Eksperci tłumaczą, co właściwie dzieje się na szczycie w Brukseli i jakie może mieć on skutki dla Polski

To będzie walka na dwa fronty i szacowanie, kto będzie w stanie grać ostrzej, a kto będzie bardziej słonny do kompromisu. Dwa dni na porozumienie mogą nie wystarczyć. Eksperci tłumaczyli w TOK FM, na czym polega trudność bardzo ważnego szczytu Rady Europejskiej, który ruszył w piątek w Brukseli.
Zobacz wideo

Najważniejsze tematy szczytu są dwa: wspólny europejski budżet na lata 2021-2027 oraz Europejski Fundusz na Rzecz Odbudowy, który ma wspomóc kraje dotknięte kryzysem wywołanym pandemią koronawirusa. Spotkanie, które pierwszy raz od wielu miesięcy odbędzie się w Brukseli, a nie na odległość za pośrednictwem wideokonferencji, jest z jednej strony niecodzienne, a z drugiej - bardzo trudne. 

Zgodnie z najnowszą propozycją szefa Rady Europejskiej Charles'a Michela na odbudowę po epidemii Covid-19 ma zostać przeznaczone 750 mld euro, a unijny budżet na lata 2021-2027 ma wynieść ok. 1,8 bln euro. I już na tym etapie pojawiają się zastrzeżenia części krajów członkowski. 

Europa trzech pragnień

- Mam wrażenie, że podział robi się coraz bardziej złożony. Są trzy grupy: południe, które popiera to, co proponuje Komisja Europejska [to jej projekt stał się podstawą propozycji - red.], i które chce jak najszybciej dostać jak najwięcej pieniędzy, a przy tym niewiele mówi o praworządności; jest Europa Środkowa - która chce pieniędzy, ale nie może się zgodzić na powiązanie wypłat z praworządnością; jest północ - która nie chce dać pieniędzy, a za to chce powiązać przekazywanie środków z praworządnością - tłumaczył w audycji "Połączenie" Rafał Hirsch, dziennikarz Business Insider oraz autor podcastu "Cotygodniowe podsumowanie roku" (dostępny w aplikacji TOK FM i na tokfm.pl). 

Ta ostatnia grupa to tzw. oszczędna czwórka, która ostatnio stała się już piątką - po tym, jak do Austrii, Holandii, Danii i Szwecji dołączyła Finlandia. - Finlandia niespodziewanie bardzo ostro występuje ws. funduszu, który uważa za zbyt wielki i co do którego ma zarzuty, że zbyt duża jego część jest przeznaczona na bezzwrotne granty, ale opowiada się również za uzależnieniem wypłat pieniędzy od przestrzegania rządów prawa - wskazywał z kolei Michał Broniatowski z Politico i Onetu. I on, i Hirsch wyjaśniali, że kraje "oszczędnej piątki" na potężnym funduszu odbudowy nie zyskają wiele albo wręcz nic. A długofalowo mogą do niego wręcz dopłacić. 

Niemcy i szukanie kompromisów

Tym trudniejsze będzie zadanie stojące przez Niemcami, które od 1 lipca przejęły prezydencję Rady Europejskiej. By dopiąć budżet i uruchomić fundusz wsparcia dla krajów Berlin musi pogodzić strony, z których każda ma coś do ugrania. 

W roli lidera krajów oszczędnych występuje premier Holandii Mark Rutte, znany z tego, że jest zwolennikiem bacznego przyglądania się przestrzeganiu praworządności. - Jest uznawany za na tyle nieustępliwego, że może doprowadzić do zawetowania budżetu - wskazywał Rafał Hirsch. I dodawał, że szef holenderskiego rządu nie ma wielkiego pola manewru do ustępstw, ponieważ obserwują go wyborcy.

Na drugim biegunie jest Viktor Orban, który twardo zapowiada węgierskie weto w przypadku próby powiązania praworządności z wypłatą unijnych środków. - A rzecznikiem miękkiej postawy w tym temacie jest premier Portugalii António Costa, który po spotkaniu z Orbanem powiedział, że sprawę praw człowieka można odłożyć na później, a teraz trzeba szybko mieć pieniądze - wskazywał Broniatowski. 

- Sedno problemu będzie polegało na tym, żeby oszacować, kto jest bardziej skłonny, aby zawetować to wszystko i doprowadzić do katastrofy. Czy bardziej zdeterminowany jest Mark Rutte, czy Viktor Orban. Jeśli kanclerz Niemiec Angela Merkel dojdzie do wniosku, że większe ryzyko jest po stronie węgierskiej, czy szerzej węgiersko-polskiej, trzeba będzie ustąpić ws. Orbana. I wtedy zostaje "oszczędna piątka", która przegrywa w kwestii praw człowieka, więc trzeba jej będzie ustąpić w sprawach finansowych. A to by oznaczało, że cały plan wypłaty pieniędzy na pomoc w związku z pandemią musi być skromniejszy - przewidywał Hirsch.

Nakreślił też przeciwny scenariusz - kiedy to Mark Rutte byłby bardziej radykalny, wówczas on musiałby dostać to, czego żąda - czyli np. powiązanie wypłat z praworządnością - a już po tym cała siła Unii Europejskiej musiałaby zostać rzucona do negocjacji z Orbanem. - Wydaje mi się, że prezydencji niemieckiej strasznie ciężko będzie grać na dwa fronty - podsumował dziennikarz. Przyznał, że on sam obawia się, że z trwającego szczytu niewiele wyniknie, choć ocenia pomysł funduszu odbudowy jako pożyteczny dla UE.

- Angela Merkel w zeszłym tygodniu zasugerowała w Parlamencie Europejskim, że najpierw trzeba się dogadać ws. budżetu, a potem brać się za wiązanie pozostałych sznurków. Została zakrzyczana przez liderów wszystkich najważniejszych frakcji, którzy kategorycznie żądali, żeby te sprawy omawiać jednocześnie - wskazywał Broniatowski. On jest z kolei nieco bardziej optymistyczny co do produktywności polityków obradujących w Brukseli. - Zanim weszli na obrady, kilku dyplomatów mówiło, że jeżeli dwa dni nie wystarczą, to posiedzą do poniedziałku - dodał. 

Sprawa polska

Polski rząd chwali się kwotą, którą mamy z unijnej kasy otrzymać w ramach funduszu wsparcia. Jest mowa o 700 mln zł. Skąd akurat taka suma? Eksperci tłumaczyli w rozmowie z Jakubem Janiszewskim, że dla obliczenia wysokości potencjalnych wypłat wzięto pod uwagę algorytm uwzględniający poziom bezrobocia. - Uczynienie z Polski trzeciego co do wielkości beneficjenta jest oparte na przesłankach niemających nic wspólnego z rzeczywistością. Wedle unijnych statystyk Polska ucierpi najmniej z powodu koronawirusa, więc dawanie jej najwięcej pieniędzy nie jest sprawiedliwe - wskazał Broniatowski. 

Ale zdaniem Rafała Hirscha na jakiej kwocie by się nie skończyło, i tak będzie to przedstawiane jako sukces. - Czy to będzie 700 czy 600 mln zł, mamy dostać tak dużo pieniędzy, że i tak rząd będzie miał się czym chwalić. Premier Morawiecki mógłby pewnie zamknąć oczy i czekać po prostu do końca szczytu na te pieniądze - stwierdził Rafał Hirsch. To m.in. z tego powodu, jego zdaniem, Polska dość spokojnie podchodzi o kwestii praworządności - nam bardziej zależy na pieniądzach niż Viktorowi Orbanowi, który ma ich dostać mniej. 

Jednak zdaniem gości audycji "Połączenie", nawet milczenie i dyskretna postawa polskiego rządu nie sprawi, że kwestia powiązania wypłat środków z przestrzeganiem praworządności czy przyklepaniem założeń Europejskiego Zielonego Ładu (ustanawiającego jako cel neutralność energetyczną UE do 2050 roku) zostanie nam zapomniana. 

Posłuchaj całej rozmowy!

DOSTĘP PREMIUM