Kryzys ekonomiczny i tragiczny wybuch w Bejrucie. "Sam Liban się nie podniesie"

W wyniku wybuchu w Bejrucie zginęło co najmniej 158 osób, ponad 6 tys. zostało rannych. Libańczycy domagają się wyjaśnienia przyczyn tragicznej eksplozji. Winą za to, co się stało we wtorek, ale też za trwający od wielu miesięcy kryzys ekonomiczny w kraju, obarczają rządzących.
Zobacz wideo

Wczoraj w Bejrucie doszło do starć manifestantów z policją. Demonstranci weszli do kilku  budynków rządowych i zaczęli ich okupację. W sobotnich starciach zginął policjant; wiele osób zostało rannych. Policja użyła gazu łzawiącego i gumowych kul, a potem również ostrej amunicji.

Manifestanci chcą wiedzieć, co było przyczyną wtorkowej tragicznej eksplozji. Nie wierzą w teorie spiskowe, które mówią np. o ataku rakietowym.

Chcesz posłuchać, a nie masz Premium? Podcasty możesz odblokować już za 5 zł

Paulina Buła jest mieszkanką Bejrutu. W chwili eksplozji była w Krakowie, przyjechała do rodziny. Ale w domu został jej mąż. Mieszkają ok. dwóch kilometrów od portu. - Mąż mówił mi, że siła tej eksplozji była tak duża, że bał się, że tego nie przeżyje. Podobnie moi znajomi - opowiada rozmówczyni TOK FM.

Pani Paulina w Bejrucie pracuje w liceum, jest specjalistą od rozwiązywania sytuacji trudnych, na co dzień pomaga młodzieży. - Wiem, że moi znajomi współpracownicy się odnaleźli, niektórzy zostali ranni, koleżanka musiała mieć operację. Nie wiem natomiast, co z młodzieżą - opowiada. Przyznaje, że część młodych ludzi wciąż jest poszukiwana.

Paulina Buła włączyła się w akcję pomocy - pomagała w przygotowaniu zbiórki Polskiej Misji Medycznej, która współpracuje z libańską organizacją pomocową AMEL.

- Pieniądze przekażemy do tej organizacji. A AMEL zakupi środki opatrunkowe, antybiotyki, środki do znieczuleń i przeciwzapalne, bo to jest najbardziej potrzebne. Jest tam ponad 5 tys. rannych. Trzy uniwersyteckie szpitale w Bejrucie nie przyjmują rannych, bo były już wcześniej zapełnione osobami chorymi na Covid-19. A wciąż jeszcze trwają poszukiwania ludzi pod gruzami, więc liczba poszkodowanych na pewno wzrośnie. Może też wzrosnąć liczba zmarłych. Wcześniej z AMEL prowadziliśmy np. przychodnię medyczną dla kobiet w ciąży i dzieci w bardzo ubogiej dzielnicy Bejrutu. To była przychodnia dla kobiet jordańskich i dla uchodźczyń z Syrii - opowiada Małgorzata Olasińska-Chart, szefowa Polskiej Misji Medycznej.

Kraj wyniszczony kryzysem

Paulina Buła podkreśla, że w Libanie od wielu miesięcy trwa kryzys ekonomiczny. Ceny poszybowały w górę, wiele osób nie ma za co kupić jedzenia. - Dla przykładu, kilogram kurczaka kosztuje 20 dolarów, czyli około 80 złotych. Szacuje się, że nawet 50 procent mieszkańców nie ma pracy. Moja pensja, w stosunku do ubiegłorocznej, jest niższa o 80 procent - opowiada nasza rozmówczyni. Dodaje, że banki zamroziły pieniądze klientów. - Boimy się, że głód, bieda, ludzkie cierpienie jeszcze się nasili - mówi mieszkająca w Bejrucie Polka. Jak podkreśla, w Libanie właśnie skończyła się nadzieja. - Sam Liban się nie podniesie. Potrzebne jest serce całego świata. Jest bardzo ciężko - dodaje.

Przyznaje, że gdyby mogła, dziś wsiadłaby w samolot, by wrócić do domu, choć mąż przekonuje ją, by została u rodziny w Krakowie. - Nie ma takiej możliwości. Mam bilet na 21 sierpnia i wracam. Tam jest mój dom, moi najbliżsi, moi znajomi, przyjaciele - tłumaczy. Jak mówi, dziś potrzebne jest tam wszystko: od leków po podpaski, od jedzenia po ubrania. No i oczywiście pieniądze: na wsparcie dla mieszkańców i odbudowę Bejrutu.

DOSTĘP PREMIUM