi służbami? Sami zapewniają, że są niezależni, ale wiele wskazuje na to, że wolno im na znacznie więcej niż np. rosyjskim dziennikarzom. Rozmawiali o tym w "Połączeniu" Jakub Janiszewski i Anna Łabuchowska.
Zobacz wideo

"Prank" rosyjskich youtuberów Vovana i Lexusa, którzy wmówili Andrzejowi Dudzie, że rozmawia z sekretarzem generalnym ONZ, nie udałby się, gdyby staranniej weryfikowano, kto dzwoni do prezydenta. Czy jednak tylko niechlujność polskich procedur umożliwiła im sukces? Nie brakuje głosów, że do przeprowadzenia takiej akcji konieczna była pomoc rosyjskich służb.

Jakub Janiszewski pytał o te domniemania Annę Łabuszewską, dziennikarkę "Tygodnika Powszechnego" specjalizującą się w tematyce rosyjskiej. 

- Obaj panowie chętnie udzielają wywiadów. Zawsze pada w nich pytanie, czy mają powiązanie z FSB, czyli Federalną Służbą Bezpieczeństwa, a oni zawsze mówią, że absolutnie nie. Mówią, że sami wybierają człowieka, do którego będą dzwonić i człowieka, pod którego będą się podszywać - tłumaczyła Łabuszewską.

Opisała, na czym polega to, co sami youtuberzy nazwali "dziennikarstwem w stylu prank" i jakie miewa konsekwencje. - Przedstawiają się jako, powiedzmy, Władimir Putin i dzwonią do Eltona Johna. Taka rozmowa naprawdę się odbyła, narobiła bardzo wiele szumu. Była na tyle głośna, że prawdziwy Putin zadzwonił potem do Eltona Johna i przepraszał. Określił Lexusa i Vovana jako "nieszkodliwych chłopaków, takich chuliganów" i prosił o wybaczenie - mówiła.

Janiszewski zauważył, że trudno uwierzyć, że ktoś, kto nie współpracuje z FSB, może podszywać się pod prezydenta Rosji i "uchodzi mu to płazem, a Putin się śmieje i bije po udach". 

Łabuszewska zgodziła się, że wygląda to dość podejrzanie. - Oni uprawiają ten swój "pranking" od 2011 r. i, jak podkreśla szef Związku Dziennikarzy Rosji, nigdy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności karnej - wskazała.

- ... a w Rosji niewiele trzeba, żeby się narazić - dopowiedział Janiszewski.

- Tak, dziennikarzy ściga się za szpiegostwo lub ekstremizm. Może to dobór rozmówców chroni Vovana i Lexusa przed ściganiem? Oni sami określają swoją działalność jako "wywiad obywatelski" i mówią, że FSB ma co innego do roboty, bo zajmuje się kontrwywiadem - stwierdziła dziennikarka.

Zauważyła jednak, że jednocześnie "pranksterzy" pozwalają sobie na różne zawoalowane uwagi, np. wspominają, że w Rosji działa nie tylko FSB, ale też inne służby - w tym takie, które zajmują się łącznością rządową.

Takie sugestie padają m.in. w wydanym 2 lata temu wywiadzie-rzece z youtuberami, którego tytuł można przetłumaczyć jako "Komu dzwoni telefon?" (nawiązanie do "Komu bije dzwon?" Ernesta Hemingwaya). 

- Na 380 stronach opowiadają, jak przygotowują się do swoich numerów. I mówią: "rosyjskie władze nie mają powodów, żeby nas ścigać, bo występujemy z patriotycznych, obywatelskich pozycji". W 2014 byli rzeczywiście bardzo przydatni do walki z Ukrainą, bo wtedy głównym obiektem ich wkrętek byli ukraińscy politycy - stwierdziła Łabuszewska.

Dodała, że Ukraina jest w Rosji nadal żywym i budzącym emocje tematem. - Nie dziwne więc, że w rozmowie z Dudą też ten temat był zahaczony - dodała. Zauważyła także, że komicy nie po raz pierwszy "wykorzystują moment zaraz po wyborach, żeby zaaranżować rozmowę". 

- Świadczy to o ich profesjonalizmie lub sprawnej podpowiedzi kogoś, kto nad nimi czuwa. Znając rosyjskie realia, nie sądzę, żeby panowie mogli sobie pozwolić na takie swobodne brykanie, nie mając za sobą przynajmniej przyzwolenia - powiedziała Łabuszewska.

- W książce mówią, że muszą działać sami, nie mogą mieć żadnych patronów w służbach specjalnych, bo zawsze zależy im na czasie. Chcą trafić w moment, gdy dany temat, dana osoba są na językach - dodała dziennikarka. 

I ona, i Janiszewski zgodzili się, że żarty Lexusa i Vovana "wpisują się dokładnie w linię propagandową, którą lansuje Kreml", a więc mimo wszystko bardzo prawdopodobne, że nawet jeśli nie wypełniają niczyich poleceń, to działają pod parasolem ochronnym służb.

- Kiedyś "praksterzy" to była kontrkultura. A teraz to część systemu. Powiedziałabym, że bez mała salonowa rozrywka - podsumowała Łabuszewska.

Posłuchaj całej rozmowy:

DOSTĘP PREMIUM