Walka z koronawirusem po koreańsku. "Tam nikt nie powiedział, że epidemia nie jest groźna"

- W przeciwieństwie do wielu państw europejskich władze Korei Południowej nie odbębniły sukcesu, nie powiedziały, że sytuacja jest już opanowana, raczej trzymają rękę na pulsie i nie poluzowały monitoringu - w TOK FM mówił Oskar Pietrewicz z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
Zobacz wideo

W Korei Płd. opanowano lawinowy wzrost zachorowań z przełomu lutego i marca. Na początku maja liczby spadły niemal do zera, ale po złagodzeniu kampanii dystansowania społecznego zaczęły znów rosnąć, głównie za sprawą nowych ognisk, pojawiających się szczególnie na gęsto zaludnionym obszarze metropolitarnym Seulu. Liczba lokalnych zakażeń spadła 20 lipca do czterech, ale od tego czasu utrzymywała się między 10 a 30. 3 sierpnia władze Korei Płd. zgłosiły 23 nowe zakażenia koronawirusem, z czego tylko w trzech przypadkach do infekcji doszło na terenie kraju - podała agencja prasowa Yonhap, podkreślając, że jest to najniższa dobowa liczba lokalnych zakażeń od 8 maja.

Zdaniem Oskara Pietrewicza z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Korea najgorsze ma już za sobą. - Przynajmniej jeśli chodzi o tę falę. Obecnie znaczna część statystyk z Korei Południowej odnosi się do przyjezdnych. Chodzi między innymi o robotników, którzy wracają z różnych miejsc na świecie, np. ostatnio z Iraku - mówił Pietrewicz. Zaznaczył, że Korea Południowa zezwala na przyjazd obcokrajowców pod warunkiem, że pójdą na 2 tygodnie kwarantanny.

Chcesz posłuchać, a nie masz Premium? Podcasty możesz odblokować już za 5 zł

Podkreślił, że w przeciwieństwie do wielu państw europejskich władze Korei Południowej nie odbębniły sukcesu w walce z wirusem. - Nie powiedziały, że sytuacja jest już opanowana czy że koronawirus nie jest już groźny. Raczej trzymają rękę na pulsie i nie poluzowały monitoringu. Np. w barach i klubach gości takich miejsc zobowiązano do posiadania kodów QR, bo ludzie podawali fałszywe dane, gdy tylko wpisywano się dobrowolnie na listę - dodał też gość Janiszewskiego.

Wyjaśnił, że ostrożność władz wzięła się z doświadczenia z sektą Kościoła Chrystusa Shincheonji. Nabożeństwa tej organizacji  wiązane są z ponad 5,2 tys. zakażeń, czyli ok. 36 proc. wszystkich infekcji odnotowanych w Korei Płd. od początku epidemii. - Shincheonji stało się obiektem nienawiści mieszkańców Korei Południowej w tych pierwszych tygodniach epidemii. Szacuje się, że 40 proc obecnie zarażonych miało jakiś związek z tą sektą, przez pierwsze tygodnie to było nawet 90 proc., albo byli to wyznawcy sekty, albo osoby, które miało z nimi kontakt - tłumaczył Pietrewicz. 

Przywódca sekty Li Man Hi został ostatnio zatrzymany. Według prokuratorów Li w zmowie z innymi przywódcami sekty zataił przed władzami istotne informacje, gdy w lutym koronawirus na dużą skalę szerzył się wśród ponad 200 tys. wyznawców. Miał również systematycznie podejmować próby niszczenia materiału dowodowego. Li jest również podejrzany o defraudację 5,6 mld wonów (4,7 mln USD) z funduszy swojej grupy i organizację nieautoryzowanych wydarzeń religijnych w latach 2015-2019 podała południowokoreańska agencja prasowa Yonhap.

Założyciel ruchu Shincheonji, uznawany przez wyznawców za proroka, publicznie przepraszał wcześniej za to, że jego grupa przyczyniła się do rozwoju epidemii w kraju. "Nie chcieliśmy tego, ale wiele osób zostało zakażonych" - mówił. Sekta zaprzeczała jednak ukrywaniu informacji przed władzami.

DOSTĘP PREMIUM