Łuski "made in Poland" to prowokacja? "Środowisko białoruskich specsłużb jest mocno spenetrowane przez Rosję"

- Polscy producenci handlowali z gorszymi ludźmi niż Łukaszenka i jego reżim - stwierdził w TOK FM płk rez. dr Piotr Łukasiewicz, analityk Polityki Insight, były ambasador RP w Afganistanie. Komentując sprawę znalezienia na białoruskich ulicach łusek po polskich pociskach, zwrócił uwagę na inny aspekt i inne pytania.
Zobacz wideo

We wtorek Sławomir Sierakowski, relacjonujący wydarzenia na Białorusi publicysta, pokazał zdjęcie łusek po pociskach, na których widniał wyraźny napis "made in Poland". Okazało się, że jest to element nabojów hukowo-błyskowych ONS-2000 produkcji Fabryki Amunicji Myśliwskiej w Fam-Pionki. 

Pojawiło się pytanie, jak to możliwe, że polska amunicja jest wykorzystywana przez białoruski OMON, skoro na Mińsku ciążą unijne sankcje dotyczące właśnie broni. Embargo zostało nałożone jeszcze w 2011 roku i jest odnawiane co rok - obecne obowiązuje do lutego 2021.

Informacje skomentował resort obrony narodowej. "Stanowczo dementujemy - MON nie sprzedawał ani uzbrojenia, ani amunicji na Białoruś" - zapewnił MON na Twitterze.

Znaczenia tej sytuacji nie przeceniał w rozmowie z Jakubem Janiszewskim płk rez. dr Piotr Łukasiewicz z Uniwersytetu Jagielońskiego, analityk Polityki Insight i były ambasador RP w Afganistanie. - W mrocznym świecie handlu bronią polscy producenci handlowali z gorszymi ludźmi niż Łukaszenka i jego reżim - stwierdził. On sam wierzy w oświadczenia przedstawicieli polskiego rządu, którzy wypierają się oficjalnej sprzedaży broni reżimowi Alaksandra Łukaszenki. - Ale w świecie handlarzy uzbrojeniem jest dużo małych firm, które potrafią te duże sankcje obchodzić. Mogę sobie wyobrazić, że amunicja została sprzedana np. na Ukrainę, a potem jakoś trafiła na Białoruś - wskazywał. 

Pytany, czy to normalne, że na pociskach umieszcza się informację o kraju produkcji, odpowiedział, że nie ma w tym nic niecodziennego. Amunicja - podobnie jak broń - podlega tzw. obrotowi specjalnemu m.in. po to, by była możliwa do identyfikacji w przypadku jej bezprawnego czy niewłaściwego użycia. Taka sytuacja może bowiem doprowadzić do poważnych konsekwencji, np. dyplomatycznych. 

Łuski po polskich pociskach podrzucono?

Uwagę i wątpliwości gościa audycji "Połączenie" skupiło coś innego. - Zaskakujące jest, dlaczego akurat ta amunicja znalazła się dokładnie tego dnia na ulicach Mińska. Jak to możliwe, że przełożony wydaje taką amunicję, że zostaje ona użyta i że zostaje na ulicach wystawiona na oczy świata - zastanawiał się. Jak mówił, możemy tu mieć do czynienia ze "świadomym użyciem w celu wywołania określonego wrażenia politycznego". Czyli np. pogorszenia wizerunku Polski na Białorusi czy przedstawienia opozycji i demonstracji jako inspirowanych przez "ośrodki zagraniczne". - Milicja białoruska "znajduje" też u opozycjonistów broń gładkolufową z Czech, Włoch, co jest argumentem, żeby dokonywać aresztowań i pokazywać, że opozycja jest wspierana - wskazywał. 

Ale jest jeszcze jeden punkt, który podkreślał gość TOK FM - rosyjskie wpływy w białoruskich służbach specjalnych i ośrodkach aparatu siłowego. Jego zdaniem możliwy jest scenariusz, wedle którego łuski z napisami "made in Poland" zostały podrzucone na skutek działań rosyjskich. Miałoby to służyć destabilizowaniu sytuacji na Białorusi "w określonym kierunku". - A także utrzymaniu wizerunku Polski wśród mieszkańców Rosji czy Białorusi jako kraju szczególnie agresywnego, niechętnego tym narodom. Polska ma gen wrażliwości na działania Rosji na wschodzie, to łatwy obiekt do wykorzystania w tej sytuacji - wskazywał ekspert. 

Protesty na Białorusi i "sterowanie owcami"

O sterowaniu "naszymi owcami" mówił wkrótce po wyborach prezydenckich na Białorusi sam Alaksandr Łukaszenka. Jak stwierdził, protestami, które wybuchły w wielu białoruskich miastach, sterowano z Polski, Czech i Wielkiej Brytanii. Dowodami na to miały być zarejestrowane połączenia telefoniczne. 

- Polska w propagandzie białoruskiej gra rolę czarnego luda - stwierdził Łukasiewicz. Wtórował mu dziennikarz "DGP" Michał Potocki, który na własne oczy obserwował ostatnie wydarzenia na Białorusi. - W propagandzie element z zewnątrz widać bardzo wyraźnie. Tam się pojawiają i Rosjanie, i Ukraińcy, i nawet Polacy. Widziałem w jednym z materiałów informację o rzekomym zatrzymaniu na granicy kibiców Lechii Gdańsk, którzy mieliby jechać, by wesprzeć opozycję na ulicach miast - relacjonował. Jak dodał, na celowniku są również korespondenci zagranicznych mediów. - Są ostrzeliwani z gumowych kul - jedna z koleżanek została ranna w ten sposób, są bici na komendach, operatorowi Janowi Romanowi wybito cztery przednie zęby. Białoruskie władze uznały, że im mniej świadków, tym mniej wstydu, tym szybciej to wszystko wygaśnie - wskazywał dziennikarz. 

DOSTĘP PREMIUM