Protesty na Białorusi wcale nie są na rękę Rosji. "Putin sam ma dzisiaj problem ze swoim społeczeństwem"

Według Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, byłej ambasador Polski w Rosji, choć słabość Alaksandra Łukaszenki jest korzystna dla Moskwy, nie można tego powiedzieć o trwających obecnie protestach. Bo Władimir Putin u siebie też ma protestujących obywateli i wizja, że oddolnie ludzie mogą coś zmienić, np. odsunąć rządzących od władzy, nie może mu się podobać.
Zobacz wideo

Na Białorusi od niedzieli trwają protesty przeciwników Alaksandra Łukaszenki, który według oficjalnych wyników otrzymał mandat na kolejną kadencję. Jego rywalka Swiatłana Cichanouska odmówiła uznania zwycięstwa urzędującego prezydenta. Już w niedzielę z części komisji wyborczych wyciekały protokoły, zgodnie z którymi to właśnie Cichanouska wygrała w tych właśnie lokalach, a jej przewaga była ogromna. 

Sytuację na Białorusi komentowała w TOK FM Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz była ambasador Polski w Moskwie. Według niej myślenie, że dla Rosjan nie ma lepszego rozwiązania, niż protesty w "bratnim" kraju, które mogą być wykorzystane nawet do tego, by to państwo "uratować", przypomina rozumowanie "jakbyśmy ciągle byli w czasach inwazji na Krym" w 2014 roku. 

- Oczywiście słaby Alaksandr Łukaszenka jest Rosji na rękę. Ale protesty - zwłaszcza takie, jakie dzisiaj widzimy na Białorusi - wykraczające poza Mińsk, pokazujące naprawdę nienawiść wobec reżimu - są Rosji nie na rękę. Bo Putin sam ma dzisiaj problem ze swoim społeczeństwem - mówiła w Poranku Radia TOK FM. I przypomniała, że od tygodni demonstracje antykremlowskie w położonym na dalekim wschodzie Chabarowsku. Zarzewiem protestów było aresztowanie lubianego i szanowanego gubernatora. - Ludzie wychodzą na ulice, kilka-kilkadziesiąt tysięcy osób i żądają, żeby ten człowiek wrócił. I to już trwa ponad 5 tygodni i za bardzo nie widać rozwiązania - podkreśliła szefowa think tanku "Strategie 2050", współpracującego z ruchem Szymona Hołowni. 

Podcast jest zablokowany? Za 5 złotych odblokujesz wszystkie!

Jak tłumaczyła, nawet jeśli teraz protesty na Białorusi zostaną przez władze stłumione, "to nie znaczy, że sprawa jest zakończona". - To znaczy, że w kraju sąsiednim, dla Rosji bardzo ważnym, są nienawistne antyreżimowe nastroje, bomba, która może wybuchnąć w każdej chwili. Nastroje, które jakoś w coraz większym stopniu odpowiadają nastrojom pewnych grup społecznych w Rosji. To jeszcze nie jest taka niechęć, nienawiść, nie mamy do czynienia z takim zjawiskiem w Rosji, ale jeśli spojrzymy na poparcie dla Putina, to ono systematycznie spada już od wielu miesięcy - wyjaśniała, powtarzając, że wybuch protestów w Chabarowski był czymś zupełnie nieprzewidzianym. 

"Polska polityka jest niespójna"

Ekspertka odniosła się także do polskiej polityki wobec Białorusi. Jej zdaniem jest ona "niespójna". - Przez wiele tygodni było milczenie. Potem było bardzo dobre w moim przekonaniu oświadczenie przed samymi wyborami - Trójkąta Weimarskiego -  i to była dobra polska inicjatywa. Ale teraz wyjście z taką bardzo radykalną inicjatywą, żeby był szczyt Unii Europejskiej, jest po prostu niespójne - stwierdziła, komentując propozycję premiera Mateusza Morawieckiego, który zaapelował w poniedziałek o zwołanie nadzwyczajnego szczytu ws. wydarzeń na Białorusi.

Według Pełczyńskiej-Nałęcz niej jest to działanie obecnie "za mocne". - Na początku milczenie, potem nagle to. To jest niezrozumiałe dla partnerów z Unii Europejskiej. Dyplomacja musi być wyważona, przemyślana, konsekwentna - podsumowała była ambasador Polski w Moskwie.

DOSTĘP PREMIUM